środa, 30 marca 2016

O uczuciach porozmawiaj z psem - Konkurs

Nie wiem czy to dlatego, że napisałam jakiś czas temu, że mam problem z mówieniem o uczuciach, ale dostałam książkę o nich. Co prawda to książka dla dzieci, ale nie jestem do końca pewna, która z nas bardziej na niej skorzysta (śmiem przypuszczać , że to jednak będę ja).
Najpierw zachwyciła mnie jej piękna czerwona okładka - po prostu piękna, nic dodać nic ująć. W związku z tym, że pierwszej części opowieści nie miałam okazji przeczytać, na okładce z tyłu widnieje ściąga - przydaje się, bo zaczynając czytać wiedziałam już kto jest kim.
Plan był taki, że najpierw sama ją przestudiuję, a dopiero później, po ocenie czy nadaje się dla 4rolatki, przeczytamy ją z Żukiem. Niestety plany mają to do siebie, że zazwyczaj palą się na panewce i jak tylko mała Żukowa Panienka dojrzała coś pięknie czerwonego wyglądającego kantem spod mojej poduszki poczuła zew i nagły przymus sprawdzenia cóż to takiego. Gdy zobaczyła Syfona na okładce, psa, głównego bohatera książki, nie było opcji żeby poczekać z czytaniem do jutra. Rozsiadła się po kąpieli w łóżku i zarządziła czytanie. Po pierwszym rozdziale, który do wesołych wcale nie należy wiadomo było, że książka zdecydowanie przypadła jej do gustu. Planowałam na nim zakończyć tego wieczora - jednak jej szeroko otwarte oczy i stwierdzenie "mamo chociaż jeden rozdział więcej" mówiły same za siebie....
"Syfon i uczucia" to druga część opowiadania o przemiłym psie, który od pierwszych zadań książki urzeka nas swojskością. Jak to ujmuje autorka Iwona Kamińska w pierwszej części opowiadania -  Syfon to pies taki jak Ty i faktycznie pomimo tego, że świat pokazywany jest z perspektywy psiego nosa, od początku bez problemu idzie się utożsamić z jego głównym bohaterem i wczuć się w jego przygody. Jego psie perypetie pokazane są w sposób prosty dzięki czemu mają szansę zaciekawić małego czytelnika. Ponadto prostota przekazu (lubię to określenie) owocuje tym, że dziecko ma szansę bez problemu zrozumieć uczucia towarzyszące tej ciekawej historii i  UWAGA! nie zanudzić rodzica. Każdy z nas odbiera tę książkę na poziomie swojego rozwoju i przyznam, że wieczorami ścigamy się z Panem Rolnikiem do jej czytania Żukowi.
Syfon to książka, w której znajdziecie smutek, żałobę, przygnębienie, zagubienie, zaskoczenie, radość, przyjaźń, miłość, przywiązanie i wiele innych towarzyszących nam na co dzień uczuć. Przedstawione są one w sposób czytelny, obrazowy, tak żeby dziecko rozumiało o czym rodzic mu czyta, a rodzic nie miał większych problemów wytłumaczyć dziecku towarzyszących opowieści zdarzeń. 
Dopełnieniem są piękne ilustracje i krótkie wstawki w tekście definiujące ważne z perspektywy autorki odczucia. Kolejne duże ułatwienie dla rodzica.
Smucimy się, śmiejemy i zadziwiamy razem z Syfonem co wieczór, nawet Pan Tata stwierdził, że to jedna z tych książek dla dzieci, które po prostu czyta mu się dobrze - a musicie wierzyć, lub nie jest bardzo krytyczny pod tym względem. Każdy z nas wyłapuje inne ważne dla niego aspekty opowieści. Żuk jest zachwycona do tego stopnia, że zarządziła już zabranie książki na  piątkowy "dzień zabawki" w przedszkolu.
Żeby zachęcić Was do przeczytania tej niesamowitej opowieści mam dla Was niespodziankę - 2 książki, które możecie od nas otrzymać. Wystarczy tylko, że spełnicie kilka warunków - wbrew pozorom niezobowiązujących i nie trudnych w wykonaniu!

