wtorek, 23 lutego 2016

Pokolenie lewych rączek

Siądź i zastanów się - potrafisz dobry człowieku powiedzieć ile razy w ciągu dzieciństwa miałeś zdarte kolana? Łokcie? Porysowaną twarz? Ile razy miałeś odkażane rany zaklejone kolorowym plasterkiem, a ile razy umyłeś skaleczenie w wiadrze stojącym pod rynną mającym na celu złapać deszczówkę do podlewania kwiatków i zalepiłeś je brudną babką lancetowatą z przydrożnego rowu? 
Nie robiłeś takich rzeczy? 
Jakoś mi się w to wierzyć nie chce....
Wiesz co Ci mogę zagwarantować? Tobie i sobie oczywiście, że nasze dzieci w przyszłości będą potrafiły na palcach policzyć sytuacje, w których rozbiły sobie głowę, kolano, czy łokieć. Ile razy zużyły na to plasterek i do tego co było na nim narysowane.
Granica między rozsądkiem rodzicielskim, a wychowywaniem bezradnego młodego pokolenia przesunęła się drastycznie w tę stronę, która powoduje, że dzieci przestają myśleć samodzielnie. I nie nie mówię tego po to żeby komuś ubliżać - sama zaliczam się do tych matek panikar, które nagminnie nadużywają wyrażenia "nie, bo sobie zrobisz krzywdę". 
Jest takie powiedzenie, używane głównie przez naszych rodziców i dziadków, bo zdaje się, że my nie do końca rozumiemy jego znaczenie - się nie przewrócisz, się nie nauczysz.... Coś mi się wydaje, że wychowanie obecnego pokolenia rodziców było aż za bardzo oparte na tej tezie i dzięki temu nasza pobudzona do granic możliwości wyobraźnia spowodowała, że zamiast wypośrodkować ukróciliśmy wolność naszym dzieciom.
Nie mówcie mi, że tak nie jest, że dajecie dzieciom swobodę, że Wy jesteście idealni pod każdym względem....Po pierwsze nie ma ludzi idealnych, po drugie nie urodziłam się wczoraj i widzę co się dzieje w przedszkolu, na placu zabaw, przychodni, na szpitalnych korytarzach czy w sklepach. Gdzie nie spojrzę i gdzie nie nadstawię ucha tam "nie bo coś..." rozbrzmiewa i odbija się echem, a później sama dorzucam jeszcze swoje do tej kanonady i śpiewamy zgodnym chórem. Jedyne zaś, za co można nas pochwalić to ta zgodność tonacji....

Wszystko zaczęło się od tego, że kupiłam dziecku nożyczki, oczywiście takie dla dzieci. Nie ukrywam, że najchętniej dawałabym jej te tępe, plastikowe od cięcia ciastoliny. Powtarzając sobie, że jeszcze ma na to czas, mała jest i przypominając sobie swoje wycinanie na oknie we własnym pokoju kiedy to nożyczki zagłębiły się w moim udzie....Nigdy więcej nie wycinałam siedząc na parapecie - się nie przewrócisz.... 
I przyszło dziecko z przedszkola na koniec semestru ze zrobionym ćwiczeniem z pierwszego półrocza. Siedliśmy do komisyjnego przeglądania, a tam zadania z wycinankami typu wytnij obrazki i przyklej w kolejności. Patrzymy z A. obrazki jakieś takie obciosane jak lewą stroną siekiery na nierównym pieńku. Pytam Żuka kto tak pięknie wycinał te obrazki. Spojrzała i dumą powiedziała "mamo, no przecież ja". Tego samego dnia gdy poprosiła o nożyczki kazałam jej iść do biura i sobie wziąć. Nie przykazywałam brać tych dziecięcych, po prostu dorzuciłam ciche "tylko bądź ostrożna". Zamknęłam oczy i modliłam się żeby moja czterolatka nie ucięła sobie uda, palców, czy nie wbiła sobie ich w oko. Nic z mojego czarnego scenariusza się nie sprawdziło, a warzywa które narysowała dla mnie zostały wycięte. Czy to była lekkomyślność z mojej strony? Myślę, że raczej nauka życia i samodzielności....
Krztusiec i przymusowe siedzenie Małej w domu posunęły mnie do jeszcze głębszych przemyśleń - żeby nie było, że na nożyczkach się skończyło. Chleb zazwyczaj mamy pokrojony, ser również w plastrach, nutelli czy twarożku kroić nie trzeba, a nożem stołowym krzywdę można sobie zrobić naprawdę się starając i chcąc. 
Gdy Żuk poprosiła o kanapkę zapytałam czy nie zechciałaby sobie sama zrobić - w końcu wie gdzie co leży. Z pewną dozą niepewności , zachwytu i zarazem podejrzenia, że coś knuję zapałała wielką chęcią. Poradziłam żeby podsunęła sobie krzesło do blatu kuchennego - nawet posłuchała! Wyciągnęła sobie twarożek, nóż stołowy, kromkę chleba i masło i ku mojemu zdziwieniu zrobiła kanapkę, po czym ją zjadła. A później jeszcze dwie.
Ktoś może mi w tym momencie zarzucić lenistwo - ale gwarantuję, że lenistwem tego nazwać nie można. Choć mam trochę więcej sprzątania jestem z niej na prawdę dumna! A jeszcze bardziej z siebie, że jej na to pozwoliłam....
Moje dziecko kocha drabiny - właśnie zamówiłam jej drabinki na plac zabaw, które zawisną między pniami po ściętych drzewach.....A ten tekst jest próbą usprawiedliwienia się, że dobrze zrobiłam nie zamawiając przy tym grubego materaca 2/2,20 metra......
Pozdrawiam PR

