piątek, 22 grudnia 2017

Gdy pierwsza Gwiazda na niebie błyśnie...


Z okazji Świąt Bożego Narodzenia
oraz nadchodzącego Nowego Roku
życzymy Wam
zdrowia, 
radości,
dobroci od ludzi,
szczerych uśmiechów,
szczęścia niosącego pokój,
i błogosławieństwa Bożej Dzieciny.

Z najlepszymi Życzeniami Państwo Rolnicy z dziećmi

piątek, 8 grudnia 2017

Recyklingowe zabawy - rolki w roli głównej ;)

Zauważyłam pewne niepokojące mnie zjawisko. Nie tylko ja zaczynam w tym domu gromadzić rolki po papierach wszelakich. Żuk bunkruje je u siebie, a jak pytam co to i po co to - odpowiada mi, że ona widzi w tej na przykład świnkę, a w tej drugiej kolejną sowę.... 
Hrabia nie jest gorszy od siostry, na szczęście/lub nieszczęście zabawy plastyczne omija szerokim łukiem. Rolki wykorzystuje zazwyczaj do trąbienia albo jako balast do przewożenia koparką lub traktorem z przyczepą. Niemniej jednak jakoś im się wbiło do tych małych główek, że rolki po papierze to świetna zabawa - zupełnie nie wiem czemu ;)

Tradycyjnie po nagromadzeniu ilości, której już żadna szafka w tym domu schować  nie da rady, stajemy przed wyborem - robić coś ciekawego czy wyrzucić na makulaturę? Przyznam się bez bicia, że czasem mi się już nie chce paprać w farbie i kleju. Jednakże te biedne oczy mojej córki mówiące do mnie "no weź nie daj się prosić" zawsze wykrzesają ze mnie resztkę sił na kolejny nikomu do niczego niepotrzebny bibelot, który będzie się przewracał przez około 6 miesięcy po całym domu, a na koniec zniknie w nikomu nieznanych okolicznościach. Byłby to dobry materiał na kryminał...
Dodajmy do tego jeszcze przedszkole, w którym to kreatywne Panie zawsze wymyślą jakiś konkursik plastyczny, coby rodzice z dziećmi się integrowali, no i nie nudzili rzecz jasna i w efekcie mamy całkiem fajne recyklingowe zabawy.

Tak też było ostatnio. Kartka w przedszkolu o konkursie plastycznym na ozdobę świąteczną. Trochę sobie strzeliłam w kolano ucząc Żuka czytać, bo sama sobie przeczytała co tam jest napisane i nie miałam wyjścia jak obiecać, że coś tam skleimy na ten konkurs. Ozdoby miały trafić po konkursie na kiermasz Bożonarodzeniowy, który co roku wspiera finansowo (buahahaha wspiera finansowo- nie są to górnolotne kwoty, ale zawsze to coś) nasze przedszkole. Tak też się oczywiście stało. Ozdoby trafiły na kiermasz, a co zrobiła Żuk? Oczywiście, że kupiła swoje, tłumacząc mi później w aucie, że szkoda jej się zrobiło jak sobie pomyślała, że ktoś to zabierze do domu, a ona tego już nie będzie miała. Tak oto zostałam Świątecznym Łosiem (a może lepiej będzie brzmiało Reniferem) - nie to, że zrobiłam świąteczne ozdoby do przedszkola to jeszcze za nie zapłaciłam...hahaha.
Co prawda konkursu nie wygrałyśmy - tak biorę pod uwagę, że są zdolniejsi od nas ;) ale co sobie palce posklejałam to moje!

Materiały:
rolki po papierze, wyciory, kawałki materiałów, farby, klej, ruchome oczka

Efekty naszej pracy poniżej.
Pozdrawiam PR



środa, 6 grudnia 2017

To jest moje, a to Twoje...

Pamiętam jakby to było dziś jak Żuk szła do żłobka.  Wyprawka w porównaniu z przedszkolem to tak trzykrotnie większa. W końcu żłobek to taki drugi dom, pierwsze oderwanie dziecka od domowych pieleszy. 
Z perspektywy czasu nadal uważam, że była to dobra decyzja, dziecko w grupie rozwija się zupełnie inaczej niż samemu w domu. Jednak okoliczności sprawiły, że Hrabia nie zobaczy co to znaczy żłobek. Być może w przyszłym roku uda się od razu wystartować w przedszkolu.
Najgorszą rzeczą w przygotowywaniu wyprawki żłobkowej, a później przedszkolnej było dla mnie podpisanie rzeczy Żuka, tak żeby bez problemu można było zidentyfikować właściciela.  Przerabialiśmy podpisywanie na metkach - co często kończyło się rozlaniem pisaka i wielką czarną plamą, przyklejanie zwykłych naklejek, które po połowie dnia odpadały i naszywanie naszywek z imieniem i nazwiskiem, które były po prostu drogie i kłopotliwe. Często te nieudolne próby podpisania i oznakowania rzeczy kończyły się tym, że moje dziecko wracało do domu w nieswoich rzeczach, a nasze analogicznie trafiały do innych dzieci. Nie mam o to pretensji do Pań, bo one są raczej od tego żeby pilnować dzieci, a nie rzeczy. Cieszę się, że wracała ubrana, oznaczało to, że jednak ktoś o nią dba, a że w nie swoje - trudno... praliśmy i odnosiliśmy z powrotem ;)

Gdy dostałam propozycję przetestowania naklejek identyfikacyjnych dla dzieci, nie zastanawiałam się długo - pomimo tego, że raczej nie testujemy niczego co nie jest książką ;). Teraz po dwóch tygodniach od otrzymania przesyłki chciałabym się z Wami podzielić spostrzeżeniami i odczuciami odnośnie testowanej przesyłki.

1. Najważniejszą rzeczą jest to, że projekt naklejki może wybrać sobie samo dziecko. Wchodząc na stronę atojestmoje.pl mamy do wyboru - tło, kolor, czcionkę i obrazek,. Takie zaprojektowanie własnej naklejki  może być świetną zabawą dla dziecka i takim delikatnym oswojeniem z nadchodzącym nowym - wspólne szykowanie wyprawki. Ponadto dziecku, które nie umie czytać, a samo wybrało sobie kolor naklejki i obrazek będzie łatwiej swoją rzecz znaleźć.

