poniedziałek, 18 lipca 2016

Recyklingowe zabawy: idziemy do zoo

Rodzic - to taki dziwny podgatunek człowieka, który słysząc piosenki dziecięce zaczyna palić głupa i podśpiewywać je pod nosem, a po jakimś czasie podskakuje w ich rytm i zaczyna tańczyć - nawet w momencie gdy wszyscy już dawno o nich zapomnieli. Wystarczy, że dziecko zanuci kawałek tejże przeklętej melodii, a ciągnie się za rodzicem ona przez 2/3  tygodnia i okazuje się, że nie mogąc spać w nocy zamiast budzić współmałżonka w celach relaksacyjno - sportowych leżysz w łóżku patrząc w sufit i nucisz, że idziecie do zoo.....
Co w tym złego zapytacie? Teoretycznie nic, pod warunkiem, że nie macie w domu niemowlaka i zoo w odległości przynajmniej 3 godzin jazdy samochodem, które to przy niemowlaku urastają do 6... .Zanuciłam ostatnio, bo przypałętało się nie wiadomo skąd...Dziwny traf chciał, że moja niespełna pięciolatka podłapała rytm. Jakoś gdy mówię Żuk posprzątaj, albo idź spać, albo wynieś śmieci do kosza, albo.... z resztą każdy rodzic wie ile tego albo jest, Żuk wykazuje cechy lekkiego niedosłuchu. Gdy zaś człowiek się przejęzyczy i rzuci soczyste nosz kur...(i tu przerywa, bo impuls do mózgu dociera i wie już co kłapiący jęzor chciał z siebie wdusić) ona czuwa i krzyczy - BRZYDKIE SŁOWO, BRZYDKIE SŁOWO - i to na całą wieś! To samo z tym przeklętym zoo...
Pogoda płata nam figle, raz upał że nawet majtek nie da się włożyć bo i tak zjadą wraz z potem ( z tego akurat cieszą się mężczyźni, wszak marzeniem każdego jest kobieta w sukience bez bielizny - i nie mówcie mi że nie, ja wiem lepiej ;)). Dwa dni później nastaje piździawa 18nastostopniowa  zastanawiasz się czy to normalne w tej części świata czy globalne ocieplenie, wielki meteoryt, matka natura i ojciec czas kpią z nas i chcą nas wykończyć.....No i podczas tej piździawy rzuciłam, że w pierwszej klatce małpy skaczą hop hop hop....... Żuk jak to Żuk, posłyszała i dawaj uderzać w ton, że nudzi jej się, zimno, wakacje, zoo dawno nie widziała. Nie pomagały tłumaczenia, że daleko Hrabia się zamęczy, mama się zamęczy, tata się zamęczy.... Ona chce i już. Zoo musiało przyjechać do nas i  to szybko, bo WIELKI DĄS przepleciony stanowczym NIE na wszystko, czyhał  tuż za progiem.
Trochę przydługi ten wstęp, ale musiałam jakoś Wam to wytłumaczyć.
 Materiały: 
 Papier; 
mazaki, kredki lub farby; 
klej; 
nożyce, 
linijka i ołówek, 
ostry nożyk i deska np. do krojenia do cięcia. 
Można wykorzystać różne ozdoby typu ruchome oczka, piórka, wyciory. 
My przedstawiamy zabawę w wersji podstawowej.
Wycięłam pasy papieru, narysowałam na nich ogonki, które wycięłam nożykiem na desce. Żuk pokolorowała, skleiłyśmy w koło. Wycięłyśmy kształt głowy zwierzątka i łapki. Żuk pokolorowała, przykleiłyśmy. Zrobiłyśmy sobie swoją własną zagrodę ze zwierzętami. Przykładowe poniżej.
 Największą zaletą jest wspólnie spędzony czas gdyż konieczność użycia ostrego noża zmusza nas do odrobiny udziału w dziecięcej zabawie. Kreatywność, pomysłowość to dwie główne cechy tejże zabawy. Pobudza do myślenia. Do tego usprawnianie manualne gdyż pracujemy tu głównie rękoma - wycinanie, sklejanie, kolorowanie.  Same plusy.... no dobra żeby nie było, bo ponoć nie ma rzeczy idealnych, minusem jest zajęty cały parapet, bo wystawa musi być ;) Zachęcam do zabawy!
Pozdrawiam PR 