29 komentarzy:

  1. pamiętam, jak Iga przyszła od mojej mamy totalnie dumna i z zaklejonym wskazującym palcem, babcia pozwoliła kroić jej ziemniaki na frytki, dorosłym nożem!!! Ja też pozwalam Idze na dużo, czyli nożyczki, motyczki w ogrodzie, wchodzenie po szafkach w celu wyjęcia kubka, talerzyka, podgrzewanie w mikrofali itp. może i z lenistwa robiłam to na początku, ale za to jaki to dało efekt, mam najbardziej ogarniete i samodzielne dziecko ze wszystkich mi znanych (serio, nie przesadzam - ostatnio pani w szkole, sekreterka czy kadrowa, nieważne, mówi: o zobacz Igusia sama sie ubiera a mam stoi i patrzy, jak dziecko się męczy - przypomnę, że Iga ma już skończone 6 lat!!!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a taaaa, babcie to zupełnie inny poziom osiągnięć - czasami nadgorliwe do granic rozpaczy a czasem pobłażliwe do tego stopnia że my nawet świadomości że tak się da ne mieliśmy.....ale to prawda że im więcej może tym więcej umie, tym bardziej chce się nauczyć i tym większą radochę ma z tego co robi.

      Usuń
  2. z dreszczykiem ta opowieść....

    tez pozwalałam dzieciom na więcej- drżąc przy tym, ale jak inaczej miałby się tego nauczyć....
    Byłam dumna, gdy po biwaku klasowym Pani powiedziała, że 10-latki nie potrafiły sobie jedzenia przygotować...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... a mój chłopak organizował dla nich naukę... :)

      Usuń
    2. czasem mnie łapią takie przemyślenia na temat własnego zachowania i jedyny wniosek jaki mi się wtedy nasuwa na myśl to - gdzie się tego ma nauczyć jak nie w domu? a jak ma się nauczyć czegoś skoro ją wyręczamy....? Jak to mówią lepiej późno niż później dojść do mądrych wniosków :)

      Usuń
    3. brawo, myśl i próbuj dalej....

      mnie dużo kosztowała ta nauka!

      cierpiał Dzieciak...

      Usuń
    4. wiesz ja na prawdę staram się wyciągać wnioski z własnych i cudzych błędów i nie zacinam się jak ktoś mi mówi żebym spróbowała robić inaczej bo to co robię nie zawsze jest mądre i skuteczne. Staram się - choć jak każdemu nie zawsze mi wychodzi :) pozdrawiam!

