poniedziałek, 29 lutego 2016

Lekomania reklamowa

Normalnie nie potrzebuję budzika. Jeden wbudowali mi jak mnie robili - biologiczny to się chyba nazywa. Jest tak zaprogramowany, że rano same mi się oczy otwierają. Drugi mam w brzuchu, ten nie jest wbudowany na stałe, za 3 miesiące sam się dezaktywuje, no i jeszcze trzeci, na wypadek gdyby jednak te dwa coś zaszwankowały - mały gnom, wyrób psopodobny szczekający zawsze pod oknami w porze teoretycznego snu domowników.... 
Wstaję więc rano, choć czasem nawet mi się nie chce, czasami nawet często, zwłaszcza teraz gdy nie muszę i od razu mam nerwa. Bo przecież to nie z własnej woli....
Ale spoko, spoko nie ma tego złego - do pachnącej kawki, korzystając z tego, że Żuk przydusza jeszcze porannego komara włączam wiadomości coby zminimalizować choć trochę te moje braki wiedzy bieżącej. Wyciągam materiały na śniadanie i....okazuje się, że lecą reklamy! Żeby nie było, że będę chodzić jak na speedzie jakaś Pani, która rzuca niewidzialnymi jobami i talerzami proponuje mi żebym wzięła sobie tabletkę na ukojenie nerwów. Ona wzięła i wiruje wraz z kwitnącymi ziołami po ekranie - gwarancja udanego dnia normalnie. 
Jak już się opanujemy warto zastanowić się czy przypadkiem nie będziemy mieli jakichś problemów trawiennych po naszym nerwowo przygotowanym posiłku - jakby co na gazy, zespół drażliwego jelita, leniwego jelita, biegunkę albo wymioty też się preparaty znajdą. Wszystkie gwarantują 100% zadowolenia....
Gdy kwestię trawienia śniadania i posiłków wszelakich ustalimy, a najdzie nas ochota na coś czego zazwyczaj nie jadamy np. na płatki na MLEKU (wiadomo mleko to zło, zawiera laktozę, która NA PEWNO nam zaszkodzi), pamiętajmy że na nietolerancję laktozy też jest tableteczka. Łykniemy i ochotę możemy zaspokoić. 
Pora wyjść do  ludzi? Hm zapomniałeś się popryskać antyperspirantem? No to weź może jakieś tabletki blokujące pot nie będziesz śmierdział. Tym za to, którym nie starczyło czasu na umycie zębów oświadczam, że przykry zapach z ust to już nie próchnica czy odwodnienie organizmu, a najzwyklejsza w świecie halitoza, którą mam wrażenie, że wymyśliły koncerny farmaceutyczne na potrzeby sprzedawania cud specyfików. Oczywiście na pewno pomagających we wszystkim!
Dobra nerwy, trawienie i przykry zapach nam nie straszny. Szybki luk w lustro i stwierdzamy, że chyba pora wziąć się za siebie. Poza tym wiosna idzie, a za nią lato - rewia na molo w Sopocie czy innym Pcimiu Górnym albo Dolnym. Tabletki wspomagające opalanie (jakby nas ochota na solarium naszła) no i oczywiście przedłużające czas pozostania opalenizny - obowiązkowo! Tabletki budujące masę mięśniową - po co chodzić na siłownię, biegać czy uprawiać jakiś inny sport? Odchudzające - koniecznie przecież to jedyna gwarancja szczupłej sylwetki i dobrego samopoczucia!A gdyby nas apetyt nie opuszczał i widmo niespadającej wagi krążyło nadal nad głową to jeszcze coś na pohamowanie łaknienia.
Gdy wyglądamy już jak boski żigolo tudzież inna malowana lala z reklamy pamiętajmy jeszcze żeby się odtruć po tych wszystkich suplach kolejnym suplem....Taka Nirvana dla opornych, w stylu jak robić żeby się nie narobić, a mieć zrobione.
W międzyczasie nie zapomnijmy o tysiącu witamin dla siebie i całej rodziny - łącznie z psem!  Niejadkowi syropek; łasuchowi tabletkę z chromem czy innym cudem, a nadpobudliwemu coś na zespół niespokojnych nóg....
O! Wstaje Żuk i sama przełącza sobie na kanał z bajkami, w sumie to i dobrze bo przecież i tak nie zdążyłam zobaczyć żadnej wiadomości między tym stosem leków. Tam, niestety, O ZGROZO! to samo! Tego to już chyba powinni zabronić. Tak jak reklamowanie zabawek na programie dziecięcym  jest praktyką uzasadnioną- choć bardzo wredną i destrukcyjną zwłaszcza dla budżetu domowego. Tak leki na programie dziecięcym to już lekka przesada - właściwie to wcale nie lekka....
Wychodzi na to, że oglądamy jedną 7 minutową bajkę i jedziemy do przedszkola - zniesmaczeni. Radio ostatnio też wygrywa tylko muzykę klasyczną z płyt bo lekomania reklamowa dotarła nawet i tam.
Czy my jesteśmy normalnym narodem? Skoro produkują tego coraz więcej i reklamują coraz bardziej to znaczy, że się sprzedaje...? A może po prostu Polacy jednak jak gęsi...języka i głosu sewgo nie posiadają?
Pozdrawiam PR

