czwartek, 28 kwietnia 2016

Opowieści z warmińskiego frontu łóżkowego....

Na wstępie (prawie jak list, których nie pisałam od lat) chciałabym Was wszystkich przeprosić za nieobecność i podziękować za miłe słowa wsparcia.
 Leżenie w kółko na jednym boku powoduje niemożność pisania na komputerze, drugi bok niestety nie wchodzi w grę bo Małemu Hrabiemu nie odpowiada pozycja....  Leżenie na brzuchu nie jest możliwe już od dłuższego czasu, natomiast na plecach powoduje, że wielki i ciężki balon blokuje mi przeponę, a płuca przestają pracować. Siedzenie nie wchodzi w grę i jest dopuszczone tylko w toalecie i podczas posiłków, a że muszę myśleć nie tylko o sobie w tym momencie to przedłożyłam jedzenie nad pisanie bloga. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone (nawet nie wiecie ile wysiłku kosztuje mnie napisanie dzisiejszego tekstu...).
Od razu chciałabym zdementować plotki o moim rzekomym odejściu z blogosfery - to tylko chwilowa niedyspozycja, tak łatwo nie idzie się mnie pozbyć.... Za bardzo to polubiłam żeby teraz tak łatwo z tego zrezygnować.
Do całej tej niemożności bycia w realu i internecie dostałam upominek, który zapamiętam do końca życia, w postaci przeziębienia (szkoda, że nie wiem od kogo to bym oddała), pierwszy raz od 20 lat boli mnie ucho i niestety bez antybiotyku się nie obeszło. Zaczynam dzień od wiaderka leków i na wiaderku kończę. Nie tak sobie tę ciążę wyobrażałam - myślę, że lepiej już sobie nic nie wyobrażać....
 Mijają właśnie 4 tygodnie w łóżku - nie musiałam w nim przebywać tyle czasu od kiedy skończyłam 3 miesiące i wisiałam na wyciągu w szpitalu z dysplazją stawów biodrowych. Mam zdecydowanie za dużo czasu na myślenie i patrzenie w sufit. Nie chce mi się czytać, komputer wadzi mi o wystający brzuch i w ogóle na białej pustej ścianie rodzą się różne ciekawe myśli (żeby nie powiedzieć chore). Czasami obejrzę jakiś program, ale zdecydowanie telewizja nie jest również moją ulubioną rozrywką. Leżę i patrzę, ściana, sufit, okno. Znam każdy dźwięk domu, podwórka, osób przebywających w pobliżu.
Niemniej jednak żeby nie zwariować do końca czasem włączę komputer lub coś obejrzę, sięgnę po książkę by po kilku stronach przypominania sobie liter odłożyć ją na kolejne 2 dni na parapet. Bezproduktywność - moje drugie imię.
Przeczytałam ostatnio artykuł o znaczeniu i symbolice powiedzonek. O większości użytych w tekście nawet nie wiedziałam, tak skutecznie współczesna polszczyzna wypiera tradycję z naszego świata i życia. Natknąwszy się wreszcie na przysłowie o prawdziwych przyjaciołach poznawanych w biedzie, aż zaszlochałam chwilę nad swym losem.... 
Nie robię z siebie cierpiętnika, nie ja pierwsza i nie ostatnia muszę ciążę "wysiadywać", a właściwie "wylegiwać" w łóżku... Są takie kobiety, które muszą cały ten czas w nim spędzić, niemniej jednak przykro jest tak nagle stracić kontrolę nad całym swoim życiem i stać się zależnym od innych. Dziękuję Bogu za męża i teściową i fakt, że mam od kogo być zależną.... Jednak z każdym dniem czuję napływającą do gardła gorycz i żal. Pretensje do świata o to, że nie mogę liczyć na to na co bym chciała....
Wiem gdzie leży mój największy błąd - nie umiem o tą pomoc być może poprosić, a rzeczy oczywiste i logiczne dla mnie nie są na tych samych szczeblach w hierarchii u innych. Przez to właśnie wyidealizowany obraz świata powoduje falę napływającego żalu, a chęć niekrzywdzenia i nierobienia przykrości innym powoduje, że nie mówię otwarcie o tym co mnie boli. Zero asertywności....
Tym oto nie do końca miłym akcentem zakończę falę mojego narzekania. Napisanie tego tekstu zajęło mi tydzień, także bądźmy dobrej myśli, może za tydzień uda mi się skleić znów kilka słów - obiecuję, że nie będą tak przepełnione goryczą.... Czasami dobrze jest się wygadać...ja właśnie to uczyniłam.
Życzę Wam ciepła i udanego wypoczynku w majowy weekend. Jedźcie bezpiecznie i bezpiecznie wracajcie do domów.
Pozdrawiam PR

wtorek, 12 kwietnia 2016

Co inni powiedzą?