2. Naklejki - są niewielkich rozmiarów dzięki czemu można umieścić je dosłownie w każdym miejscu. Począwszy od metki, a skończywszy na przedzie bluzy czy bluzki. Są bardzo estetycznie wykonane więc nie szpecą ubrań. Trwałość na rzeczach rzadko pranych jest dość wysoka. Natomiast starcia z pralką nie przeżyły - znaczy nie przeżył klej. Przykleiłam ją na koszulkę, kurtkę, spodnie ocieplane, bluzę i UWAGA - buty śniegowce - od wewnątrz. Na wszystkim oprócz koszulki, która po użyciu trafiła do pralki, wytrzymały 2 testowane tygodnie.

3. Naprasowanki -  w przypadku tej formy nalepki nie mam się do czego przyczepić. Jakość i wykonanie tak samo dobre jak w przypadku naklejek, a nawet lepsze bo bez problemu znosi starcie z żelazkiem i pralką (pranie w 60 st im nie straszne, poniżej zdjęcie koszulki z naprasowanką pranej 4 razy w ciągu tych 2 tyg.). Są ładne, elastyczne i trwałe. Jedyny mankament to instrukcja, w której nie jest napisane jasno - zdejmij naprasowankę z folijki - i tego musiałam się domyślić (może to śmieszne, ale dla kogoś kto nigdy nie naprasowywał nie jest to jasne). Fajnym motywem jest też tzw. pakiet ćwiczeniowy - 4 naprasowanki do przećwiczenia na kawałku materiału, żeby się nauczyć.W moim odczuciu ocena najwyższa z możliwych.

4. Dodatkinaklejki na wkładkę buta i plakietki na np. bagaż lub plecak. W przesyłce dostałyśmy także okrągłe naklejki na wkładkę np. do kapci w przedszkolu. Podeszłam do niej z dystansem i przymrużeniem oka, w końcu naklejka to tylko ....naklejka. Zważywszy na fakt, że kapcie używane są od września i to dość intensywnie 7-8 godzin dziennie (co widać na zdjęciu poniżej) nie spodziewałam się, że wytrzymają długo. Okazuje się jednak, że trzymają się cały czas tak samo dobrze. Przykleiły się bez problemu  i nie odstają w żadnym miejscu. Pozytywnie mnie zaskoczyły. Dodatkowo otrzymałyśmy także plastikowe zawieszki i naklejki imienne do naklejenia na nie - zawieszki mają otworki dzięki czemu można przeciągnąć przez nie kółeczko, łańcuszek lub tasiemkę. Myślę, że są one świetnym pomysłem do oznakowania plecaka lub bagaży - już w styczniu będziemy mogli i my je przetestować na naszych wakacjach.

5. Cena -  29 zł za 72 sztuki + 5 zł przesyłka . Koszt wysyłki nie zmienił się gdy zamawiałam ostatnio 2 pakiety na raz. Moim skromnym zdaniem koszt nie jest wysoki. Dodatkowo do każdego zamówienia dostajemy komplet naklejek do butów :)

Ogólne wrażenie jakie zrobiła na mnie przesyłka od atojestmoje.pl jest bardzo pozytywne. Naklejki i naprasowanki stosowane zgodnie z przeznaczeniem są bardzo trwałe. Poza tym tak jak pisałam wcześniej są bardzo estetycznie wykonane. Żukowa Panna jest w nich zakochana - zwłaszcza w tym jednorożcu, którego sobie wybrała jako znaczek identyfikacyjny.

Mam też dla Was Mikołajkowy upominek razy 3 :)

Po pierwsze poniżej znajdziecie kod rabatowy z 10% zniżką jeśli potrzebujecie takich naklejek na już. Korzystałam z niego przedwczoraj, działa, polecam sprawdzić!

Po drugie atojestmoje.pl ma dla Was aż 2 zestawy gratisowych naklejek. Wystarczy, że napiszecie pod tym postem komu chcielibyście podarować takie naklejki, a już 16 grudnia ze wszystkich wpisanych osób Żuk wylosuje 2 (dwie!), które będą mogły za darmo zamówić sobie komplet naklejek na atojestmoje.pl.

Fundatorem nagrody jest atojestmoje.pl
po zakończonej rozdawajce należy skontaktować się z Fundatorem poprzez wiadomość prywatą na FB w celu otrzymania kodu na darmowe zamówienie.
Darmowe zamówienie - czyli wygrane w konkursie/rozdawajce są dwie, dla dwóch osób.
Wygrana obejmuje po jednym komplecie naklejek (72 sztuki) spersonalizowanych, zaprojektowanych według laureata dla jednej osoby. 
Konkurs/Rozdawajka odbywa się tylko na terenie Polski.
Fundatorom będzie bardzo miło gdy polubicie ich FP  -> TU

Zachęcam do zabawy i pozdrawiam serdecznie
Pozdrawiam PR











Żuk wylosowała
Ewę Brożewską 
Beatę J
Zapraszam do kontaktu w celu ustalenia odbioru wygranej. 
Gratulujemy😊

czwartek, 30 listopada 2017

Czytu tu, czytu tam: z miłości do Mundzi.