wtorek, 23 lutego 2016

Pokolenie lewych rączek

Siądź i zastanów się - potrafisz dobry człowieku powiedzieć ile razy w ciągu dzieciństwa miałeś zdarte kolana? Łokcie? Porysowaną twarz? Ile razy miałeś odkażane rany zaklejone kolorowym plasterkiem, a ile razy umyłeś skaleczenie w wiadrze stojącym pod rynną mającym na celu złapać deszczówkę do podlewania kwiatków i zalepiłeś je brudną babką lancetowatą z przydrożnego rowu? 
Nie robiłeś takich rzeczy? 
Jakoś mi się w to wierzyć nie chce....
Wiesz co Ci mogę zagwarantować? Tobie i sobie oczywiście, że nasze dzieci w przyszłości będą potrafiły na palcach policzyć sytuacje, w których rozbiły sobie głowę, kolano, czy łokieć. Ile razy zużyły na to plasterek i do tego co było na nim narysowane.
Granica między rozsądkiem rodzicielskim, a wychowywaniem bezradnego młodego pokolenia przesunęła się drastycznie w tę stronę, która powoduje, że dzieci przestają myśleć samodzielnie. I nie nie mówię tego po to żeby komuś ubliżać - sama zaliczam się do tych matek panikar, które nagminnie nadużywają wyrażenia "nie, bo sobie zrobisz krzywdę". 
Jest takie powiedzenie, używane głównie przez naszych rodziców i dziadków, bo zdaje się, że my nie do końca rozumiemy jego znaczenie - się nie przewrócisz, się nie nauczysz.... Coś mi się wydaje, że wychowanie obecnego pokolenia rodziców było aż za bardzo oparte na tej tezie i dzięki temu nasza pobudzona do granic możliwości wyobraźnia spowodowała, że zamiast wypośrodkować ukróciliśmy wolność naszym dzieciom.
Nie mówcie mi, że tak nie jest, że dajecie dzieciom swobodę, że Wy jesteście idealni pod każdym względem....Po pierwsze nie ma ludzi idealnych, po drugie nie urodziłam się wczoraj i widzę co się dzieje w przedszkolu, na placu zabaw, przychodni, na szpitalnych korytarzach czy w sklepach. Gdzie nie spojrzę i gdzie nie nadstawię ucha tam "nie bo coś..." rozbrzmiewa i odbija się echem, a później sama dorzucam jeszcze swoje do tej kanonady i śpiewamy zgodnym chórem. Jedyne zaś, za co można nas pochwalić to ta zgodność tonacji....