Moda - słowo, które powinno być najzwyczajniej w świecie zakazane. Moda i nowe trendy są dla mnie sektą, która wciąga coraz to nowe rzesze nieświadomych obywateli wyciskając z nich przede wszystkim kasę. Moda rujnuje człowiekowi życie i tylko od człowieka i jego psychiki zależy czy da się pociągnąć do samego dna.
Tak się składa, że jestem na tym zakręcie życia, który prowadzi mnie w stronę kolejnego macierzyństwa. Zwracam więc uwagę na wszystko co z dziećmi związane. Mogę się z tym zgadzać lub nie, a moje zdanie oprócz tego, że zostanie przelane na wirtualne kartki mojego bloga nikogo nie obejdzie za bardzo. 
Patrząc jednak w kierunku ,do którego zmierzam zauważam trend na wiele rzeczy (nie twierdzę wcale że są one złe), z którymi nie masz prawa się nie zgodzić. Każda odmienność poglądów powoduje solidaryzację populacji do tego stopnia, że niektórzy są wręcz w stanie wydrapać Ci oczy żebyś tylko zmieniła poglądy - tak wiem, że tylko krowa poglądów nie zmienia, a przekonywanie w dobrej wierze do czegoś według Ciebie i większości ogółu pożytecznego czy dobrego powinno być kolejnym stopniem do nieba.....
Moda na ubrania, dodatki i kolory. Też lubię mieć pięknie wokół siebie, ale moje pięknie niekoniecznie musi pokrywać się z Twoim pięknie. Nastała moda na biały, szary, czarny, hand made, drugie życie staroci... Nie mam nic przeciwko tyle, że oglądając setki wpisów i katalogów z białymi kuchniami i szarymi dodatkami do nich, wchodzisz któregoś ranka do swojej i myślisz sobie "potrzebny tu remont" nawet jak meble jeszcze niezniszczone, a biały do tej pory uważałaś za nie w twoim guście. Wmówili Ci, że aktualnie panujące trendy to najlepsze co możesz mieć i tylko to da Ci szczęście.....
Codziennie rano słyszysz od męża, że Cie kocha i że jesteś piękna. Miło to słyszeć po roku, pięciu czy piętnastu latach małżeństwa. Choć to słowa męża powinny być najważniejsze na całym świecie wchodzisz na ten wytwór piekieł jakim jest FB i widzisz jeden płaski brzuch z kaloryferem, drugi i trzeci, po czym jeszcze z piętnaście koleżanek z czego każda na innej diecie. Dopadła je moda i  Ciebie też powoli zaczyna....Bo przecież mam rozmiar L, a tu TV i wszystkie portale trąbią o tym, że lato za pasem.... Dorzucasz sobie więc obowiązków do całego normalnego życia, zazwyczaj kosztem rodziny i czasu wolnego lub przeznaczonego na spanie,  katujesz się nie zważając na protesty, bo przecież na pewno będziesz szczęśliwsza w M-kach na dupie. Ewentualnie masz 15 lat i zaczynasz właśnie drogę w kierunku anoreksji, bo tylko chuda możesz się podobać, być zauważona i lubiana...
Moda na żywność ekologiczną, niejedzenie mięsa, glutenu czy ch... wie czego tam jeszcze. Ja rozumiem, że mamy w sklepach coraz to bardziej przetworzony śmietnik, ale musicie zdawać sobie sprawę z tego, że mamy tez prawo, które ten śmietnik reguluje. Chcesz jeść ekologicznie - nie ma problemu wyprodukuj sobie warzywa we własnym warzywniku, ale nie wpędzaj w depresję osób, które nie mają warunków do tego żeby taki założyć, albo takich, których nie stać na żywność ze znaczkiem BIO (swoją drogą wcale nie oznaczającego EKO).
Tak się  złożyło, że zostałam (zapewne nie tylko ja) wychowana w przeświadczeniu "MUSISZ". Całe moje życie oparte jest na tym słowie.
Musiałam zajmować się młodszym bratem, dawać mu przykład, bo przecież byłam starsza, a takie są konsekwencje bycia starszym rodzeństwem.... (czy oby na pewno?). Musiałam się uczyć, żeby nie skończyć w "życiowym rynsztoku" (cokolwiek to oznacza). Musiałam iść na studia, bo przecież jak bez nich żyć, znaleźć pracę i funkcjonować...(jak się okazuje jednak się da, choć mi już nie będzie dane tego doświadczyć). I tak robiłam to co musiałam, choć wcale nie musiałam, a później robiłam według zasad musisz wpojonych mi w pierwszych latach życia, bo inaczej nie umiałam....
Pewien znajomy powiedział mi kiedyś - "Ilona, Ty wcale nic nie musisz - TY MOŻESZ, a to duża różnica".
Wiele wody w rzekach upłynęło zanim zrozumiałam jego słowa. Jestem żoną, bo chciałam nią zostać - więc automatycznie muszę zamieniło się w chcę. Jestem matką - bo nią również chciałam zostać. Pracuję w gospodarstwie nie z przymusu, ale z wyboru... Można by tak wyliczać w nieskończoność rzeczy duże i błahostki z mojego obecnego życia, które zamieniają się w obraz chcę być tym kim jestem, niczego nie muszę.
Prościej się żyje ze świadomością braku przymusu. Łatwiej jest przyjąć pewne rzeczy do świadomości i żyć z nimi wiedząc, że ma się wybór, a to co robimy jest tym czego chcemy, a nie tym co zostało nam przykazane zrobić. Na tym polega wolność, więc polecam zastosować tę zasadę wszystkim, którzy myślą, że podążanie za aktualnie wytyczonymi trendami da im szczęście, bo nie na tym ono polega....
Pamiętajcie nic nie musicie - Wy możecie!
PR