"...Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego..."
Zwłaszcza to "nie pamięta złego" pasuje do historii, którą chciałabym Wam opowiedzieć, żeby zachęcić Was do przeczytania książki  "Piegowate opowiadania" Renaty Piątkowskiej.
Zacznijmy od początku, a raczej od środka, bo to jedno z wielu krótkich opowiadań w książce. 
Był sobie chłopiec. Mały, beztroski, który na swój dziecięcy sposób pojmowania świata zachwycał się przyrodą, każdym jej elementem i stworzeniem. Pewnego dnia na jego drodze stanęła Mundzia. Była ona najpiękniejszą Mundzią na świecie. Taką jego prywatną miłością (jakkolwiek by jej w ten swój własny sposób nie pojmował), z którą chciał spędzać dnie i bawić się. Mundzia niestety nie patrzyła na świat przez ten sam pryzmat co chłopiec i nie do końca rozumiała jego chęci. Chłopiec z potrzeby zatrzymania jej przy sobie wpadł na pomysł, który zrealizował chyba szybciej niż wymyślił, a gdy podzielił się nim przy kolacji z dziadkiem niestety nie spotkał się z poklaskiem i aprobatą. W postawie dziadka nie było nawet cienia zrozumienia. Za to starszy Pan bardzo obrazowo pokazał chłopcu jak jego pomysł wpłynął na życie i samopoczucie Mundzi. Chłopiec w krótkim czasie dowiedział się dlaczego jego pomysł i zachowanie były nieprawidłowe.
Niecałe 5 stron tekstu o tym co wolno a czego nie. Jak należy postępować żeby nie zrobić komuś krzywdy, choćby tym kimś miała być jedna mała zwykła Mundzia. Bajeczki na dobranoc z jasnym i zrozumiałym morałem.
Książka "Piegowate opowiadania" to jedna z serii trzech książek Renaty Piątkowskiej (dwa poprzednie to "Opowiadania z piaskownicy" i "Opowiadania dla przedszkolaków"). Zagościła na naszej półce dzięki Żukowi, która z całej masy rzeczy przeznaczonych dla dzieci miała wybrać coś tylko dla siebie. Pozostałych dwóch nie mieliśmy jeszcze okazji czytać, ale po tej którą posiadamy wiem, że Mikołaj ;) tamte wpisał na listę świątecznych prezentów.
"Piegowate opowiadania" to 18 historyjek z życia małego Tomka, dzięki którym dowiemy się dlaczego piegusy to mądrzy ludzie, że dorośli nie rozumieją podstawowych zasad komunikacji międzyludzkiej, że wynalazcy mają klawą robotę, bo oprócz siedzenia i myślenia nie robią nic innego, że gdyby nie dzieci rodzice nie potrafili by poprawnie przejść przez ulicę, a także wielu innych ciekawostek 

Dane:
Tytuł:Piegowate opowiadania
Autor: Renata Piątkowska
Wydawnictwo BIS
Oprawa: twarda
Sugerowana cena: 26,99 (my wyhaczyliśmy na promocji za niecałe 20 zł)

Z ręką na sercu polecamy. PR i Żukowa Panna





czwartek, 7 września 2017

Czytu tu, czytu tam - o nauce czytania dzięki poczcie

Myślę, że dotarliśmy do jakiegoś ewolucyjnego zakrętu. Nadeszły czasy kiedy to na poczcie prędzej kupisz książkę, ręcznik i prezerwatywy niż wyślesz paczkę, a już na pewno bardziej się to opłaci niż wysyłanie paczek, które zaczyna kosztować  krocie. Pominę wywody na temat tłumaczenia dziecku od czego jest poczta i jej zdziwienia kiedy wchodzi do urzędu pocztowego, a tam supermarket.....
Oczywiście Panie w okienkach zdają się być przez ten fakt jeszcze bardziej obrażone niż zwykle. Ja natomiast się im wcale nie dziwię, gdyż pilnowanie niezabezpieczonego towaru z dala od zasięgu własnych rąk skutkuje zapewne comiesięcznym mankiem, a zarobki z tego co się słyszy nie powalają wysokością.... albo właśnie powalają...
Niemniej jednak nie o Paniach z poczty, ich zarobkach i prezerwatywach dziś miałam, a o książkach dla dzieci, które dzięki tym Paniom i poczcie znalazły się na naszej półce. Od razu nadmienię - nie jest to żaden wpis sponsorowany, chciałam po prostu pokazać Wam książki do nauki czytania, które skradły serca moje i Żukowej Panny.
Rynek literatury dziecięcej przeżywa ostatnimi czasy renesans. Niestety nie idzie to jednak w parze z jakością. Dostępnych od ręki jest mnóstwo wydań tej samej pozycji, a najbardziej kusząco wyeksponowana jest przy tym oczywiście cena. W końcu jak mam wziąć kaczkę dziwaczkę za 1, 2 czy 12 zł. to kupię tę tańszą i w konto tej droższej dokupię jeszcze  pięć innych. Dopiero później okazuje się, że  często te tanie wersje straszą bykami w tekście, albo (O ZGROZO!) mają skrócony tekst, nie wspomnę już o koszmarnych obrazach. Tak wiem te drogie, alternatywne, też potrafią tym straszyć, dlatego teraz przed kupnem książki po prostu poświęcam jej kilka chwil i staram się ją przeczytać.
Stojąc tak na poczcie w długiej kolejce i strzelając oczami po górze rzeczy bardziej i mniej potrzebnych trafiłam na Elementarz wydawnictwa GREG. Chwyciłam jak to mam w zwyczaju i zaczęłam przeglądać.
W związku z tym, że Żuk książki kocha, często dostaje je w prezencie. Kilka takich prezentowych elementarzy przewinęło się już przez nasze ręce i żaden jak do tej pory nie zasłużył na osobną kartkę na blogu. Ten z urzędu pocztowego natomiast, mimo że obrazy są raczej proste i pstrokate, naszym skromnym zdaniem świetnie nada się nie tylko na prezent.
"Elementarz - Czytamy bajki metodą sylabową" to książka, która w prosty sposób pomaga dzieciom  stawiać pierwsze czytelnicze kroki.
 Każda litera ma w niej osobną kartkę. Obok strony z wyeksponowaną literą, sylabami z jej użyciem i tekstem do czytania, a także miejscem na ćwiczenie pisowni, znajduje się obrazek, dzięki czemu nie mamy wrażenia natłoku liter i tekstu. Sylaby w dwóch kolorach pomagają dzielić wyrazy, dzięki czemu ułatwiają czytanie. 
Gdy już przerobi się część z poszczególnymi literami, przechodzi się do bogactwa polskiej literatury dziecięcej. Coś co kochamy obie z Żukiem - Konopnicka, Krasicki, Fredro, Jachowicz, Mickiewicz..... Wiersze, które każde polskie dziecko powinno znać i kojarzyć, a raczej, z którym powinno się kojarzyć dzieciństwo każdego polskiego dziecka....
Prosta i łatwa książka do wspomagania nauki czytania. Litera, podstawowe sylaby, przykładowe wyrazy w ramce i systematycznie wydłużający się tekst. Od pojedynczych zdań do całych wierszy. Wszystko z zachowaniem interpunkcji i zasad prawidłowej pisowni. Zapisane sporą czytelną czcionką. 
Nauczycielem polskiego nie jestem, a jednak polecam, gdyż to że moja córka sama z siebie po nią sięga i ćwiczy jest dla mnie najlepszą opinią.

