sobota, 24 grudnia 2016

Życzenia



Małą gwiazdkę przed świętami
Przyjmij proszę z życzeniami
Może spełni się marzenie
Białe Boże Narodzenie
Lub, gdy przyjdzie Ci ochota
Niech to będzie gwiazdka złota
Bo, gdy spada taka z nieba
Wtedy zawsze marzyć trzeba
No, a jeśli tak się zdarzy,
Że srebrzysta ci się marzy
Możesz także taką zdobyć
I choinkę nią ozdobić
Gwiazda, gwiazdce zamrugała
I choinka lśni już cała
Naszych marzeń jest spełnieniem
Bo jest piękna jak marzenie
A pomarzyć czasem trzeba
Każdy pragnie gwiazdki z nieba.


Samych pięknych i radosnych chwil przepełnionych miłością i rodzinnym ciepłem 
życzą Państwo Rolnicy z dziećmi. 


niedziela, 11 września 2016

chciałabym....

Wychodzę z założenia, że jak coś robić to porządnie albo wcale. Od 4 lat tworzę to małe miejsce w internecie. 4 lata temu nawet nie przypuszczałam, że poznam tak wielu ciekawych ludzi, a oni poznają mnie. 4 lata temu było to zabawą w nieznane.
Zaczęło się z ciekawości, jak zapewne u większości. Przeszło przez etap obsesji, by wyciszyć się i nadać równy rytm jako hobby i odskocznia od rzeczywistości. Udało się. Dzięki temu zostałam doceniona, dostrzeżona, zdecydowanie wzrósł mój poziom samooceny, nabrałam więcej pewności siebie i udowodniłam sama sobie, że mogę na prawdę dużo.
Ten rok jednak, który niestety jeszcze się nie skończył, a chyba chciałabym żeby był już za mną przyniósł tak dużo zmian, że nie da się ich nawet wszystkich wyliczyć. Mogę wymienić te dobre - mój syn i moja bratanica....Reszta to pasmo porażek przepełnionych goryczą. Im bardziej chcę i się staram tym bardziej do dupy......
Siedząc przy łóżku mojego dziecka i czytając posta u Konfabuly uświadomiłam sobie, że muszę z czegoś chwilowo zrezygnować. Dla dobra własnego zdrowia psychicznego, które zostało zdecydowanie nadszarpnięte ostatnimi czasy. 
Nie usuwam PR, nie usuwam facebooka. Zbyt wiele serca w to włożyłam żeby się tak łatwo poddać. Po prostu moje hobby przerodziło się w wyrzut sumienia, że je zaniedbuję, a nie chcę żeby tak było. Zostaję na instagramie i tam zapewne będę aktywnie, bo wrzucić zdjęcie to nie problem, problemem jest znaleźć czas żeby napisać coś od serca i z sercem. 
Wiele osób mówi, że dobę da się podzielić tak żeby starczyło czasu na wszystko, mi się to nie udało i muszę chwilowo spasować.... Zachłysnąć się świeżym, czystym powietrzem, nabrać dystansu do wielu spraw i nauczyć się od nowa dzielić czas i siebie. 
Nie, nie ucieknę w Bieszczady, za prosto by było... Poza tym jak to mawia ciocia A. tam jest wysoko i można spaść - a upadek z wysokości boli bardziej.
Oficjalnie zawieszam bloga na czas bliżej nieokreślony, za co chciałabym przeprosić moich czytelników. Wybaczcie ale rodzina jest dla mnie najważniejsza i w tym momencie to w jej kierunku patrzę. 
Życzę Wam wszystkiego dobrego i jeśli tu jeszcze kiedyś wrócicie - do zobaczenia! Bo nie usuwając tego miejsca deklaruję, że nie znikam na zawsze, po prostu nie wiem ile trwa ogarnianie rzeczywistości....
PR