piątek, 8 kwietnia 2016

Opowieści z perspektywy łóżka

Od ponad tygodnia moje życie toczy się między łóżkiem, łazienką i stołem, komuś spieszy się za bardzo na ten świat, a dobrze byłoby żeby jeszcze pomieszkał w swoim M1. Po tych dniach niemocy i przekręcania się z jednego boku na drugi zaczynam podziwiać te kobiety, które muszą wytrzymać tak całą ciążę. Czuję się trochę jak pies na łańcuchu, gdyż nie mam natury leniwca, a 5 rano widuję stosunkowo często.... Sytuacja ta jest dla mnie prawie jak kara za grzechy. Widać znów za dużo przeklinałam.
Żukowa Panienka zdaje się dobrze oceniać sytuację i wykazuje się dużą dozą sprytu przy tym. Wczoraj na przykład po przyjściu z przedszkola wyrzuciła mi na łóżko zawartość pudła z lalkami barbie i stwierdziła, że skoro ja muszę leżeć to ona umili mi czas zabawą w rewię mody. Czy ja mówiłam już, że kocham barbie.....(PFFFF)! Tak oto moje dziecko stanęło na wysokości zadania i codziennie po południu w moim łóżku ląduje coś innego - dinozaury, lalki, puzzle, gry edukacyjne, książki.... Nie mam wymówki, że muszę posprzątać czy gotować - Żuk wykorzystuje ten fakt w 200%.  Na zakończenie zabawy jeszcze mały odstresowywacz - taki rytuał - w postaci kolorowanki z My Little Pony, oczywiście obowiązkowo muszę kolorować z nią i czytanie przed spaniem. Przysłuża się przy tym przypadkowo bratu - gdyż jemu zwłaszcza to czytanie zdaje się podobać najbardziej.
Choć zabawa lalkami czy dinozaurami nie należą do moich ulubionych zajęć, a narastająca warstwa kurzu na moich ciemnych (łoś mnie chyba pokąsał przy ich kupnie) meblach codziennie coraz bardziej kłuje w oczy to dziękuję Bogu, mężowi i sobie, że mamy takie rezolutne dziecko i modlę się w myślach żebym nie musiała leżeć w szpitalu. Pan Rolnik został obarczony dzieckiem, domem i gospodarstwem, do tego żoną w łóżku więc siłą rzeczy go nie ma, gdyby nie moja mała rezolutna dziewczynka dni mijały by mi 3 razy dłużej, a tak nie mam czasu na nudę.
Sytuacja zmusiła nas także do zmiany postępowania i dania dziecku jeszcze więcej luzu niż miała go do tej pory - po 1,5 tygodnia odkryłam, że Żuk sama pościeliła swoje łóżko i dochodzę do wniosku, że chyba wszystkim ten stan wyjdzie na dobre.... No może z wyjątkiem mojej psychiki, która krzyczy powietrza, przyrody, świata i ludzi, a w zamian dostaje tylko rozkwitające pąki jarzębiny z jednego okna, a z drugiego płynące chmury i naszą prywatną parę