Wydawnictwo: Wydawnictwo Edukacyjne GREG
Oprawa: miękka (na stronie wydawnictwa są także w oprawie twardej - w nieco wyższej cenie)
Koszt: 21,99 (ze strony wydawnictwa)
Ilość stron w jednej książce:160

 Pozdrawiamy PR i Żuk











poniedziałek, 4 września 2017

Z życia wsi warmińskiej - idzie lasem pani jesień

Zdaje się ze dawno mnie tu nie było, choć jak dla mnie minęła tylko chwila. Zamykam oczy, otwieram i pach miesiąca nie ma. Chwila....
Co by nie było pora rozruszać palce na klawiaturze. Wszak lepszego czasu na to nie ma niż rok szkolny, a raczej ostatni rok przedszkolny, który właśnie rozpoczęła Żukowa Panna. W przyszłym roku Ona idzie do szkoły, a ja do szkoły wracam, w końcu odrabianie lekcji z dzieckiem to nie lada wyzwanie....dobrze, że to dopiero w przyszłym roku ;)
Chciałabym napisać remont skończony i cieszymy się widokami, ale niestety nie mogę, bo od jutra zaczynamy nowe walenie tynku....wiecie WlęTynki będziemy mieć cały rok....albo dwa...albo pięć. Niemniej jednak patrzę przez moje nowe, wielkie okna i cieszę się że już je mam.
Chciałoby się rzec, że rok nie należy do łaskawych, ale praca w warunkach polowych bez względu na wszystko do łatwych nie należy więc smęcić o tym nie będę. Najgorzej nie jest, bo udało nam się skończyć żniwa w pogodnym czasie, kapusta żadnej pogody się nie boi, tylko trochę ziemniaków żal, bo właśnie popełniają samobójstwo topiąc się w bezkresnych odmętach kałuż, deszczem spowodowanych. Nadzieja jednak umiera ostatnia i ona nam jeszcze została, być może kilku rozbitków uda nam się uratować ;-). Ogólny bilans jak na połowę sezonu jest jak na razie na plusie i oby tak go zakończyć. 
Z nowości (choć dla tych, którzy nas podglądają na instagramie żadna to nowość) rodzina nam się powiększyła i dołączyła do nas kolejna pocieszna istota, z długimi łapami i bezdennym żołądkiem o zmyślnym imieniu Elza. Nasza nowa sunia ma już ponad 3 miesiące, zjada wszystkie kapcie i buty, nałogowo pochłania borówki i cukinię i strasznie kocha dzieci - zwłaszcza Hrabiego, którego zaczyna przerastać. Ulubioną zabawą jest bujanie się na dziecięcym bocianim gnieździe (podszczypuje nawet dzieci żeby zeszły i zrobiły jej na nim miejsce), uwielbia też chodzić z gumakiem Pana Rolnik na głowie. Nie jest wybrednym szczenięciem oprócz wspomnianej cukini i borówek nie pogardzi też jajeczkiem od szczęśliwej kury, samą kurkę też by pewnie zjadła, na deser może być także trampolina i łopatki oraz foremki z piasku. Dostała swój własny apartament - własnoręcznie zrobiony przez Pana Rolnika, do którego się od razu wprowadziła, ale póki pogoda dopisuje najwygodniejsza jest bujana ławka ogrodowa.... Czort jakich mało miałam napisać, ale patrząc na moje dzieci, to całkiem sporo ich u nas ;) Historię Elzy opiszę Wam niedługo w osobnym poście jak emocje do końca mi opadną i będę mogła bez przekleństw pisać tekst, bo na razie nadal mnie szarpie... 
A wracając do pisania, tak mam zamiar wrócić....ale co z tego będzie najstarsi Indianie nie wiedzą.
Tymczasem zapraszam na kilka warmińskich kadrów, cieszcie oko razem ze mną i mam nadzieję że do przeczytania!
Pozdrawiam PR