RAGULAMIN
1. Organizatorem konkursu jest Ilona Wasieczko prowadząca bloga i funpage Pani Rolnik
2. Aby wziąć udział w losowaniu należy:
a) udostępnić grafikę konkursową znajdującą się na w/w FP 
b) polubić funpage Syfona
c) w komentarzu pod grafiką konkursową wyrazić chęć wzięcia udziału w zabawie - np. wpisując słowa "biorę udział"
3. Konkurs trwa od 30.03.2016 do 6.04.2016 
4. Losowanie odbędzie się w ciągu 4 dni od zakończenia rozdania
5.Nagrody są 2, są to książki "Syfon i uczucia ", w związku z tym wygrywają 2 osoby.
6. Wygrani mają 4 dni od ogłoszenia wyników na podanie adresu do wysyłki - należy to zrobić drogą mailową - adres podany jest w zakładce kontakt lub w wiadomości prywatnej na FB.
7. Wysyłka tylko na terenie Polski.
 
 Życzę wszystkim powodzenia i udanej zabawy PR!







"Syfon i uczucia"
Autor: I. Kamińska
Wydawnictwo Czterolistne





sobota, 26 marca 2016

Wesołego Alleluja!


 Baran futro już wyczesał, kurczak piórka stroszy,
zając norkę swą posprzątał, szykuje już koszyk.
A w nim same smaczne kąski, bukszpanem przybrane:
jajka, babka, i kiełbaska, starannie wybrane.
Kochani!
 Ciepłych, pełnych radosnej nadziei świąt Zmartwychwstania Pańskiego,
a także kolorowych spotkań z budzącą się do życia przyrodą.
Życzy Pani Rolnik z rodziną



czwartek, 24 marca 2016

Z życia wsi warmińskiej - ziemia zatętniła życiem

Wieś warmińska tętni życiem. Sezon zaczął się na dobre i widać to nie tylko po sadach gdzie pracownicy uwijają się jak małe mróweczki. Mąż mój znika skoro świt, wpada na przerwę obiadową w środku dnia, by później znów zniknąć i wrócić często jak Żuk już przydusza wieczornego komara. Jakoś tak zima w tym roku wyjątkowo szybko minęła.
Nawet koty mają coraz mniej interesów do załatwienia w domu i często bywa tak, że cały dzień ich nie widać - nie, to nie marzec im w głowie, wszystkie wysterylizowane, to wiosna....
Babcine okna ugościły masę kubeczków ze wschodzącymi pomidorami, selerami, porami i innymi cudami - jeśli ktoś planuje własny warzywnik, a jeszcze nie wysiał to przypominam, że pora już na własnoręcznie wysiewane warzywa. Korci mnie puszka z nasionami cukinii, codziennie się do mnie uśmiecha. Jednak na jej wysiew muszę jeszcze ze 3,a nawet 4 tygodnie poczekać..... Nie zmienia to faktu, że czuję już zapach i smak swoich cukiniowych placków.....
Początek kwietnia to jeden z ważniejszych terminów prac polowych - wysiew kapusty na rozsadniku. Nasiona już przygotowane, teraz tylko czekać na dogodne warunki i odpowiedni termin. Oczywiście przyjdzie mi w tym roku być tylko biernym obserwatorem tegoż procederu - nie wiem jak usiedzę w miejscu, najpewniej trzeba będzie mnie zakneblować.......
Zeszłoroczna susza i nijaka zima w tym roku nie były łaskawe dla pól ze zbożami, nasze pszenice zastanawiają się nad tym czy żyć.... Do tego prognozy zapowiadające kolejny suchy sezon nie brzmią obiecująco i zachęcająco, ani dla nas ani dla tych biednych roślin.
Jeśli nie zdążyliście jeszcze posprzątać po poprzednim sezonie i poprzycinać drzewek owocowych jeszcze jest na to czas. Nasz mały przydomowy sadek już ogarnięty i tylko mi żal, że w tym roku się na nic tam nie przydałam.
 Po 8 latach małżeństwa z rolnikiem mogę stwierdzić jedno - jakby mi ktoś kazał teraz usiąść za biurkiem i siedzieć tak po 8 godzin 5 albo 6 dni w tygodniu najprawdopodobniej strzeliłabym sobie w łeb po miesiącu - tak wielką radość sprawia mi ruch i praca na świeżym powietrzu. Nie ukrywam, że mam tego teraz jak na lekarstwo gdyż mój błogosławiony stan wprawił mnie raczej w niebyt niż w euforię, a zasięg spacerów mam tylko do granic podwórka. Za każdym razem gdy zapuszczam się dalej mój pęcherz służy za trampolinę i zastanawiam się czy zdążę dojść do łazienki......
Pozdrawiam PR