synogarlic na drucie na porannej toalecie... Nic tam, jak to już kiedyś napisałam - czego się nie robi dla własnego dziecka. A propo ludzi - taka mała dygresja - odkąd okazało się, że moją bazą stało się łóżko zauważyłam, że zaczęto traktować mnie jak prątkującą na trąd, albo niechcianą ciążę (to drugie jest właściwie całkiem prawdopodobne - pod warunkiem, że pomacasz mnie po brzuchu.....grrrr).
Złapałam się ostatnio na tym, że zaczęłam skreślać dni w kalendarzu. W połowie maja będzie już na tyle bezpiecznie, że Młody może wyjść, do połowy maja...... no cóż do połowy maja pozostało nam  niecałe 38 dni i pewnie za parę miesięcy zatęsknię za tymi 38 dniami beztroski w łóżku. Na szczęście instynkt, albo nadgorliwość (sami wybierzcie) sprawiły, że wszystko jest praktycznie gotowe i zakupione. Nikt nie musi za mnie prać, prasować i układać dziecięcych ciuszków, a ja wiem, że wszystko jest po mojemu. Sklepy internetowe i kurierzy to jednak duże ułatwienie życia - nie wychodząc  z domu robisz zakupy i nie martwisz się, że ktoś wybierze za Ciebie kolor pieluszek, no dobra przyznam się Żuk wybierała, dlatego też mój syn ma pieluszkę w różowe kropki i zielone kwiatki..... Najbardziej jednak podoba mi się to, że nawet zamówienie z apteki przywiozą Ci do domu jak trzeba..... i tak oto poznaliście przez przypadek historię trzykrotnego zablokowania przeze mnie konta w banku....zdarza się nie?
Choć czuję się przytłoczona i lekko zaszokowana zaistniałą sytuacją, wcale na nią nie narzekam. Staram się odnajdywać pozytywy i nie panikować za bardzo (to drugie trochę mi nie wychodzi).
Nasz warmiński front na szczęście zdaje się nie dostrzegać mojej nieobecności, a jego życie toczy się dalej swoim własnym torem. Kapusta już na rozsadniku, pomidory dumnie puszą się na oknach, groch i łubin wysiany i tylko mój mąż jakiś taki padnięty..... Na szczęście nie narzeka i chwała mu za to.
Żukowa Panienka wraz z babcią przymierzają się powoli do zakładania warzywnika. Codziennie debatują co i w jakich ilościach wysieją. Mała zdaje się być idealnym odbiciem rodziców , bo nadal wynosi pająki na dwór, wypuszcza muchy i złotooki przez okno i zaplanowała już wysiew mieszanki kwitnącej dla owadów zapylających. Jestem na prawdę dumna z naszej Małej Przyrodniczki :) 
Wszystkim udanego weekendu życzę, korzystajcie z wiosny!
PR

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Prawie jak po czerwonym dywanie