poniedziałek, 5 września 2016

pięciolatka na kocimiętce i nagły atak zęba

Kiedy wydawało mi się, że już gorzej być nie może Hrabiowskie kolki ustąpiły miejsca wyżynającym się jedynkom. Zarys widać, ale jeszcze długa droga przednimi i nami....chyba osiwieję do końca, albo wyłysieję....
Na pewno przyłoży do tego rękę moja pięciolatka, która jak się okazuje będzie w tym roku również leżakować, bo grupa pięciolatków składa się w większości z czterolatków i rodzice i ryby głosu ne mają. 
Nie muszę chyba mówić, że czterolatki obchodzą mnie tyle co rodziców czterolatków moja pięciolatka?  Żaden to argument, że jeśli zaśnie w przedszkolu to tańczy w domu do 23, a później rano wstawać nie chce....przez to jest niewyspana i znów zasypia w przedszkolu i błędne koło się zamyka.... 
Poziom mojej frustracji z tego powodu sięga zenitu, a jedyne co usłyszałam to takie są zasady i jak mi nie pasuje mam ją zabierać po obiedzie do domu.... No i że widać potrzebuje skoro zasypia. Jak ma nie zasypiać ja się pytam jak lata później w domu do tej przeklętej jedenastej i w efekcie skraca jej się wypoczynek nocny? Zero empatii, zrozumienia i znalezienia wspólnego języka. A ja? Mi pozostało tylko dać upust na tym moim kawałku internetowej podłogi, bo nikt moich argumentów słuchać nie chce. 
Tak więc mam w domu szaloną, wypoczętą pięciolatkę, która niczym kot po dożylnej kocimiętce biega z prędkością światła i nadaje na ponaddźwiękowych falach lepiej niż Czubówna opowiadająca o okresie godowym szympansów. Wyżynające się jedynki u trzymiesięczniaka (o grozo!) który nie zajarzył jeszcze do czego służą ręce i że dzięki nim można wepchać sobie do dzioba gryzak i pomasować trochę bolące miejsce. Dzwoniący w kółko  telefon (nie mam urlopu macierzyńskiego tak jak osoby na etacie) i zapytania o to czy ten ziemniak to się w zupie rozsypuje czy nie i dlaczego żółty się rozsypuje jak ona słyszała, że żółte to paszowe i tylko krowy takie jadają i ona chce białe, ale nie wilgotne takie jak macie tylko takie jak te rozsypne żółte...i w ogóle to czy to tylko na naturalnym nawozie i nie pryskane bo jak chemia była to na pewno będzie mieć przez nas raka, opryszczkę rzeżączkę, trąd, reumatyzm i śmierdzące stopy. No i męża, którego doba zaczyna się o 4 rano, a który o normalnej porze spać nie może się położyć, bo czytaj wyżej....
Proza życia!
Was zapewne moja proza życia nie interesuje, ale musiałam, bo inaczej bym się chyba udusiła..... 
Na osłodę kilka warmińskich kadrów, których dawno tu nie było. Do przeczytania, mam nadzieję w lepszym humorze.
PR














poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Recyklingowe zabawy: akwarium

Nie jest tak, że mam multum pomysłów kłębiących się w głowie i tylko czasu brakuje na realizację. Nie mam - choć bardzo tego żałuję. Aż takim geniuszem nie jestem. Częstokroć czekam na błysk, a raczej przebłysk. Jednak gdy już on nadejdzie, wystarczy mi jedno spojrzenie na daną rzecz, nazwijmy ją po imieniu - na śmiecia, żeby dostrzec w nim coś czego inni nie widzą.

Tak było i tym razem. Pudełko po napojach. Stało i czekało aż ktoś szanownie schyli się i wyrzuci je do kartonu na makulaturę. Stało by pewnie jeszcze z tydzień gdyby nie fakt Żukowego kataru, tym samym absencji w przedszkolu i jej marudnego #nudzimisię. Najbardziej kreatywna jestem gdy słyszę jej stękanie, którego wprost nie znoszę.

Gdy #nudzimisię osiągnęło decybele wybudzające Młodszą Latorośl ze snu musiałam szybko zorganizować jej czas... I to nieszczęsne pudełko okazało się ostatnią deską ratunku dla zszarganych nerwów i głowy dopominającej się kawy (ciepłej, bo zimna niestety pomimo prawie 5cioletniego stażu macierzyńskiego przez gardło nadał nie przechodzi).