poniedziałek, 21 marca 2016

Czytu tu, czytu tam, czyli PR poleca lekturę na przydługi wieczór

Upadłość telefonu połączona z humorzastym nastrojem maszyny do pisania i czytania, w potocznym języku nazwanej komputerem skutecznie uniemożliwiają mi byt w świecie wirtualnej rozkoszy... Jak się okazuje nie tylko dzieci się buntują, sprzętów domowych to także dotyczy. Nie daję się jednak i raz na jakiś czas staram się zajrzeć na blogi i wyczytać coś mądrego, ku chwale ojczyzny i mądrości ludu.... (nie no przegięłam).
Dzisiejszy wpis dedykuję kilku perełkom, którymi zachwycałam się w przerwach buntu sprzętowego. Lubię sobie tak podlinkować innych, bo inni blogerzy jak się okazuje są po prostu fajni....czasem nawet fajniejsi ode mnie ;) (też mi odkrycie).
Tak się składa, że bycie matką jak już wielu pewnie zauważyło wchodzi kobietom w krew do tego stopnia, że macierzyństwo przysłania im resztę świata, a dodatkowo buzujące we mnie hormony sprawiają, że czuję się matką jeszcze bardziej - choć tak na prawdę nie wiem czy bardziej się da. Dlatego też dziś dużo o dzieciach. 
Zacznę od Martyny i jej szczerego podejścia do macierzyństwa. Tak na prawdę gówno za przeproszeniem wiem jak było kiedyś, ale z opowieści babci i cioć można się tylko domyślać, że 25letnia dziewczyna bez męża i dziecka była po prostu starą panną, bez perspektyw na udaną przyszłość. Nie mi oceniać czy poglądy były dobre czy złe, ale wiem, że to młode matki rodzą najzdrowsze dzieci, że to młodym matkom jest prosto dojść do siebie po ciąży i porodzie i to właśnie młode matki potrafią znieść więcej gdyż 3letnie niewyspanie nie jest dla nich końcem świata. Tak, tak, spełnienie w kwestii intelektualnej, zawodowej, sportowej, sukcesy....nikomu nie bronię - jak to mówię często nie moja dupa nie mój interes. Czasami jednak warto jest nie odkładać rzeczy na później, a szczególnie macierzyństwa, bo może okazać się, że później jest po prostu za późno - zapraszam do Martyny TU.
Jeśli nie przekonało Was (choć wcale nie miało) moje czcze gadanie, a słowa Martyny odbiły się echem jak o ścianę to swoje i nie tylko swoje poglądy poprę jeszcze słowami Karoliny, że we wczesnym macierzyństwie także można znaleźć plusy. A dziecka nie trzeba traktować jak konieczności, obowiązku i niekończących się ograniczeń. Gdyby czas dawał się cofnąć.....myślę, że nie jedna osoba zmieniła by swoje postępowanie. Zajrzyjcie do Karoliny - TU.
Przyszła kolej na tą, która dla mnie jest w stanie wysiąść w szczerym polu na stacji widmo i udawać dodatkowo, że jej się to podoba :) Kasia napisała mądry tekst o 6ciolatkach w szkole. Może nie dowiemy się z niego czy warto puszczać 6latki do szkoły czy lepiej je zostawić w przedszkolu na podobę "starego systemu" ale przywraca on choć trochę równowagę psychiczną tym, którzy zaczynają się z tym dylematem borykać, uświadamia człowiekowi, że wreszcie mamy wybór i tylko od nas zależy jak potoczą się losy naszych dzieci. Choć Żuk idzie dopiero do 5ciolatków od września to nie ukrywam, że przymus wysłania jej do szkoły mnie uwierał, teraz mając świadomość, że mam wybór będę mogła skupić się na bacznej obserwacji i ocenie, czy jest na to gotowa. Zapraszam do Kasi - TU.