wtorek, 20 czerwca 2017

Pani Wiecznego Remontu

Jestem, żyję i miewam się całkiem nieźle. Już jakiś czas temu ustaliliśmy sobie, że niedoczas to moje drugie imię, czego efekty widać na blogu - znaczy się widać, że nic nie widać.
Zacznę od tego, że chyba powinnam zmienić nazwę na Pani wiecznego remontu albo Pani z domu wiecznego remontu, gdyż dom wiecznego remontu jest znowu (UWAGA UWAGA!) w remoncie.  Jeśli stać was na nowy  nie inwestujcie w stare rudery, nie idźcie tą drogą.....
Między wierceniem, kuciem i waleniem, robię to co każda normalna kobieta, zajmuję się dziećmi, piorę, piorę, piorę, prasuję, piorę, zdarza mi się nawet ugotować coś jadalnego i bez kawałków tynku ;) a do tego ciągle mam upaprane ręce farbą do mebli, bejcą lub innym impregnatem - nie wiedzieć czemu. 
Odkąd nasze drugie dziecię zaczęło przemieszczać się sprawnie po całym domu okazało się, że używanie w nim miotły do zamiatania nie ma żadnego sensu. Gdyby nie fakt posiadania odkurzacza, myślę że zasypalibyśmy się brudem - wiecznie brudny dom wiecznego remontu - określenie idealne.
Hrabia przebija wszystko i wszystkich, zasuwa jak mały samochód, wspina się na wszystko na co tylko da radę, a jak nie daje rady to coś sobie podsunie (np. samochodzik, który nie wiedzieć czemu czasem mu odjedzie i guza pozostawi na obitym łbie) i okazuje się, że jednak daje radę. Dzieciak petarda. Taki wiecie po trupach do celu, wszędzie wejdzie, wszystko zrobi. Jest zafascynowany śrubami, kołami i przeróżnymi mechanizmami do napędzania pojazdów. Nie boi się absolutnie niczego. Zaczyna przejawiać cechy tzw. cygańskiego dziecka - komenda chodź potulimy wystarczy żeby sobie poszedł do jej nadawcy. Na domiar złego potrafi wypowiedzieć imię siostry i swoje (oczywiście w tylko mi zrozumiałym języku), woła babcię, dziadka, tatę, kota i traktor, a zapytany czy ma mamę kiwa głową, że nie wydając z siebie dźwięk (eeee). Proszony o powiedzenie mama robi to samo.....śmiać się czy płakać? Sama nie wiem.....
Żukowa Panna jakoś dziwnie cofa się do poziomu brata - zwłaszcza wieczorami kiedy pada komenda spać. Zaczyna się wtedy najlepsza zabawa i to nawet z bratem! Kibicuje mu swoim zaraźliwym śmiechem, a gdy my nie wytrzymujemy i parskamy ze śmiechu gdy Hrabia zrobi coś zabawnego zaczyna go naśladować. Wczoraj np. Młodszy wlazł na oparcie łóżka, a ona próbowała robić to samo, gdy powiedziałam żeby zaniechała tego procederu bo jej waga i gabaryty uśmiercą nasze ukochane łoże obraziła się i wyszła z sypialni z przytupem i tekstem "TAKA Z CIEBIE MAMA, ON MOŻE A JA NIE!". Także okazało się, że chyba trochę kiepska. Choć prawdę powiedziawszy on też nie mógł, tylko jak ta pchła na psim ogonie, co go spędziłam to właził znowu.....Prawda jest taka, że papugują się wzajemnie, zwłaszcza w tych najgłupszych rzeczach....
Front gospodarski ściśle zacofany. Myślę, że ten śnieg sypiący 10 maja trochę mu w tym pomógł. Nie wspomnę już o przymrozku z 3 czerwca..... Wszystko co zaplanowaliśmy, a nawet więcej jest i rośnie, choć jakoś dziwnie deszcz znów nas omija. Żeby tylko deszczowe zeszłoroczne żniwa się nie powtórzyły.... Jak na razie, pańskim okiem tuczymy te nasze szkapiaste uprawy doglądając codziennie i modląc się jak co roku żeby dało nam zebrać plony. Ach żeby tak mieć guzik do sterowania pogodą....
Poza tym co wyżej wymieniłam, chyba jesteśmy dość nudnym narodem, albo coś mnie omija, bo jakoś tak do dodania nic więcej nie mam. Remont będzie się ciągnął pewnie jeszcze ze 2 miesiące (spokojnie spokojnie, na przyszły rok kolejny zaplanowany ;)) a później zaczną się zbiory.... jak nie zwinę kramu to nadrobię zimą... 
Tymczasem miłego urlopowania Wam życzę, lipa kwitnie więc polecam zapasy na zimę zrobić i do przeczytania!
PR





środa, 24 maja 2017

Czytu tu czytu tam: Lotte Piratka + KONKURS

Wszyscy mi mówią, że wychowywać dziecko na wsi jest cudownie. Podkreślają przy tym jaka to swoboda i możliwości rozwoju dla niego. A ja się zgodzę z tym tylko w połowie, tylko z perspektywy rodzica.
Moje dzieciństwo upłynęło mi w miejscowości gdzie dzieci było na tak zwane pęczki. Była nas wielka banda i zawsze, któreś z nas wymyśliło coś ciekawego do roboty. Nie nudziliśmy się dlatego, że zaprzęgaliśmy do pracy nie jeden, a "dzieści" kreatywnych dziecięcych umysłów. 
Moja córka nie ma niestety tyle szczęścia co ja. Mieszkamy w miejscu, które liczy sobie kilkanaście numerów, z czego jedna trzecia z tych osób po pracy znika w swoich mieszkaniach w mieście. Nie ma koleżanek, nie ma rówieśników, a jedynymi towarzyszami zabaw są psy i koty. Jej młodszy brat nie umie się jeszcze z nią bawić, nie rozumie sensu większości jej zabaw i często bardziej jej przeszkadza niż pomaga. Żukowa Panna dryfuje więc jak samotna wyspa pośród morza sadów i pól, a żaden żywy organizm, czy to roślina, czy zwierzę nie są jej obce. 
Staramy się jak możemy aby jej ten czas w domu umilać, trochę może nawet rekompensujemy jej te braki towarzyszy zabaw, oczywiście zabawkami. Jednak to głównie dzięki niej samej, dzięki jej wyobraźni i  kreatywności, jej zabawy są udane i ciekawe. Taka mała dzielna dziewczynka.
Taką dzielną dziewczynką jest też Lotte, bohaterka książki, którą miałyśmy okazję poznać dzięki wydawnictwu Polarny Lis
Zdarza się Wam kupować książki po okładce? Powiem tak - nie należę do takich osób, aczkolwiek kilka takich wybryków mam na swoim koncie. Wszystkie oczywiście nieudane. Dlatego też teraz jak kupuję książki dla dzieci, przeglądam treść. 
"Lotte piratka" autorstwa Sandrine Bonini i Audrey Spiry, to książka, której nie kupiłabym ani po okładce ani po tytule. Gdy dostałam propozycję recenzji podeszłam do niej dość sceptycznie, nawet nie powiedziałam o niej Żukowej Pannie zanim nie przyszła do domu. Ba! Zastrzegłam sobie, że jeśli nam się nie spodoba recenzji nie będzie. Nie zachwycił mnie jej widok, ani tytuł.  Nie dla mnie jednak była przeznaczona, postanowiłam więc dać jej szansę.
 Jak można się domyślać i tym razem się zawiodłam, tyle że w tą dobrą stronę. Już pierwsza kartka,  jeszcze ta przed samym tekstem, z mnóstwem kolorowych obrazków woła otwórz mnie, zajrzyj i sprawdź.... Żuk zobaczyła między tymi obrazkami pająka i oczy jej się zaświeciły.... Nie zdążyłam przewertować treści pierwsza. Z tym błyskiem w oku i na bezdechu wydusiła z siebie "CZYTAJ!". No i przeczytałam, a później jeszcze 3 razy....
"Lotte piratka" to opowieść o takiej dziewczynce jak moja córka, dziewczynce której do zabawy musi wystarczyć wyobraźnia i wszystko to co napotka na swojej drodze, bo wychowuje się pośrodku niczego. Notabene tak jak Żuk świetnie sobie z tym radzi, a nawet twierdzi, że nic więcej jej do szczęścia nie trzeba. Żuk dopóki nie poszła do przedszkola i nie zasmakowała zabawy z rówieśnikami też była samowystarczalna, teraz chodź nadal dzielna czasem mówi, że przydałaby się jej jakaś koleżanka w pobliżu, choć jedna. Książka ta niesie przesłanie podobne do wniosków mojej córki - że warto czasem mieć przyjaciół.
Dzięki Lotte piratce mamy okazję biegać po dżungli, przytulać się do dzikich zwierząt, smakować egzotycznych owoców i napawać oczy pięknem przyrody. Czytając książkę słyszysz dźwięki dżungli, czujesz wilgotne powietrze przed deszczem i oddychasz świeżością lasu. Jest to jedna z tych pozycji, do której będziemy często wracać. 
Żuk w wolnych chwilach ogląda piękne kolorowe obrazy wręcz przesycone kolorem. Wynajduje w nich różne ciekawe szczegóły, na które zapewne ja nie zwróciłabym uwagi. 
Treść jest jasna dla małego czytelnika. Już pierwszego dnia Żuk była w stanie streścić mi historię Lotte, a nawet sama zauważyła swoje podobieństwo do małej piratki, dzięki czemu natchnęła mnie do napisania tego posta.
Obie z Żukową Panną szczerze Wam tę pozycję polecamy i niech nie zwiedzie Was jej wygląd i tytuł, tak jak mnie....