Wszystko zaczęło się od tego, że kupiłam dziecku nożyczki, oczywiście takie dla dzieci. Nie ukrywam, że najchętniej dawałabym jej te tępe, plastikowe od cięcia ciastoliny. Powtarzając sobie, że jeszcze ma na to czas, mała jest i przypominając sobie swoje wycinanie na oknie we własnym pokoju kiedy to nożyczki zagłębiły się w moim udzie....Nigdy więcej nie wycinałam siedząc na parapecie - się nie przewrócisz.... 
I przyszło dziecko z przedszkola na koniec semestru ze zrobionym ćwiczeniem z pierwszego półrocza. Siedliśmy do komisyjnego przeglądania, a tam zadania z wycinankami typu wytnij obrazki i przyklej w kolejności. Patrzymy z A. obrazki jakieś takie obciosane jak lewą stroną siekiery na nierównym pieńku. Pytam Żuka kto tak pięknie wycinał te obrazki. Spojrzała i dumą powiedziała "mamo, no przecież ja". Tego samego dnia gdy poprosiła o nożyczki kazałam jej iść do biura i sobie wziąć. Nie przykazywałam brać tych dziecięcych, po prostu dorzuciłam ciche "tylko bądź ostrożna". Zamknęłam oczy i modliłam się żeby moja czterolatka nie ucięła sobie uda, palców, czy nie wbiła sobie ich w oko. Nic z mojego czarnego scenariusza się nie sprawdziło, a warzywa które narysowała dla mnie zostały wycięte. Czy to była lekkomyślność z mojej strony? Myślę, że raczej nauka życia i samodzielności....
Krztusiec i przymusowe siedzenie Małej w domu posunęły mnie do jeszcze głębszych przemyśleń - żeby nie było, że na nożyczkach się skończyło. Chleb zazwyczaj mamy pokrojony, ser również w plastrach, nutelli czy twarożku kroić nie trzeba, a nożem stołowym krzywdę można sobie zrobić naprawdę się starając i chcąc. 
Gdy Żuk poprosiła o kanapkę zapytałam czy nie zechciałaby sobie sama zrobić - w końcu wie gdzie co leży. Z pewną dozą niepewności , zachwytu i zarazem podejrzenia, że coś knuję zapałała wielką chęcią. Poradziłam żeby podsunęła sobie krzesło do blatu kuchennego - nawet posłuchała! Wyciągnęła sobie twarożek, nóż stołowy, kromkę chleba i masło i ku mojemu zdziwieniu zrobiła kanapkę, po czym ją zjadła. A później jeszcze dwie.
Ktoś może mi w tym momencie zarzucić lenistwo - ale gwarantuję, że lenistwem tego nazwać nie można. Choć mam trochę więcej sprzątania jestem z niej na prawdę dumna! A jeszcze bardziej z siebie, że jej na to pozwoliłam....
Moje dziecko kocha drabiny - właśnie zamówiłam jej drabinki na plac zabaw, które zawisną między pniami po ściętych drzewach.....A ten tekst jest próbą usprawiedliwienia się, że dobrze zrobiłam nie zamawiając przy tym grubego materaca 2/2,20 metra......
Pozdrawiam PR