Kolejny tekst, na który zapewne zwróciłam uwagę przez hormony (jak dobrze, że jest na co złożyć) jest listem do celebrytki. Generalnie w dupie mam celebrytów i ich życie, nie obchodzi mnie kto jest w ciąży, kto się puszcza, a kto zrobił sobie cycki. Nie mam pojęcia o zaistniałej sytuacji przez, którą tekst ten powstał, ale! Radomska zawarła w nim kilka mądrych zdań, które cisną mi się na usta od samego początku ciąży i to wcale nie tej drugiej. Pewnie wszyscy tekst ten czytaliście, bo dużych blogerów ne trzeba polecać, wszyscy ich czytają nie wszyscy się po prostu przyznają....Jednak chciałam powiedzieć, że wkurwia mnie to, że kobiety w ciąży według opinii promowanej w mediach ciągle coś MUSZĄ, wmawia im się, że NA PEWNO będą nieszczęśliwe jak przytyją więcej niż 10 kilogramów, a do formy sprzed ciąży najlepiej żeby zaczęły wracać jeszcze w ciąży nie będąc... A poniosło mnie jak zwykle, zajrzyjcie lepiej do Radomskiej - TU.
A podsumowując tekst Radomskiej polecę jeszcze zajrzeć do Sabiny, żeby podkreślić kult pięknego ciała, które wcale nie musi się wszystkim podobać, ale jest modne  i wpędza całe rzesze kobiet i dziewczyn w kompleksy. Bo jak to napisała Sabina rozmiar 40 czy 42 wcale nie świadczy o tym, że ktoś jest gruby czy brzydki, a poza tym kaloryfer na brzuchu kobiety jak dla mnie wcale nie jest seksowny.... Zapętliłam się w zeznaniach, nawet nie wiem czy ktokolwiek mnie zrozumie...Mimo wszystko zapraszam do Sabiny - TU
Reasumując - na ukojenie nerwów po tym moim przydługim wywodzie idźcie do Moniki, poczytajcie sobie jak fajnie jest być wieśniaczką (tak tak, zgadza się swoje 5 groszy też tam wcisnęłam - gdzie diabeł nie może tam PR na pewno prędzej czy później się znajdzie). Mówiąc wieśniaczka - wcale nikogo nie obrażam, bo jak się okazuje, to nie jest wstyd mieszkać na wsi, na wsi jest po prostu fajnie (i nie obchodzi mnie, że to słowo jest nijakie i bezpłciowe  - fajnie, bo fajnie i już). O wieśniaczkach takich jak ja i nie tylko przeczytacie TU.
 Gdy już wszystko zostało powiedziane, nerwy ukojone, hormony zapadły w chwilowy sen przypomnę na sam koniec, że  dziś pierwszy dzień wiosny, a co za tym idzie - pora posprzątać ( jak kto woli czy dla Chrystusa, czy dla nowego członka rodziny, czy dla siebie po prostu). Czasem dobrze jest wyrzucić parę rzeczy, żeby wreszcie móc kupić sobie nowego nic ne wnoszącego w nasze życie i nikomu do niczego niepotrzebnego bibelota..... A nóż poprawi nam to humor. A poza tym na następną wiosnę będzie znowu co wyrzucać. Co się zazwyczaj nie przydaje, choć jesteśmy innego zdania podpowiada Sara  - TU. Ja od siebie tylko wtrącę o recyklingu książkowo zabawkowym - panie w przedszkolu prawie płaczą jak dostają kolejny karton nam już nie potrzebnych zabawek. A Pani w bibliotece publicznej to tak na serio się popłakała, jak dostała kolejną torbę (taką niebieską z IKEI - pewnie każdy kojarzy) przeczytanych książek, które zawalały nam regały, a po które nikt już nie sięgał po raz kolejny.... Nie warto jest chomikować, a dziecko na prawdę nie potrzebuje 3 pokoi zabawek....
Jak zwykle przydługo, chaotycznie i przemądrzale..... czyli tak po mojemu, pozdrawiam PR