To było tylko jeden raz w życiu gdy zaczepiłam obcego mężczyznę. Już Wam o tym opowiadałam. Dzięki temu mam kilka pięknych fotek, ale  postanowiłam sobie, że więcej tak nie zrobię.... W końcu bycie nachalną to nie w moim stylu. Tym razem to obcy mężczyzna zaczepił mnie. Napisał bardzo grzecznie, że chciałby przeprowadzić  ze mną wywiad. Szczerze? Szczęka mi opadła! Jednakże termin, który zaproponował nijak się miał do mojego wolnego czasu i gdy mu o tym napisałam myślałam, że więcej się nie odezwie. Być może cierpliwość to zaleta dobrego dziennikarza, bo jednak się odezwał w zaproponowanym terminie i do wywiadu jednak doszło.
Nie powiem żebym czuła się w rozgłośni radiowej jak ryba w wodzie, to prawie jak przed obiektywem. Gdy się stresuję ciągle się śmieję, bałam się trochę tego, że pomyślał sobie o mnie jak o nie do końca zrównoważonej psychicznie.
Zadawał pytania, a ja starałam się na nie w miarę mądrze odpowiadać, jednakże stres spowodowany wycelowanym we mnie mikrofonem doprowadził do tego, że pourywałam myśli w połowie. Dopiero wieczorem, leżąc w łóżku przez myśl przeszło mi dlaczego nie wspomniałam o tym, czy tamtym, oraz, że nie dokończyłam opisywać wielu zaczętych myśli. 
Analizując całą tą sytuację obawiam się, że zrobiłam sobie skuteczną antyreklamę....Choć cała sprawa wyszła na duży plus, bo poznałam przesympatycznego człowieka, z którym można byłoby rozmawiać godzinami.
Wszystkim spragnionym mojego głosu, psychofanom (hehehe ;) ) i ciekawym, czy powiedziałam coś głupiego udostępniam nagranie, które otrzymałam od Pana Krzysztofa.
Od siebie powiem tylko, że zachęcam do słuchania Radia Plus Olsztyn co środę  (i nie tylko oczywiście) o godzinie 18.40. Dzięki programowi Portrety Plusa można dowiedzieć się o istnieniu wielu ciekawych osób.
Pozdrawiam PR








piątek, 1 kwietnia 2016

Liczy się każde opakowanie - nowy sezon stare dylematy

Mamy już kalendarzową wiosnę. Widać i czuć to na każdym kroku. Wraz z kolejną wiosną i nowym sezonem wracają stare problemy i dylematy, które jak się okazuje zawsze będą aktualne i na czasie. Dziś chciałabym po raz kolejny powrócić do tematu opakowań po środkach ochrony roślin.
Tematem przewodnim będzie problem recyklingu, o którym jak się okazuje nadal jeszcze rolnicy wiedzą mało! O samym Systemie PSOR już pisałam kilka razy, więc nie będę się powtarzać: mam nadzieję, że z niego korzystacie, oddajecie puste opakowania do sklepów lub do PSZOKów i że nie macie z tym większych problemów…?
Jak dowiedziałam się na infolinii PSORu, zebrane w ramach ich Systemu opakowania po środkach chemicznych wykorzystywanych w rolnictwie są unieszkodliwiane w dwojaki sposób. Jednym z nich jest spalanie w specjalnych zakładach, a drugim recykling – czyli powtórne wykorzystanie, ale tylko i wyłącznie w kierunku nieszkodliwym dla zdrowia ludzi, zwierząt i dla środowiska, bo tak stanowi prawo. Takie opakowanie to bardzo cenny, ale i potencjalnie niebezpieczny materiał. Dlatego PSOR dokłada wszelkich starań, aby surowiec uzyskany z przetworzenia opakowań nie był wykorzystany do produkcji elementów, które mogłyby mieć kontakt z żywnością, ludźmi i zwierzętami.
Opakowania zebrane w ramach systemu PSOR unieszkodliwiane są w naszym kraju przez firmę REMONDIS (więcej o firmie można poczytać na jej stronie). Jest to jedna z większych firm w Polsce mająca rozbudowaną sieć sortowni i spalarni odpadów – dzięki czemu z jej usług korzysta nie tylko duża ilość firm i przedsiębiorstw ale także setki samorządów i gmin. Gdy oddajemy takie opakowania innym firmom niż Remondis, powinniśmy sprawdzić czy mają one zgodę na gospodarowanie odpadami niebezpiecznymi i czy wpisują do Karty Przekazania Odpadu numer 15 01 10*, właściwy dla pustych opakowań po środkach ochrony roślin. Jeżeli tak jest, możemy być pewni, że firma działa zgodnie z prawem. W innym wypadku nie mamy takiej pewności. Nieuczciwe firmy mogą odsprzedać opakowania po środkach i może z nich powstać cokolwiek, np. pudełka do żywności, lub plastikowe naczynia często kupowane dzieciom do nauki samodzielnego jedzenia… Ja osobiście wolałabym nie mieć z czymś takim kontaktu!!! Dlatego kontrolujmy, komu oddajemy puste opakowania. Dzięki temu chronimy siebie, nasze rodziny i środowisko!
Więcej o problemie recyklingu można przeczytać w raporcie „12 lat Systemu PSOR”. Jest on dostępny TU.

 
A tutaj moje poprzednie posty na temat zbiórki opakowań:
1
2

Pozdrawiam PR  
fot. Wojtek Gańko