      Usuń
  3. W Polsce miewałam kiedyś takie głupie pomysły, by dzieci zrobiły kanapki na szkolne andrzejki, jak za naszych czasów bywało i się dowiedziałam, że dzieciom nie można by sobie dzieci krzywdy nie zrobiły. Po zmianie szkoły okazało się, że w Polce jednak można dawać dzieciom noże, nawet pierwszakom, nawet w 30 osobowej klasie i co ciekawe po lekcjach liczba żywych się zgadza. Czyli nie ma chyba zakazu tylko wymysł leniwych nauczycieli albo mam, które gotowe są wezwać policję i/lub opiekę społeczną, gdyby pani kazała przynieść nóż czy inna niebezpieczną rzecz na lekcje techniki. A jak to wygląda tu? Obawiam się, że sporo polskich matek zeszło by na zawał. Z relacji moich pociech wynika, że nie ma dnia, by komuś coś się nie stało, od czasu do czasu nawet wzywają karetkę. Na własne patrzały widziałam jak prowadzą jednego zakrwawionego i wyjącego delikwenta z rozbitym czołem i obkładają go lodem, bo spadł z kamienia (takie spore głazy do wspinania mają tu w szkole), innym razem dziewczynce dezynfekowali oba kolaniska obdarte porządnie ze skóry po bliskim kontakcie z chodnikiem. Nie dawno inny gonił z napojem w szklanej butli i się wytrąbił, no i prawie se kciuka obciął szkłem. Młodego pozszywali ale od tego czasu nikt nie gania z jedzeniem i piciem po podwórku - nauczka jest. Pisałam na swoim blogu, że dzieci podczas imprez szkolnych robią same popcorn, watę cukrową, gofry - to wszystko są zajebiście gorące maszyny i zdarza się komuś sparzyć. Dzieci kleją też pistoletem na klej, używają wiertarki elektrycznej i w cholerę różnych innych potencjalnie niebezpiecznych urządzeń. Na obozach sportowych i dniach sportu to jest wręcz hardcore - jazda konna, kajaki, park linowy, rowery górskie... Najstarszą raz dyrektorka odwiozła z bólem pleców,gdyż nie była sama w stanie wrócić na rowerze, wysmarowaną jakimś cuchnącym żelem przeciwbólowym, bo na wielkiej trampolinie coś poszło nie tak. Mowa cały czas o szkole podstawowej, czyli dzieciach 6-12 lat, bo powyżej 12 lat to już szkoła średnia, młodziez dostaje już dowód osobisty i ma być całkowicie samodzielna - sama dojechać do szkoły publicznym środkiem transportu lub rowerem i sama o siebie się zatroszczyć. Do tego trzeba się przygotowywać od przedszkola. Na maluchy (przedszkolaki od 2,5 roku do 5lat) na początku nie mogłam się rano napatrzeć, co wyrabiają na podwórku. Gromada kilkudziesięciu dzieciaczków wspina się na grube bale, ściany wspinaczkowe,zasuwa na rowerkach (wyposażenie każdej chyba szkoły) wożąc kolegę z tyłu, czasem się zderzają, czasem spadają, czasem któreś płacze, są obdarte kolana, rozbite głowy, skaleczone paluchy, ale pani reaguje właśnie tylko, gdy coś poważnego sie dzieje, poza tym tylko się przygląda, bo dzieci same sobie radzą - koledzy i koleżanki podchodzą, pocieszają, tulą poszkodowanego, dmuchają na siniaka, całują i za chwilę gonią już razem, a gdy widzą, że coś jest nie tak, same wołają nauczyciela. Bo dzieciaki to nie są głupie zwierzaki, to mali, ale inteligentni i myślący ludzie. Ja zaobserwowałam też na moich draniach, którzy wiecznie skądś spadają, że one posiadają naturalną umiejętność upadania i nawet po sturlaniu się z około 20 schodów (Młody drewnianych, Młoda betonowych) nawet jednego siniaka sobie nie nabijają. Ja musiałam się przez kilka lat uczyć upadać na treningu sztuk walki, a dzieci to mają zainstalowane od nowości więc nie ma co tego marnować, tylko trzeba doskonalić, bo od tego może zależeć nawet kiedyś ich zdrowie lub życie. Mi umiejętność upadania uratowała raz życie podczas wypadku drogowego więc wiem, co mówię hehe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w każdym kraju znalazłoby sę wiele rzeczy i postępowań mądrych i głupich - mając na przykład ostatnio na uwadze opiekę prenatalną w Holandii gdzie rodziła moja bratowa i naszą polską wiem że pod tym względem jest u nas dużo lepiej i dzieciom i ciężarnym, ale to co opisujesz jak widać na pierwszy rzut oka jest za to mądrzejsze niż nasze wyręczanie młodego pokolenia prawie we wszystkim....

      Usuń
    2. Dzięki WAM Dziewczyny za post i komentarz. Kropka, nie wykrzyknik ! i już.