czwartek, 17 marca 2016

Status ciężarna czyli o małpie w zoo

 Małpa w zoo, albo lepiej małpa w cyrku - myślę, że to drugie to dobre określenie. Dodam tylko, że chodzi mi o tą co z clownem rozbawia publiczność przy zmianie dekoracji..... Tak zdecydowanie od 29 tygodni czuję się jak małpa w cyrku. Temat do dyskusji, komentowania i oceniania....  No może tylko z tymi 29cioma tygodniami przesadziłam, bo dość długo udawało nam się utrzymywać radosną nowinę tylko dla siebie, ale cała reszta się zgadza.
Za chwilę pewnie usłyszę, że jestem niewdzięczna bo inni dzwonią zapytać jak się czuję, a ja narzekam. Ja wiem, że są tacy, którzy robią to ze szczerego, dobrego serduszka. Jestem im za to wdzięczna niezmiernie, bo w końcu miło jak ktoś się nami interesuje, choć trochę. Wiem jednak także to, że są i tacy, którzy robią to z czystej ciekawości lub bo wypada zapytać. Uwierzcie mi - nie wypada, lepiej czasami po prostu nie zawracać sobie głowy.
Korzystając z mojego błogosławionego stanu postanowiłam iść w ślady koleżanek i też dać sobie upust kilku ciążowym bolączkom. W końcu teraz nam więcej można, więcej zostanie nam wybaczone, bo wszyscy boją się myszy....czy czegoś tam, nie do końca wiem co nasyłają ciężarne na tych, którzy naruszają ich status "mogę wszystko".
Najpierw słyszałam ciągłe szepty, że rzekomo dobrze wyglądam, bo (UWAGA! UWAGA!) "nic po mnie nie widać!". Heloł! czy mam zacząć wstydzić się tego, że rośnie we mnie nowe życie bo zaczęło być widać mój wystający brzuch? Czy to, że kobieta ciężarna wygląda jakby w ciąży nie była to powód do dumy i potwierdzenie tego, że dobrze wygląda? Znakiem takim, że jak zaczyna się zaokrąglać to już przestaje dobrze wyglądać?
 Chyba kult wieszaków z wybiegów nadal wiedzie prym w mniemaniu i świadomości społeczeństwa, a ten kto ma chociażby większe cycki niż te panie z reklam i wybiegów, niekoniecznie będący w ciąży jest już odludkiem i odstępstwem od bardzo wąsko postrzeganej normy.... Przykre to!
Jak na razie tkwię w etapie - "oooo taki mały brzuszek jak na 29 tydzień?", choć chyba powoli się kończy, bo ostatnio usłyszałam, że jednak jest duży, a nawet bardzo duży.... Co ma sobie ta biedna ciężarna myśleć, zwłaszcza jak słyszy od matki kilkorga dzieci, że ma mały brzuch jak na tydzień w którym akurat jest? Może to, że jej dziecko się źle rozwija skoro jest za mały....?  Tyle się mówi o tym, że każda ciąża jest inna, każde dziecko jest inne i dwóch identycznych osób na świecie się nie uświadczy, a takie teksty krążą w obiegu jak opowieści o szewczyku dratewce....
Jak już wspomniałam powoli zaczyna się etap najgorszy - podsumowywania przybranych kilogramów.  Pytania "czy dużo mi przybyło", "czy mam duży brzuch", albo lepiej "czy dużo mam rozstępów" zaczną się sypać za chwilę z każdej strony - skąd wiem? Raz ten etap już przerabiałam. Później dojdzie jeszcze komentowanie za moimi plecami, a kto życzliwszy uprzejmie mi doniesie, że ta czy inna osoba stwierdziła, że źle wyglądam, bo dużo przytyłam, a jeszcze więcej mi zostało. I zacznie się istny festiwal krytyki dla sportu....
Czemu mnie to rusza choć nie powinno? Myślę, że wiele osób podzieli moje zdanie - choć niektórzy niekoniecznie publicznie. Nikt nie lubi być oceniany, nikt nie lubi jak mu się wytyka jakieś niedociągnięcie, choć on nawet za niedociągnięcie tego do momentu wytknięcia nie uważał. Społeczeństwo ma utarty obraz człowieka idealnego i bez względu na to czy uważamy tak jak reszta gawiedzi i próbujemy się w te ramy wpasować czy mamy je w głębokim poważaniu to nie lubimy być wytykani i określani jako inni. Inność niestety często oznacza gorszość - choć to nie po polsku to wiele osób mnie pewnie zrozumie. 
A czemu o tym piszę? Bo kilka lat temu strasznie się tym przejmowałam, wystający po ciąży brzuch i komentarze innych wpędziły mnie w stan depresyjny, przez co cierpiałam nie tylko ja ale i moi bliscy. Choć teraz zakładam sobie, że nie dam się tak łatwo to tak na prawdę nie mogę przewidzieć tego co będzie za niecałe 3 miesiące....
A jeśli jednak znów moja głowa nie poradzi sobie z nadmiarem komentarzy, może chociaż ten tekst pozwoli mi powrócić do normalnego logicznego myślenia, bez oglądania się na innych.....
PR