Dzięki Wydawnictwu Polarny Lis mamy dla Was jedną książkę "Lotte piratka".
 Jedyne co wystarczy zrobić to do końca maja (31.05.2017 23.59) zostawić komentarz na blogu ze swoim imieniem, nazwiskiem lub pseudonimem i podpisem komu chcielibyście podarować tę ciekawą historię. 
Miło nam będzie również jak udostępnicie informacje o konkursie na swoich profilach na Facebooku (ale to nie jest obowiązkowe).
1 czerwca w Dzień Dziecka Żukowa Panna wylosuje jedną osobę, której będziemy mogły podarować nasz dodatkowy egzemplarz książki. Dane tej osoby zostaną umieszczone na końcu tego posta.
Pozwodzenia i do przeczytania!
PR i Żuk







sobota, 20 maja 2017

Najmojsza z moich prawd o życiu

Nie ma recepty na życie, na rodzicielstwo, udany związek czy kontakty międzyludzkie. Nie ma kodeksu według, którego nic byśmy nie spierdzielili. Dzięki któremu wszystko zrobilibyśmy przynajmniej dobrze jak nie idealnie..... Na próżno szukać poradników, bo to co sprawdziło się u kogoś, nie oznacza wcale, że sprawdzi się także i u nas.
Można się upierać, zapierać, buntować, krzyczeć lub walić głową w mur. Można być biernym, wyłączonym lub obojętnym. Pewnych rzeczy nie przeskoczysz choćbyś wspierał się tyczką. 
Są za to na świecie złote półśrodki, które w zastosowaniu do metody prób i błędów przynoszą efekty.

1. Magiczne słowa. Moje dziecko ma taką cukierkową książeczkę z kucykami o tej jakże tajemniczej nazwie. Wbrew pozorom i na przekór całej cukierkowości książeczki dla dzieci, jest ona jednym z większych kompendiów wiedzy, jakie świat widział. Na próżno szukać tam abrakadabry, czy czarówmarów....
Sześć twardych kartek. Dziesięć mądrych zdań. Jeden logiczny  wniosek: dzięki PROSZĘ PRZEPRASZAM i DZIĘKUJĘ można więcej, częściej i bardziej. I nie ważne jest czy używasz tego do dziecka, babci, pani w urzędzie, na poczcie czy w sklepie. Hydraulika, Sprzedawcy, urzędnika, nauczyciela, księdza, cioci, brata.... Używaj częściej.... Działa!
Do tych trzech ważnych dodałabym jeszcze DZIEŃ DOBRY i DO WIDZENIA, takie drobinki kultury i dobrego wychowania....

2. Uśmiechnij się, albo inaczej przestań się rzucać i bądź miły, albo choć uprzejmy.... Na agresję mało kto reaguje spokojem i opanowaniem. To taki nasz mechanizm obronny, agresją w agresję.... Czasem wystarczy jednak się uśmiechnąć i być po prostu miłym. Nijak krzyczeć na kogoś kto jest dla Ciebie uprzejmy.
A jeśli możesz ustąpić, ustąp i przytaknij z miłym uśmiechem na twarzy..... Nic tak nie wkurza już wkurzonego jak szczery uśmiech i przytakiwanie.....

3. Słuchaj. Wiem, że obecnie żyjemy w czasach ja najmądrzejszy i cała reszta, gdzie moja prawda jest najmojsza, ale czasem warto jest chociaż wysłuchać argumentów innych. Nie wiąże się to od razu z robieniem czegoś jak ktoś chce, pójściem na ugodę czy porzuceniem własnej ideologii życiowej. Zdarza się jednak, że inni potrafią mówić tak samo mądrze jak my, czasem nawet bardziej. Nie ważne, że ten inny jest stary i co on tam wie o współczesnym życiu, nie ważne że jest młody i świata nie zna tak jak ja.....Czasem ten starszy czy młodszy patrzy na pewne sprawy bardziej obiektywnie i niejednokrotnie wskaże coś czego najmojsza prawda nie dostrzega. Po prostu wysłuchaj....