piątek, 19 lutego 2016

Mazurskie Agro Show 2016

Mija właśnie tydzień od jednej z większych imprez rolniczych organizowanych w naszej części kraju - pora na podsumowanie okiem kobiety. 13 i 14 lutego już po raz drugi na Warmii i Mazurach odbyło się Mazurskie Agro Show. Jakże romantyczny termin - szczególnie dla każdego rolnika zakochanego w swej pracy. 
Pierwsza uwaga taka od serca - jak dla mnie jeden z lepszych terminów gdyż wiadomo, że zima to okres mniejszej intensywności prac w gospodarstwie, a co za tym idzie większej dyspozycyjności. 
Proszę Państwa - brawa dla organizatorów.  Jeśli już doszliśmy do nich wypadło by wspomnieć, że organizatorem jednej z największych imprez rolniczych w naszym kraju - Agro Show -  odbywających się co roku we wrześniu na lotnisku w podpoznańskich Bednarach jest Polska Izba Gospodarcza Maszyn i Urządzeń Rolniczych. 
Kilkukrotnie miałam okazję być w Bednarach i za każdym razem jestem zachwycona techniczną stroną tejże imprezy - jak dla mnie porządek od parkingów po ścieżki na wystawie przy tak wielkiej imprezie w sześciostopniowej skali ocen jest na piątkę z plusem. Czemu nie  6? Bo zawsze znajdzie się coś co zaszwankuje i dałoby się poprawić. 
Targi w Ostródzie jak można wywnioskować po nazwie są drugim (właściwie trzecim - bo jest jeszcze Zielone Agro Show) dzieckiem tejże samej organizacji. Miło mi, że mogę to stwierdzić także po porządku i organizacji, a nie tylko z nazwy.
Zeszłoroczna edycja, która była pierwszą, wydaje mi się, że została zorganizowana w celu "analizy rynku", bo była dużo skromniejsza. W tym roku samo zaproszenie, które otrzymaliśmy pocztą było imponujące i w podwójnym wydaniu. Oprócz kilku hal maszyn i firm bezpośrednio lub pośrednio związanych z rolnictwem nowością była ZAGRODA, w której to największą radochę miały chyba dzieciaki, bynajmniej nie te wiejskie. 
Nie od wczoraj wiadomo, że nasze tereny kraju traktowane są troszkę zaściankowo, tym bardziej cieszył widok tak dużej ilości wystawców. Można powiedzieć, że impreza może wkrótce osiągnąć rangę jednych z większych i ważniejszych rolniczych spotkań w regionie, a może i kraju, gdyż zainteresowanie nią przerosło chyba oczekiwania samych organizatorów i wystawców. 
Strona techniczna i organizacyjna bez zarzutów. Wielkie brawa także dla władz Ostródy - gdyby nie to, że taki obiekt jak ARENA powstał - nie byłoby możliwości i miejsca na zorganizowanie targów, w dodatku w terminie zimowym, gdzie teoretycznie powinien być śnieg i mróz.
Wystawcy - to osobna bajka. Oprócz wielu profesjonalistów znających się na branży i swoim fachu hala przepełniona była skąpo odzianymi hostessami, co mnie osobiście - żeńskiej części polskiego rolnictwa - razi. Wiem, że to w celu zwrócenia uwagi na swój produkt - wiadomo, młode, jędrne i piękne zawsze przyciąga uwagę, ale czy na prawdę sprzedawcy mają rolników za kompletnych idiotów, którzy wybiorą ich np. pług, ciągnik czy inną maszynę tylko dlatego, że siedziała na nim okrakiem młoda hostessa? Oprócz tego, że większość z nich wróci do domu, w którym internet już dawno jest standardem i przeczytają na forach o eksploatacji, serwisie i kosztach części zamiennych, mają także tyle oleju w głowie, że nie będą się narażać swoim małżonkom, żeby wybierać na ładne oczy, OCZY, czy nogi...... Także na temat młodych jędrnych hostess mówię stanowcze - PFFFF nie tędy droga.
Drugą sprawą były maszyny - tak jak poznańskie pola cechuje równość w każdym calu tak nasze warmińsko - mazurskie tereny przeplecione pagórkami, słupami i oczkami wodnymi potrzebują maszyn o trochę innej specyfikacji. Nie dla nas wielometrowe hedery w kombajnach - możemy sobie co najwyżej oślinić brody marząc o takich, czy wielkie traktory z wielometrowymi pługami, które niestety nie podołają naszym górzystym glinom. Co prawda te największe maszyny robią równie ogromne wrażenie jak one same ale jadąc na targi (przynajmniej my) jedziemy w konkretnym celu, nawiązać kontakty i wyszukać maszyny, które nas interesują....gorzej jak tych maszyn nie ma, są za to takie, które w naszych ciężkich warunkach nie podołają..... Poza tym dużo jest rolników małoobszarowych, którzy ciężkiego i ogromnego sprzętu nie potrzebują, a są na tyle świadomi, że cenią sobie nowoczesność i rozwijającą się technikę. Maszyn dla takich gospodarstw moim zdaniem było stosunkowo mało.
Jak każda większa impreza i ta przepleciona była także tanią chińszczyzną, rękodziełem i produktami pobudzającymi ślinianki (szczególnie ciężarnej). Taki standard ostatnimi czasy. Choć nie ukrywajmy, że dzięki temu dzieciaki, których było mnóstwo, miały rozrywkę.
W moim subiektywnym odczuciu impreza była jak najbardziej udana. Ilość osób jaka odwiedziła targi potwierdza tylko określenie, że także potrzebna. Organizatorzy zapowiadają, że w przyszłym roku w lutym znów się spotkamy w Ostródzie - co bardzo cieszy. Więcej o Agro Show możecie poczytać na stronie TU.
Pozdrawiam PR
ps. za jakość i ilość zdjęć przepraszam, nie byłam w stanie dźwigać lustrzanki i w nastroju do robienia zdjęć. Uchwyciłam kilka kadrów telefonem - niestety musi Wam to wystarczyć.
 Zeszłoroczna wzmianka o targach - TU
