sobota, 12 marca 2016

Czekoladowe kulki

Jak już pewnie zauważyliście nie raz sprzęty w tych czasach produkowane są po to by dotrwały do końca gwarancji, później mają za zadanie najzwyczajniej w świecie paść.... Jak to mówią jest popyt jest podaż....czy coś w ten deseń.
 Tak więc mój wielce szanowny, ukochany przeze mnie, miłością nieodwzajemnioną jak widać, telefon postanowił raz, a skutecznie utrudnić mi życie. Każda próba dzwonienia lub korzystania z internetu została niecnie i szpetnie przerwana na rzecz odpoczynku jaśnie pana telefona..... Z komputerem się nie lubię, więc jakoś tak samoistnie przeszłam w stan power off i mam w dużej mierze odwyk od internetu. 
Jaśnie pan telefon za to wyjechał na przymusowe 30todniowe wakacje do serwisu i pozostał mi tylko stary, mężowski alcatel z guzikami, na którym pisałam ostatnio smsa około 20 minut...Wiecie taki powrót do przeszłości, albo prehistorii - jak kto woli. 

Żebyście jednak o mnie nie zapomnieli postanowiłam choć na chwilę przysiąść i pokusić Was na małe co nieco. W końcu to jedno wychodzi mi ostatnio najlepiej.

Moja propozycja na ten weekend to czekoladowe kulki, zwane potocznie kasztanami, szybkie i proste w przygotowaniu (choć jak tak sobie przeanalizuję tę nazwę to nie do końca jest ona zachęcająca, powiem szczerze brzmi dwuznacznie....). Masa na kulki idealnie nadaje się jako baza pod wszelkiego typu desery w pucharach czy serniki na zimno. Idealne połączenie z galaretką, a nawet owocami. Ostrzegam, będzie słodko.....a nawet bardzo słodko.