4. Nie traktuj innych z góry. Być może  jesteś od kogoś mądrzejszy, ładniejszy, bogatszy.... Masz tego świadomość? Świetnie! Brawo! Gratuluję Ci, że masz wysoką samoocenę, tak wiele jest wartościowych osób na świecie, które nie potrafią się docenić za swoje umiejętności, tobie się udało! SUPER!
Jednak pamiętaj, że każdy powinien być szanowany! Nie ważne, że ktoś jest mniej mądry niż Ty, robi błędy  ortograficzne, nie potrafi tak szybko liczyć, ma niższe IQ, a jego zarobki to zaledwie 1/4 Twoich.... Szacunek należy mu się taki sam jak Twojemu najlepszemu kumplowi, szefowi, papieżowi, czy prezydentowi.... Nie traktuj ludzi z góry, nie pogardzaj, bo Ty tez możesz kiedyś trafić na mądrzejszego od siebie .....
Traktuj ludzi tak, jak sam byś chciał być traktowany!

Niby wszyscy jesteśmy mądrzy, niby oczytani, niby wykształceni.... A jednak wielu z nas  zapomina o takich podstawowych półśrodkach lepszego życia. A czasami wystarczyłoby zwykłe dziękuję, czy przepraszam..... Super że jesteś, ładnie wyglądasz, cieszę się że Ci się udało.....
Tak niewiele, a tak DUŻO...

Dziękuję za uwagę Ilona


środa, 3 maja 2017

Kurostwo domowe

"Zupełnie nie wiem jak można się tak marnować? Po co były Ci te studia? Ja tam nie jestem stworzona do bycia kurą domową...."
Znacie to? Trochę obraźliwe? Nic bardziej mylnego!
Przeanalizujmy co oznacza kura domowa i bycie kurą domową i czy faktycznie jest się o co obrażać....

Kura wg. Wikipedii to nazwa większości samic ptaków z rzędu grzebiących, np. bażanta, cietrzewia, głuszca. Jak definicja wnosi - samica, rodzaj żeński, żeby nie było później niedomówień.
 
Kura domowa - również według Wikipedii - ptak hodowlany z rodziny kurowatych, hodowany na całym świecie. W środowisku naturalnym nie występuje. Uważa się, że stanowi formę udomowioną kura bankiwa (Gallus gallus), lecz nie wyklucza się domieszki innych gatunków południowoazjatyckich kuraków (zarówno żyjących, np. kur siwy, jak i wymarłych). Kury od wieków biegały wolno w gospodarstwach, same znajdywały sobie pożywienie np. na pastwiskach, były to natomiast bardzo małe ilości pożywienia. Kury zaczęto przechowywać w kurnikach w ilościach od jednej do kilkuset kur dopiero pod koniec XIX wieku, bowiem wówczas dopiero zaczęto zwracać szczególną uwagę na ich wartość ekonomiczną.

Pierwszym i najważniejszym podobieństwem jest płeć. Kura jest rodzaju żeńskiego, nie jest to jednak żadnym wyznacznikiem do porównania kobiety do kury, wszak na świecie są lwice, słonice, tygrysice, niedźwiedzice.... Czemu więc nikomu nie przyszło do głowy nazywać takie kobiety lwicami?
Być może dlatego, że kura jest ptactwem udomowionym, zwykło się o niej mawiać domowa, a kobiety są też trochę domowe, w końcu dom bez kobiety nie ma duszy - prawda...? A poza tym czy ktoś widział niedźwiedzice domową?
Dwa pierwsze i najbardziej uderzające podobieństwa za nami Kura, bo płeć żeńska i domowa....bo domowa, nie wymaga komentarza i rozwijania tematu.

Kura Bankiwa (Gallus gallus) - oczywiście wg. Wikipedii - gatunek ptaka z rodziny kurowatych (Phasianidae), uważany za dzikiego przodka kury domowej. Udomowiony został 4000 lat p.n.e. Występuje w północno-wschodnich Indiach i południowo-wschodniej Azji. 
Uważa się, że nie tylko mężczyzna, ale i kobieta pochodzą od małpy i zanim nas spacyfikowano (udomowiono/albo lepiej walnięto pałą i zaciągnięto za włosy do jaskini) też byłyśmy dzikie.... 

Rząd grzebiące - chyba nie wymaga długiego komentarza? Grzebiemy się w brudnych pieluchach, koszu z praniem i prasowaniem, co wytrwalsze grzebią się w grządkach jak prawdziwe kury żeby rodzinie świeże ekologiczne warzywka wyprodukować. Grzebiemy w zlewach pełnych naczyń i na dnie szafek by wydobyć coś z czego można wyprodukować obiad. Niektóre z nas muszą też grzebać w kupie żeby np. sprawdzić czy potomstwo wydaliło już część zabawki starszego rodzeństwa, czy jednak trzeba z nim jechać na SOR.... Także kolejne uderzające podobieństwo..... Zaczynam zastanawiać się czy na pewno pochodzimy od małpy.

"Kury od wieków biegały wolno w gospodarstwach, same znajdywały sobie pożywienie..." gdyby tak na świecie zostali sami mężczyźni myślę, że poumieraliby z 3 powodów : głodu, brudu i niemożności prokreacji.... Nie tragizuję, wiem że są tacy, którzy gotują lepiej niż 100 kobiet na raz jednak nikt jak baba nie potrafi wyczarować w 30 min obiadu mając w zanadrzu światło w lodówce, bieżącą wodę, gaz i siłę woli.... Kolejne podobieństwo....?

"... pod koniec XIX wieku, ...zaczęto zwracać szczególną uwagę na ich wartość ekonomiczną." Długie lata świetlne świat nie doceniał kobiet. Byłyśmy, że się tak wyrażę gatunkiem podrzędnym. Nie bez przyczyny jeszcze niekiedy słyszy się, że głową rodziny jest mężczyzna (głównie w kawałach bo co mądrzejsi doszli do tego, że bezpieczniej jest ów określenia nie używać). Z czasem jednak uzyskałyśmy prawo do głosowania i noszenia portek na równi z mężczyznami, a nawet co mądrzejsi z nich potrafią nas docenić za niezwykłe walory ekonomiczne. W końcu jesteśmy trochę jak roboty, milion w jednym (szkoda, że nie dolarów...). Ugotuje, posprząta, poprasuje, urodzi i odchowa dzieci, do tego przydatna jest nie tylko w kuchni ale i w sypialni. Potrafi zarobić pieniądze i nawet donieść większość do domu by ulokować we wspólnej studni bezdusznych kredytów. Czasem jesteśmy nawet zabawne i rozumiemy to o czym mówią mężczyźni (te to już level hard - np. zapalone amatorki piłki nożnej albo mechaniki). Myślę, że można byłoby wymieniać w nieskończoność....