sobota, 13 lutego 2016

Recyklingowe zabawy: wyrażanie emocji

Co robię gdy jestem zła? Oczywiście siadam i płaczę jak typowa histeryczka, a może powinnam napisać kobieta? Sama nie wiem.... Choć w jakiejś mądrej gazecie przeczytałam, że dzięki temu może "ujść" z człowieka aż 40% negatywnych emocji..... A odpowiadają za to głównie hormony, które u kobiet szaleją częściej niż u mężczyzn. Więc patrząc na to z tej perspektywy, nie jestem osamotniona w tej swojej histerii. I jakbym tak zebrała statystykę odnośnie takiej reakcji na stres to okazałoby się pewnie, że przynajmniej połowa kobiet na świecie reaguje w identyczny sposób.
Nie to jest jednak moim głównym problemem, właściwie płacz nie jest żadnym problemem. Wiem, że jak się wypłaczę to jest mi lżej, a jak się mogę do tego wygadać to jest mi podwójnie lżej.... 
Jednakże mam większy problem - nieumiejętność nazywania emocji. Tak, tak wiem- jest mnóstwo rozpraw naukowych i lektur - od tych dziecięcych po bardzo dorosłe - na ten temat pisanych. Tyle, że uważam je za bardzo nużące. Nie będę Was oszukiwać, że do podusi podczytuję sobie Freuda - bo z przeczytanych książek tegoż autora na swoim koncie mam tylko jedną. Sama nie wiem jak dobrnęłam do jej końca.... Te wszystkie bajki o uczuciach i empatii też czasem mnie tak nużą, że nie chce mi się po nie sięgać i wolę po raz 1598 przeczytać brzydkie kaczątko niż znów tłumaczyć dziecku przez pół wieczora dlaczego bohater postąpił tak, a nie tak i jakie z tego wynikły konsekwencje dla niego. 
Proszę bardzo - nazwijcie mnie ignorantką....pffff. To, że nie lubię czegoś robić, wcale nie oznacza, że raz na jakiś czas tego nie robię, a że moje dziecko kocha brzydkie kaczątko ja kocham je razem z nią. Proste! 
A poza tym w czasach nadpobudliwości wychowawczej przyznać się do pewnych, być może nie do końca chwalebnych rzeczy jest jak dla mnie bohaterstwem, bo na pewno znajdzie się ktoś kto po przeczytaniu mojego dzisiejszego wpisu stwierdzi, że jestem przez moje "nie lubię" niedojrzała emocjonalnie i niegotowa na macierzyństwo skoro tak twierdzę. Co ja na to? PFFFF
Właściwie miało być ciekawie i nie o tym, a wyszło szyderczo i z za dużą dawką  fukania z mojej strony - ot taka moja natura. 
Chciałam Wam pokazać dobry sposób na naukę określania emocji, nauczenie dziecka lub uczenie się wraz z dzieckiem - wszak na naukę nigdy nie jest za późno.
 Podpięłam to pod recyklingowe zabawy - choć z recyklingiem nie do końca są związane - chyba, że macie niewykorzystane skrawki papieru, których szkoda wyrzucić, a wykorzystać też nie bardzo jest do czego.
Pomysł zaczerpnięty z jakiegoś filmiku udostępnionego przez kogoś na FB - nie podaję linków, bo nie mam pojęcia kto i skąd, mignęło mi to na pulpicie i bardzo mi się spodobało....
Materiały:
flamaster
nożyczki
papier
ołówek
szklanka
klej
Odrysowujemy koła na papierze od szklanki, wycinamy i sklejamy tak żeby powstała książeczka. Na każdej kółko - stronie rysujemy inną minę - taką żebyśmy mogli określić co oznacza.. Ja dorysowałam jeszcze uszy i włosy - żeby wyglądały jak człowieczek..... I mamy nową zabawę od tygodnia. 
Czytamy książkę, a gdy jakiś bohater cieszy się albo smuci pytam Żuka, którą z min by wybrała. Gdy ja się zdenerwuję lub coś mnie bardzo ucieszy pokazuję jej adekwatną minę. Gdy ona się złości, albo cieszy czasem udaje mi się ją namówić żeby pokazała swój nastrój za pomocą odpowiedniego krążka.
Po co mi to? Właściwie do końca nie wiem sama, ale wiem, że jak dziecko siedzi w domu 3 tydzień z powodu choroby to wszystkie zabawki jakie posiada zaczynają być nudne i taka zabawa staje się fajną alternatywą dla nich....
Pozdrawiam PR
ps. swoją drogą uważam, że taka zabawka w wersji filcowej byłaby bardzo interesująca w książeczkach manipulacyjnych od TULANEK.... Klaudyna co Ty na to?