Choć ostatnio spożywaliśmy ją w postaci sernika na zimno z owocami i galaretką Wam pokażę wersję podstawową, bazową, a tylko od Was zależy w jakim kierunku ją wykorzystacie. Życzę smacznego wszystkim miłośnikom czekolady - zwłaszcza tak wielkim jak nasze małe stadko ;)

Składniki:
- suchary
- czekolada do smarowania na kanapki
- w przypadku kulek ciemne lub słodkie kakao (wg. upodobań) lub wiórki kokosowe, polewa, posypka - na co tylko macie ochotę

Suchary mielimy lub kruszymy - na szczęście posiadam coś takiego jak wielofunkcyjny robot kuchenny, który wyręcza mnie w wielu czynnościach. Do zmielonych sucharów dodajemy masę czekoladową w takiej ilości by można było po wymieszaniu uformować z niej kulki - ostrzegam lepi się do rąk i nie jest to wbrew pozorom takie proste. Na koniec obtaczamy kulki w czym nam się tylko podoba - u nas kakao rozpuszczalne, słodkie, jakby tej słodyczy jeszcze mało było ;) można wstawić do lodówki lub zamrażarki na trochę żeby  masa się ścisnęła.

A propo kasztanów - pamiętam z czasów wczesnej młodości jak mama robiła takowy przysmak , a raczej przysmak pod takową nazwą. Wiem, że bazą były kruszone herbatniki, reszta niestety umknęła w czarnej dziurze wspomnień. Może ktoś pamięta i chciałby się podzielić przepisem przywracającym młodość na magiczne 30 sekund jedzenia?


Wszystkiego słodkiego życzę PR









czwartek, 3 marca 2016

Awantura o jajo

Rolniczym światem wstrząsnęły ostatnio dwie wiadomości. Jedna jest taka, że państwo chce kontrolować nasze prywatne ziemie i nałożyć swój nadzór na sprzedaż tychże, druga zaś - paradoksalna i śmieszna jak dla mnie - że w jajach od kur z wolnego wybiegu znaleziono salmonellę i lepiej kupować te fermowe, tzw. sklepowe, które "na pewno" takowej nie zawierają.

Co do rynków ziemi i całego szumu wokół niego wypowiadać się nie będę. Mam wielkie braki w tym temacie i nie mi oceniać to czy jest to pomysł dobry, zły, czy w interesie polskiej ziemi dla polaków. Ilu ludzi tyle opinii, moja zapewne i tak do tego naszego świata i środowiska nie wniesie niczego, więc daruję sobie i nie będę strzępić języka i palców.

Niemniej jednak faktu nagonki na jaja wiejskie z małych kurników, od kur szczęśliwych z wolnego wybiegu nie zniosę i nie przemilczę. Nie godzi mi się żeby wysłuchiwać tego steku bzdur tylko dlatego, że wielkim fermom spadła opłacalność produkcji, a święta z jajkiem w tle za pasem.

Zacznijmy od tego, że Salmonellę odkryto w 1885r, do tej pory poznano około 2500 gatunków tej bakterii.  Powoduje ona głównie zatrucia pokarmowe lub tzw. dur brzuszny, chorobę która jest już  praktycznie w Polsce nie spotykana. 
Człowiek zakaża się rzadko tą bakterią, zazwyczaj za pośrednictwem jedzenia. Drób uważa się za najczęstszych nosicieli tejże bakterii, ale nie jest ona jego standardowym wyposażeniem. Jeśli już np. kury są zarażone Salmonellą to nie tylko mięso, ale także jaja są skażone. 
Jednakże trzeba wiedzieć, że pałeczki Salmonelli zostają unieszkodliwione w wysokiej temperaturze - gotowanie, smażenie, pieczenie. Przy odpowiednio zachowanych zasadach higieny są małe szanse na zarażenie się tą bakterią. Zazwyczaj do zakażenia dochodzi po spożyciu surowych lub półsurowych jaj.

Najważniejsze zasady przy używaniu jaj:
*mycie jaj
*jeśli ktoś nie uznaje mycia to mycie rąk po każdym dotknięciu się skorupki
*nie jedzenie jaj surowych i półsurowych
 UWAGA - samo umycie jaja nie zabije bakterii gdyż przedostaje się ona przez skorupkę, do unieszkodliwienia dochodzi dopiero po termicznej obróbce jaja, tak jak napisałam wcześniej gotowanie, pieczenie, smażenie. 