Analizując wyżej wymienione definicje i moje subiektywne rozwinięcia myślę, że nie można stosować określenia kura domowa tylko do kobiet pracujących w domu. Bardziej pasuje mi to do określenia żony i matki.... Patrząc na to, że w większości polskich domów scenariusz jest podobny - na matce/kobiecie/żonie zazwyczaj spoczywa większość obowiązków domowych - określenie kura domowa ni jak nie wpisuje się do tych pracujących tylko w domu. Analizując moje błyskotliwe rozwinięcia pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest to określenie jak najbardziej pożądane, prawie jak komplement! W końcu opisywane są jako ekonomiczne, samodzielne i zaradne.

A odnośnie kobiet pracujących w domu - nie będę nikomu ubliżać ani słodzić jednakże kończąc właśnie swój 2gi w życiu urlop macierzyński i pracując w miejscu zamieszkania śmiem pokusić się o stwierdzenie, że ni chuja nie ma czegoś takiego jak kobieta siedząca w domu czy też siedząca i nic ni robiąca..... Jeśli ktoś widział kobietę siedzącą i nic nie robiącą w domu to bardzo proszę o przysłanie mi zdjęć adresu i pełnej dokumentacji. Moim zdaniem ni chuja, podkreślam NI CHUJA się nie da siedzieć w domu i nic nie robić....zwłaszcza z dziećmi.... Dlatego też kobieta w domu jest dla mnie kobietą pracującą.... tak jak kura ;)

Pozdrawiam PR

Zdjęcia oczywiście moje i jak najbardziej nie na temat ;) 



piątek, 21 kwietnia 2017

Z życia wsi warmińskiej - złe dobrego początki

Gdyby rolnik/maruda mógł sterować pogodą wiosna wyglądałaby zupełnie inaczej. Codziennie mielibyśmy słońce, przymrozki nawet nie wchodziłyby w zakres pory roku, systematyczny ciepły deszczyk podlewałby rośliny wspomagając ich wzrost i rozwój.....Nie byłoby wiatrów urywających głowę, a powiedzenie "kwiecień plecień..." stałoby się abstrakcją..... Gdyby rolnik mógł sterować pogodą.... Ale niestety nie może.
Siadłam do komputera z myślą, że w tym roku nie będzie narzekań na pogodę i niesprzyjające warunki. W końcu w zeszłym roku wiosna mnie tak bardzo ominęła. Spędziłam ją w łóżku z kopiącym po żebrach Hrabią, a niedosyt słońca mogłam zaspokoić tylko przez okno. 
Tak bardzo chciałam napisać, że cieszę się, bo oddycham razem z ziemią, rozkwitam na nowo jak młode liście i kwietne pąki.... I nie wiem jak to ująć żeby nie  narzekać mocno, a Was nie okłamać.
Wiosna przyszła, tak i owszem, a ja się z tego oczywiście bardzo cieszę. Ziemia pachnie i oddycha. Nawet udało nam się wysiać kapustę, co patrząc za okno było nie lada wyzwaniem. Jednak nie tego się spodziewałam. 
Nasze boczne drogi najlepiej jest przekraczać amfibią lub kajakiem, bo ciągle dopadujący deszcz rozmoczył je doszczętnie. Przez ostatnie 2 tygodnie spacery, które powinny być dla nas chlebem powszednim możemy zliczyć z Hrabią na palcach jednej ręki, bo albo leje, albo wieje. A te młode liście i kwiaty są, tyle że w planach, bo przyroda zdaje się mieć w nosie takie temperatury i czeka na bardziej sprzyjający czas.
Zawsze powtarzam, że w przyrodzie nic nie ginie. Susza zazwyczaj kończy się ulewami, bo parująca woda musi przecież kiedyś wrócić. Jednak takie popadanie ze skrajności w skrajność sprzyja bardziej depresji niż uprawie - przynajmniej w naszym przypadku.
Wieś warmińska jak co roku ożyła wraz z nadejściem wiosny (jaka by nie była). Widać masę uwijających się ludzi. Pracują jak mróweczki by zdążyć przed zimą. Wiem, wiem - wiosna się jeszcze nie rozkręciła, a ja już o zimie - tak to już jest w rolnictwie. Od rana słychać ciągniki i tylko dekoracja doczepiona z tyłu się zmienia. 
Od 4 rano można już usłyszeć ptasie trele - choć nie zazdroszczę im siedzenia na tyłku i grzania "kiełkującego" potomstwa (czego się nie robi dla własnych dzieci). Patrząc po stanie psiej miski po nocy, jeże także się już pobudziły i zaczęły bardzo intensywnie żerować. Wyjadają psie chrupy nie tylko z miski ale i z wora zostawiając po sobie bobkowate ścieżki ;). Żuk zaczęła znosić do domu dżdżownice i (oczywista oczywistość) żuki, żeby pokazać bratu ich piękne ubarwienie (zwłaszcza u dżdżownicy....). Hrabia pomimo tego, że nie wiele rozumie podziwia je razem z nią, choć zdecydowanie bardziej woli traktory niż owady.  
Ponadto w tym roku Żuk odkryła, że boi się mrówek - nie pytajcie, bo nie odpowiem. Nie mam pojęcia jak dziecko od małego głaszczące każdą napotkaną żywą istotę, nadające pająkom mieszkającym w domu na obrazie imiona w stylu Riczard, może bać się mrówki.... Tematu - każda mucha jest Karolinką - nawet nie będę rozwijać bo jest tak długi że starczyłoby na oddzielny post... Zaskakuje mnie moja panna co rok to bardziej...
Ogólny bilans pomimo wiatru, mrozu, nadmiaru deszczu i braku ciepła jest na plus. Zacieram ręce i czekam na wysiew cukinii i dyni - a ślina mi cieknie samoistnie na myśl o świeżych owocach i warzywach. 
Jak na razie słońca jak tlenu nam trzeba i tego się będę trzymać.
pozdrawiam PR
ps. kilka naszych insta warmińskich wiosennych fotek specjalnie dla Was