 Za jakoś zdjęć z góry przepraszam - leń ze nie wyszedł i nie pofatygowałam się po aparat. Ale ogólny sens i zarys widać.





 

poniedziałek, 8 lutego 2016

Idź się utop, albo skocz z mostu, bo NA PEWNO jesteś złą matką!

Czasami, mam ochotę rzucić to całe blogowanie w pizdu....za przeproszeniem oczywiście za wyrażenie..... Nie dlatego, że wyczerpały mi się tematy nie dlatego, że do kompa dopchać się nie mogę, dlatego że jakbym sama przestała pisać to usunęłabym konto na G+ i FB i przestałabym czytać i obserwować wieczną wojnę o nic....
Ile jeszcze razy będzie toczyć się batalia o karmienie piersią i mleko modyfikowane? Przecież tego się już momentami czytać nie da...! 
Ktoś kiedyś napisał, że skoro przeszkadza Ci kobieta karmiąca piersią, znaczy się, że gapisz się za bardzo. Chyba coś w tym jest?
 A co do mleka modyfikowanego - kim jesteś człowieku żeby oceniać matkę za sposób opieki nad dzieckiem? Nie Twoje cycki nie Twoja sprawa, nie Twoje dziecko nie Twoja sprawa - może taka matka nie miała wyjścia, a może po prostu tak wybrała? Takie jej prawo, a jeśli Ty chcesz decydować zrób sobie człowiecze swoje i decyduj, od początku do końca....
Kolejny problem to gatunki i podgatunki matek superbohaterek rodzących siłami natury, które kiedyś wymyśliły, że te po cesarce są podkategorią, bo nie wiedzą co to jest prawdziwy, naturalny poród.....Ty, która oceniasz, niejednokrotnie matka jednego dziecka usiądź i pomyśl o tym, że Twoje pierworodne mogło owinąć się pępowiną i miałaś do wyboru a)dziecko uduszone; b)przy dobrych wiatrach dziecko podduszone i przez to np. upośledzone; lub c) cesarskie cięcie i zdrowe dzieciątko..... Co byś wybrała? 
Niejednokrotnie matki nie mają wyboru, nie robią sobie cesarki na życzenie, nawet nie mogą same o tym zadecydować. Wracają do domu po rozerwaniu powłok brzusznych, a tam jeszcze 1 albo 2 wymagające trolle, urodzone siłami natury. I kto jest wtedy superbohaterką?
Bujanie, nie bujanie. 
Spanie, nie spanie z dzieckiem. 
Dawanie smoczka, zabieranie smoczka. 
Kiedy jest najlepiej, a kiedy najgorzej. 
Koślawienie, rehabilitacje i różne inne rzeczy, które są tak indywidualne jak każdy człowiek. 
Fajnie jest napisać o tym, co się przeszło, o tym jakimi metodami sobie radziliście z problemem, spojrzeć na rozwiązania z 15 różnych stron, fajnie jest też o tym poczytać. Jednakże  kto daje ludziom prawo do oceniania innych? To, że mi coś pomogło lub, że u mnie nie zadziałało nie oznacza od razu, że u innych ma być tak samo.... 
Jedynym zastosowaniem reguł jakie mi się nasuwa na myśl jest matematyka.... Ni chuja wychowania dziecka w ramy tejże nauki wpasować nie umiem, więc skąd te wszystkie reguły, zasady i nakazy? Te wszystkie musisz, nie musisz?
Stoję sobie właśnie przed stosem albumów Żuka i oglądam moje śliczne małe dzieciątko. Szykuję się na kolejne wielkie wydarzenie i obawiam tego co przyniesie mi los. Nie wiem czy będzie mi dane przejść poród tak szybko i sprawnie jak po raz pierwszy. Nie wiem czy moje cycki będą chciały współpracować z małym człowiekiem, a mały człowiek z nimi. Nie wiem czy Mikro A. nie postanowi sobie nie spać np. do 5 roku życia, bo stwierdzi, że 3 lata jak w przypadku Żuka to za mało - i czy wtedy jedynym ratunkiem nie okaże się ta gumowa zatyczka zwana smokiem, która będzie nam towarzyszyła do samego przedszkola..... Skąd mam takie rzeczy wiedzieć?
Patrzę na zdjęcia i widzę oprócz ślicznej małej dziewczynki, zastraszoną i zestresowaną matkę, robiącą na oślep, której każdy ruch był 10 razy przeanalizowany żeby nie zrobić krzywdy własnemu dziecku....Wiem, że tym razem jej nie będzie. Jedyne co wiem to, to że jak mnie znów jakieś furiatki zaczną wpędzać w depresję internet w tym domu zostanie odcięty po to żeby móc w nim żyć spokojnie... Bez awantur, złośliwości i wszechobecnego wredactwa. Bez jadu matek skierowanego w kierunku takich samych jak one....
PR