Teraz trochę o fermach. Jak wiadomo kury fermowe mieszkają w wielkich molochach, do których nie dociera światło dzienne. W 200% nastawione są na produkcję - odpowiednia symulacja paszą i światłem sprawia, że potrafią nieść więcej niż jedno jajko na dobę. Przy przeciętnej, dobrze dokarmionej kurze wiejskiej jedno jajko na dobę to wynik najwyższej noty. Jaja przechodzą przez naświetlanie ultrafioletem - dzięki temu nie mają salmonelli. Za to nikt z przemiłych Państwa w wiadomościach nie dodaje już, że w dużych kurnikach używane są na przykład antybiotyki. Bo jak zaczyna się choroba i pomór w takim wielkim kurniku to straty liczone są w milionach, a producenci nie mogą i nie chcą sobie na to pozwolić (z resztą kto by chciał).

Kura wiejska - pod warunkiem, że to faktycznie kura wiejska z wolnego wybiegu - oprócz tego, że ma luz blues i klawe życie, wie co to słońce, robaczek, świeża zielenina typu trawa, pokrzywa, liście czereśni czy innego orzecha włoskiego ( przysięgam potrafią zjeść wszystko co zielone i za szybko nie ucieka).  
Kura wiejska karmiona jest zazwyczaj paszą wyrabianą z produktów przynajmniej częściowo wyprodukowanych w danym gospodarstwie - choćby takie zboże, z którego robi się paszę, po co rolnik ma kupować z nieznanego źródła skoro ma ziemię i może sobie sam wyprodukować. Do tego co większy gospodarz, który oprócz zbóż ma jakieś poletko z marchwią czy ziemniakami nie poskąpi swym podopiecznych tychże rarytasów, bogatych w witaminy i minerały. Wiadomo jak dbasz tak masz, a im lepiej nakarmisz kury tym lepiej będą się niosły. 
W końcu ostatni - jak dla mnie najmocniejszy argument, mały gospodarz posiadający niewielką ilość kur nie będzie sobie zakrzątał głowy barwnikami żeby żółtka było odpowiednio wybarwione. Nie od wczoraj wiadomo, że zabarwienie żółtka można regulować paszą - kukurydza, dynia, marchew to tylko nieliczne produkty, które wpływają korzystnie na ten proces - że się tak wyrażę.

Także przemiłych Państwa z wiadomości, których słucha przynajmniej połowa Polski pozdrawiam serdecznie i życzę na przyszłość więcej obiektywizmu. Wam za to życzę samych mądrych wyborów zakupowych, zwłaszcza w wybieraniu produktów żywnościowych dla dzieci, bo to że kura mieszka w kurniku wiejskim i biega bezkarnie po podwórku ciesząc się wiatrem, deszczem, słońcem i tęczą (no dobra z tą tęczą przegięłam, to nie kucyk Pony) nie oznacza od razu, że jest nosicielem Salomelli.

Swoją drogą - nie jeden wiekiem mi podobny potwierdzi - wychowaliśmy się w czasach braku wielu rzeczy łącznie ze słodkościami, albo pieniędzy na nie. Często swój głód na spożycie czegoś słodkiego zaspokajaliśmy koglem moglem lub pianą z białek i cukru - przynajmniej ja mam takie obrazy z dzieciństwa.Nikt do nas wtedy nie mówił żebyśmy tego nie jedli bo salmonella - a jajka zazwyczaj pochodziły z własnego kurnika, lub babcinego albo z kurnika sąsiadki. Naturalnym było trzymanie kur, ewentualnie kupowanie jajek od sąsiadów. Teraz raptownie wszystko to stało się niebezpieczne dla nas i naszego zdrowia.... Niedługo okaże się że uprawianie własnego warzywnika może powodować zatrucie....

Pozdrawiam PR