      Jak ja bałam się o dzieciaki (!) nikt nigdy nie podpowiedział mi, że ONE SIĘ Uczą- życia.

      Usuń
    3. może to głupie porównanie będzie ale jak urodziła się Żuk i nie miałam mleka to wszyscy mi mówili że mam ją przystawiać i walczyć o laktację (polski terror laktacyjny) dzieciak się darł, ja nie miałam mleka i tak trwało to ponad tydzień aż mało nie powariowaliśmy - nikt mi wtedy nie powiedział że można dziecko przystawiać do piersi pobudzac laktację i dokarmić butelką żeby się nie męczyło i nie darło prawie całą dobę.....a doradców miałam całkiem sporo. I tak swamo w przypadku tej nauki życia, wszyscy oceniają bo matka daje nóż i każe samemu kanapkę zrobić, daje zmywak i proponuje żeby pozmywało i wtedy jest wyrodna oczywiście bo jakżeby inaczej. Nikt jednak nie pomyśli że matka dba o dziecko, chce nauczyć czegoś praktycznego, życia żeby nie okazało się że pójdzie do szpitala czy pracy zostawi 10cio letnie czy 12 to letnie dziecko w domu a ono umrze z głodu bo nie będzie potrafiło otworzyć lodówki....

      Usuń
    4. No pewnie że w każdym kraju, w każdym mieście nawet, mają coć lepiej lub gorzej niż inni rozwiązane, ale odnoście wychowania dzieci to Belgia o wiele bardziej odpowiada moim poglądom. Natomiast co do jedzenia to juz nie całkiem, bo to że jest zakaz chipsów i cukierków to jest super, ale że w ciągu ośmiu godzin, które każde dziecko obowiązkowo spędza w szkole dzieci mogą tylko 2 razy jeść to mi się jakoś dziwne wydaje. Pierwsza przerwa jest o 10 - wtedy jedzą owoc lub ciastko, druga o 12tej i wtedy jedzą kanapkę, a potem gonią godzinę po podwórku i siedzą w szkole do 15.30. Tyle, że wodę mogą pic cały dzień, nawet na lekcji (inne pićka też zakazane). Mój Doro wraca taki wygłodzony, jakby ze 6 dni nie jadł :-D No i ja sama to bym chyba całkowicie z głodu zdechła przy takim układzie :-/

      Usuń
    5. z jednej strony kiepsko to wygląda i sama nie wiem czy bym tyle wytrzymałą (teraz) bez jedzenia, a z drugiej strony pamiętam że ja niewiele więcej w czasach szkolnych jadłam będąc w szkole, 2 kanapki i czasem jakieś jabłko a dojeżdżałam do szkoły od przedszkola praktycznie.

      Usuń
  4. Kochana jak ja dobrze rozumiem o czym piszesz......
    Nie, to nie lenistwo z Twojej strony, a dowodem na to jest fakt, że młoda jak zrobiła sobie sama kanapki zjadła ich więcej. ot z czystej radochy, że to jej własne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. te dwie następne kanapki to chyba było takie "uszczypnij mnie bo nie wierzę że to się dzieje". Ale właśnie o to chodzi dzieciak ma radochę, a do tego uczy się rzeczy praktycznych, przecież całe życie jej wyręczać nie będę :)

      Usuń
  5. Tak, tak, tak! Podpisuję się rękami i nogami!

    Ostatnio pozwoliłam Mai zrobić sobie jajecznicę na śniadanie. Oczywiście pod moich nadzorem, bo jednak kuchnia gazowa więc aż taka odważna nie jestem.

    Za to mam inne schizy: w markecie nie ma, że boli. Ma się trzymać blisko. Za dużo się nasłuchałam i naczytałam opowieści o zboczeńcach i porywaczach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wiesz co - jestem z Ciebie dumna, my na razie uczymy się wyłączać gotującą się na gazie wodę i obsługi kurków od gazu, ale też zaczynam jej pokazywać na czym to polega - mam nadzieję że nie na własną zgubę. a co do marketu - to że ma być przy nas jest tak oczywiste jak po to że po nocy nadchodzi dzień. Ale bardziej mi chodzi o takie teksty w stylu - ja popcham wózek bo Ty nie dasz rady, albo bo Ty się uderzysz, albo ja wyciągnę zakupy bo Tobie pewnie będzie za ciężko. W sklepie ma się trzymać blisko nas ale wkłada do koszyka to co jej każemy i pomaga wypakowywać z niego zakupy, szczególnie pomocne jest to teraz gdy same jeździmy a ja nie zawsze mam siłę na to żeby się na przykład schylić. Ona jest zadowolona bo czuje się zauważona i dorosła a ja jestem zadowolona bo na prawde mi pomaga.