niedziela, 7 lutego 2016

Z życia wsi warmińskiej: przedwiosenie szumi wiatr

Nie wiem czy wiecie, ale w naszej strefie klimatycznej oprócz czterech podstawowych pór roku wyróżnia się jeszcze dwie dodatkowe - mianowicie przedwiośnie i przedzimie.
 Gdy wyglądam za okno zdecydowanie dostrzegam zmiany. Zima nie zdążyła się na dobre rozgościć w sadach i na polach, a nasza boczna droga zaczyna powoli znów przypominać autostradę. Co jakiś czas widać ciężarówkę z nawozami, a do sadów powracają pierwsi pracownicy. 
Choć od kilku dni w każdej telewizji trąbią o tym, że wiosna tuż tuż, to wiem, że z przyrodą nie ma żartów, a zima ostatnie słowo potrafi powiedzieć w najmniej spodziewanym momencie. Tak jak o wiośnie bałabym się mówić, że powoli nastaje tak o przedwiośniu nie zawaham się pisnąć słówka.
Wieś warmińska choć jeszcze leniwie i niezbyt żwawo - powoli zaczyna tętnić życiem. 
Ostatnio w mych drzwiach stanął kurier z kolejnymi nasionami. Ręce zaczynają świerzbić do wysiewu świeżej kapusty czy cukinii... Niestety jeszcze nie czas na to. Choć nie zmienia to faktu, że jak sobie pomyślę o plackach ze swojej cukinii dostaję ślinotoku.....
Za to wszystkim ogrodowym zapaleńcom, którzy przysnęli w tym roku i jeszcze nie konsumują świeżego szczypioru w śniadaniowej jajecznicy przypominam, że czas już posadzić sobie cebulkę. Kanapka z pomidorkiem i własnym szczypiorkiem o tej porze roku smakuje wyśmienicie! Poza tym jako przerywnik weekendu można z dzieckiem wysiać rzeżuchę! Tak, tak - ja wiem, że śmierdzi i w ogóle rzeżucha.... Ale jak nauczycie od małego jeść to nie będzie maluchowi później śmierdziało, a i pierwsze przedwiosenne witaminki przydadzą się całej rodzinie.  Alternatywą mogą być gotowe do spożycia kiełki kupowane w sklepie - jednakże w tym przypadku dziecko nie ma radości z własnego wysiewu i pielęgnacji.... W końcu czego się nie robi dla własnego dziecka, prawda? Sadownikom amatorom polecam przejrzeć i nasmarować sprzęt, niedługo czas na przycinanie drzewek.
Przed rozpoczynającym się sezonem warto by pomyśleć także o metodzie dokarmiania roślin. Ostatnio znaleźliśmy alternatywę dla obornika, który to warto jest zmieszać z ziemią przed wysiewem warzyw i pod drzewa owocowe, a którego praktycznie rzecz biorąc nie posiadamy -  kurzy pomiot granulowany. Nie będę nikomu robić reklamy, bo za to ponoć się płaci, ale od czego jest przeglądarka w komputerze? Kupiliśmy, mamy zamiar wysiać na próbę i przeanalizować efekty. Jeśli się sprawdzi nie omieszkam o tym wspomnieć, jeśli efekty będą mizerne lub nie będzie ich wcale - zapewne również język mnie zaświerzbi i o tym napiszę. Jednakże na pierwsze efekty tegorocznego doświadczenia przyjdzie Wam i nam czekać do późnego lata także na razie tyle. Wspominam o tym gdyż jest to nawóz naturalny, a wiem, że wielu z Was nie lubi stosowania nawozów sztucznych w przydomowych ogródkach. Dodatkowo można go ponoć kupić w 20 kilogramowych workach - na działkę czy do warzywnika jak znalazł! A uwierzcie mi, albo i nie, warzywa i owoce takie nawozy lubią! Zdewastowane po suchym lecie trawniki także nie pogardzą!
Jak na razie tyle z przedwiosennych nowości na wsi warmińskiej. Sezon nadciąga, choć w tym roku przyjdzie mi być głównie jego obserwatorem to i tak nie mogę się już doczekać...
Pozdrawiam PR