niedziela, 10 lipca 2016

Wyboista droga mleczna

Moja ginekolog na ostatniej wizycie opowiedziała mi o bogatych Chinkach, które wykupują sobie miesięczne turnusy w ekskluzywnych hotelach, zaraz po porodzie, tylko po to by zregenerować siły. Mają tam za zadanie, leżeć pachnieć i jeść, a jakaś pani - odpowiednik naszej położnej - zajmuje się cały miesiąc ich dzieciątkiem przynosząc je tylko do karmienia. Oczywiście panie są uczone jak karmić, przewijać i ogólnie zajmować się dzieckiem. Cena za tego typu zabawę w macierzyństwo jest wprost proporcjonalna do świadczonych usług, ale jak nadmieniłam wcześniej decydują się na to tylko te kobiety, które na to stać. 
Gdy słyszałam opowieść o tej krainie luksusu wydawało mi się śmieszne płacić za coś co jest wpisane w naszą naturę i na co świadomie się decydujemy. Po czym, na którejś wizycie położnej, kiedy tak siedziałam kolejną dobę z gołymi cycami walcząc o laktację, a mój mały ssak na przemian albo od cyca nie chciał się oderwać, albo nie chciał wcale na niego patrzeć - położna (nie wiem czy chcąc mnie podbudować, czy może faktycznie z zachwytu) powiedziała, że mnie podziwia za wytrwałość. Zaczęła przywoływać statystyki, z których to rzekomo wynika, że wychodząc ze szpitala karmi piersią około 60% kobiet, a po połogu jest to już niewiele ponad 40%.
Siedziałam tak miesiąc i gdyby nie mój mąż, który systematycznie mnie dokarmiał i ciocia I., która ze swoim pierwszym ssakiem przy cycu miała więcej problemów niż nie jedna matka pięciorga (nie ujmując nikomu oczywiście) -  zwariowałabym, albo rzuciła to całe karmienie w cholerę....
Nie czuję się bohaterką. Nadal nie jest tak jak być powinno. Nadal walczymy o karmienie. Przerobiłam już masę zastojów i zapalenie, niedobór pokarmu i jego nadmiar i wiecie co Wam powiem - wcale się tym Chinkom nie dziwię. Już wiem dlaczego wiele kobiet po prostu rezygnuje. 
Nie każdy ma ten luksus co ja - męża pracującego w domu, który przyjdzie i podsunie Ci jedzenie pod nos, babcie w domu, która zajmie się pierwszym dzieckiem. 
Wydawałoby się, że skoro jedno już odchowałam z drugim powinno być prościej..... nie jest. Jest tak samo trudno albo i trudniej, bo inaczej. Niewiele rzeczy, które sprawdzały się przy pierwszym mogę zastosować przy drugim i czasem czuję się jak dziecko we mgle. Nie mam żadnych złotych rad odnośnie karmienia. Choć mam dwoje dzieci, to wiem, że nadal nic nie wiem. Gdyby tak można było wynająć sobie doświadczoną kobietę, położną, która zamieszkałaby ze mną na choćby tydzień i poprowadziła mnie za rękę, nie zawahałabym się nawet przez moment.
Otwarcie przyznaję, że nie zawsze zgadzamy się z teściową. Dzieli nas ogromna różnica wieku. Potrafiłyśmy jednak w tym swoim uporze maniaka znaleźć wspólny język i teraz z ręką na sercu powiem, że gdyby nie ona zapewne nie donosiłabym ciąży do 38 tygodnia, gdyby nie ona moje pierwsze dziecko byłoby niedopilnowane i pałałoby rządzą mordu młodszego brata, który odebrał jej dwoje rodziców, gdyby nie ona właśnie rwałabym sobie włosy z głowy z przemęczenia i niewyspania i gdyby nie ona nie mogłabym w spokoju iść do toalety.... 
Być może nazwiecie mnie egoistką, ale gdy patrzę z jaką błogością mój syn zasypia w jej ramionach, a ona rośnie w momencie gdy tylko u niej się uspokaja nie czuję wyrzutów sumienia. I nie ma słów, którymi mogłabym wyrazić swoją wdzięczność za to co dla nas robi.... W końcu nie leży to w jej obowiązkach, swoje dzieci już odchowała. Czasami warto schować dumę do kieszeni - choćby dla godziny spokojnego snu, gorącej kawy, czy pomalowania jednego obrazka w kolorowance ze starszakiem.
 Kilka dni temu skrytykowałam porównywanie obecnych czasów do zamierzchłych. Ale w tym jednym wiele osób przyzna mi rację - kiedyś, gdy wielopokoleniowe rodziny mieszkały w jednym domu było lepiej i prościej (choć może z przyznawaniem racji też jestem w błędzie, bo aktualnie jest to bardzo niemodne przyznać że ktoś prawi mądrzej niż ja). Zachciało się ludziom niezależności, wyprowadzania na drugi koniec kraju albo i świata, bo przecież swój rozum mam, prosić o pomoc nie będę, a z resztą są inne czasy, inne wytyczne i teraz już się tak jak kiedyś nie wychowuje dzieci.... Efekt mamy jak na tacy. Wiele kobiet nie daje sobie rady z nadmiarem obowiązków i walką o rzeczy, rzekomo najważniejsze. A gdyby tak babcia, albo mama ugotowała, posprzątała, poprała czy poprasowała, zajęła się dziećmi - kobiety miały by czas na skupienie się w 100% na noworodku i nie musiałyby robić tego kosztem swojego zdrowia.
PR
 Reasumując - nic dodać nic ująć.....