      Usuń
    2. No kurki to ja odkręciłam :) Pozwoliłam jej rozbić jajka i mieszać na patelni :)
      A w sklepach też pomaga podobnie jak Żuk.

      Usuń
    3. ja uczę wyłączać kurki gdy np. gotuje się woda na herbatę - denerwuje mnie że jak idę do łazienki to woda zaczyna się w tym czasie zawsze gotować i nie ma komu jej wyłączyć.....odpowiednie przeszkolenie i nie muszę biec z majtami w połowie tyłka zaciągniętymi, już wie jak ma wyłączyć..... :)

      Usuń
  6. My mamy, patrzymy na nasze dzieci i na ich małe sukcesy pełne obaw, i strachu ale z wielką dumą i miłością. Tak, to święte słowa, jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz!
    A że czasem mało nam serce nie wyskoczy gdy obserwujemy nasze pociechy w akcji to naturalny odruch każdego rodzica 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja to bym raczej powiedziała że pełne obaw to my jesteśmy stale a serce w gardle mamy non stop, co by nie robiła to zawsze mi się oddech zatrzymuje i zamieram w bezruchu. Ale nauczyłam się już że wyręczaniem jej nie pomogę. Stoję tak więc z czasem i wstrzymanym oddechem codziennie po kilka razy i czekam aż zdobędzie "kolejny szczyt"... pozdrawiam!

      Usuń
  7. Świetny wpis.. wrócę do niego jak będę miała swoją pociechę i zacznę "wariować" zgodnie z tematem posta :) pozdrowionka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) nie gwarantuję że po przeczytaniu staniesz się mądrzejsza,ale czasami z samej siebie mi się śmiać chce. Rodzicom na prawdę wydaje się że ich dzieci są ciągle TAKIE małe i że na wiele rzeczy mają jeszcze czas :) i pomyśleć że kiedyś się z tego śmiałam ;)

      Usuń
  8. troche tak jest, ze nagminnie i za dużo dmuchamy na nasze dzieci. My z pokolenia zdartych kolan i łokci ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. doskonale wiemy czym grożą pewne sytuacje bo sami wielokrotnie stawaliśmy w obliczu niebezpieczeństwa, a teraz wydaje nam się że gadaniem uchronimy nasze dzieci przed czymś o czym nie mają zielonego pojęcia bo nigdy tego nie miały okazji doświadczyć... czyż nie?

      Usuń
  9. Myślę, że zdrowy rozsądek jest najważniejszy. U Ciebie lekkomyslnosci nie widzę. A jak zniiesiony został krztusiec? Mnie już sama nazwa przeraża...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pomiędzy zdrowym rozsądkiem a paranoją jest cienka granica ;) a co do krztuśca - na szczęście wyszedł od głównie z badań krwi i na tej podstawie było leczenie, nie mieliśmy typowych objawów krztuśca - czyli duszącego kaszlu. Powiem krótko - Żuk zniosła go świetnie bo wydębiła od taty za wypity antybiotyk piasek kinetyczny i spędziła 3 beztroskie tygodnie w domu, z moją kondycją psychiczną już troszkę gorzej po tych 3 tygodniach.....Ech co ja będe opowiadać - matka matkę na pewno zrozumie ;) pozdrwiam

      Usuń
  10. No tak się czasem zastanawiam, jaki cudem przeżyłam swoje dzieciństwo ;) I z tego mojego doświadczenia, krótka droga do stania się przewrażliwioną mamusią ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a z drugiej strony przeżylismy - jesteśmy bogaci w doświadczenia, a dzieciństwo uważamy za udane. A zabraniamy dzieciom mieć pięknych wspomnień - nie mówię żeby pozwalać na wszystko i nie pilnować, ale trochę luzu czasami nie zaszkodzi, a to że się pobrudzi w kałuży nie musi urastać do rangi katastrofy na skalę światową....

      Usuń

Cieszę się drogi czytelniku, że chcesz pozostawić po sobie ślad. Proszę jednak o przemyślane dobieranie słów, gdyż odkąd mam dziecko oduczam się przeklinać :)