poniedziałek, 1 lutego 2016

Śmietanowiec, czyli oszukany sernik

W związku z tym, że niewielki repertuar ciast, które potrafię zrobić jeszcze mi się nie wyczerpał postanowiłam dorzucić Wam kolejne do kolekcji. Proste, szybkie i oczywiście bardzo smaczne. Tak, tak oczywiście, że pamiętam - w tym tygodniu królują pączki, oponki i faworki, jednakże ja po prostu lubię robić na opak, nie zważając na aktualne trendy. A jeśli jednak liczyliście na przepis na pączki to zmykajcie do Roksany, tam go na pewno znajdziecie. Ja sama osobiście go wykorzystuję odkąd pojawił się u niej na blogu dość regularnie i zaświadczam, że nie da się ich sknocić!
Wracając jednak do mojego cista dziś na tapecie śmietanowiec, który swym wyglądem przypomina sernik. Umówmy się, że nazwiemy go oszukanym sernikiem.... myślę, że to dobre określenie.

Składniki na ciasto:
3 szklanki mąki
łyżka smalcu
5 żółtek
2 łyżeczki proszku do pieczenia
cukier wanilinowy
1 margaryna
0,5 szkl. cukru
Składniki mieszamy i wyrabiamy z nich ciasto, które później układamy równomierne na blaszce i nakłuwamy w kilku miejscach widelcem. Ostatnio jak robiłam to ciasto doszłam do wniosku, że następnym razem spróbuję zrobić połowę porcji ciasta, bo było mi go aż w nadmiarze - ale jak kto lubi. Na początek polecam zacząć od pierwotnej wersji przepisu.

Składniki na masę:
5 białek
1,5 szkl. cukru - ostatnio doszłam do wniosku, że to dla mnie jednak za dużo następnym razem próbuję z  1 szklanką
2 budynie śmietankowe
3 śmietany - u mnie osobiście 3 duże kubki Piątnicy 18% sprawdzają się najlepiej
cukier wanilinowy

Białka ubijamy z cukrem i cukrem wanil. na sztywną pianę. Dodajemy budynie i miksujemy. Po czym dodajemy śmietany i mieszamy łyżką! Masę wylewamy na ciasto. 
Całość pieczemy 50 min. w 200 st. C. Czas jest tu pojęciem względnym - mój zbuntowany piekarnik piekł ostatnio godzinę i 10 min. góry nie spalił, a cisto dopiekł - czas musicie dostosować do swojego sprzętu. Ja podałam ten z przepisu, który posiadam.

Oczywiście wszystkim kulinarnym eksperymentatorom życzę wszystkiego smacznego i nie za tłustego, oraz niskokalorycznego w tym tygodniu, gdyż tydzień tłustych przyjemności szybko się skończy, a nadprogramowe kilogramy niestety nie pójdą z nim precz.....
Pozdrawiam PR