Tak oto resztki przyborów plastycznych i pudełko przypomniały nam czasy posiadania rybek w akwarium, które to stały się trofeum dla naszych futrzaków. Niestety nawet moje zabezpieczenie antykotowe nie zdołało uchronić tych biednych istnień przed żądnym krwi, albo zabawy (jak kto woli) pękatym sierściuchem, który na niedożywionego przez cały swój wcale nie marny byt nigdy nie wyglądał.... i gwarantuję też, że nigdy nie był.

Materiały:
 - pudełko
 - bibuła
 - kolorowy papier lub kolorowe pianki
 - klej, taśma klejąca dwustronna

Żuk za pomocą wydzierania i kleju zużyła pociętą i nadszarpniętą zabawą, czasem i innymi pracami bibułę, tworząc tym samym tło akwarium imitujące wodę. Później ponacinała paski bibuły zielonej, które ja poprzyklejałam dzięki taśmie dwustronnej. Do stworzenia mieszkańców wykorzystałyśmy szablony z posta - TU. Zostali oni umieszczeni za pomocą taśmy dwustronnej, jednak drugim pomysłem było umieszczenie ich za pomocą nici, żeby się poruszały - na to nie starczyło mi czasu i mocy przerobowych. 
Prosta i przyjemna zabawa dla dzieci lub z dziećmi. Można stworzyć namiastkę akwarium, na które rodzicom częstokroć ciężko się zdecydować gdyż jak każde zwierze wiąże się ono z obowiązkami. Ponadto żywe rybki mają to do siebie, że trzeba się wykazać przy nich wiedzą na temat hodowli, bo w innym przypadku można im tylko zaszkodzić. Myślę, że jest to dobra alternatywa dla maluchów. A starszakom polecam najpierw kupić książkę o hodowli rybek i po przestudiowaniu zapytać czy na pewno chcą akwarium posiadać ;)
Pozdrawiam PR




sobota, 27 sierpnia 2016

Trudna sprawa z 1 września

Jak wszystko na tym świecie tak i ludzi można skategoryzować na wiele sposobów. W swoim trzydziestoletnim życiu miałam niestety tego pecha, że trafiłam na cały przekrój tychże i poznałam osobiście nawet tę najgorszą jak dla mnie część społeczeństwa od podszewki. 
Wyobraź sobie, że masz dziecko, albo nawet dwoje czy troje dzieci. Początkowo jest Ci ciężko bo wiadomo pogodzenie obowiązków domowych z wychowywaniem nie jest proste - no może w przypadku posiadania jednego dziecka idzie jeszcze jakoś ogarnąć (wiem z własnego przykładu) ale przy dwójce zaczynają się schody. Dzieci dorastają idą najpierw do przedszkola, później do szkoły. To chyba potrafisz sobie wyobrazić? 
Przychodzą wakacje i albo tak jak w moim przypadku spędzacie je w domu bo wakacje to dla nas początek najcięższych prac i nie możemy sobie pozwolić na urlopy, albo pracujesz na etacie i masz wyrzuty sumienia, bo nie możesz poświęcić tyle czasu dziecku ile byś chciała, ile ono potrzebuje. Przykre, ale prawdziwe.
Wtedy też czekasz tego cholernego 1 września, gdy dziecko wróci już z wygnania od babć, cioć, niań, a życie powróci na normalny dla Was tor - dziecko w placówce wychowawczej a Ty w pracy w miarę spokojna, bo przynajmniej teoretycznie wiesz gdzie ono jest i teoretycznie nie ma prawa mu się tam nic stać. Wracasz po pracy do domu i choć masz mnóstwo obowiązków to między nimi znajdujesz czas by poobcować z dzieckiem. Wspólne odrabianie lekcji staje się małą radością, bo robicie to razem.  I tym matkom jestem w stanie pochylić czoła i przyznać rację z tego, że cieszą się z nowego roku szkolnego i powrotu dzieci do szkoły.
Druga sprawa to matki wychowujące młodsze rodzeństwo dziecka szkolnego/przedszkolnego i/lub pracujące dodatkowo w domu. Wiem, że ciężko jest pogodzić obowiązki domowe i zajmowanie się dwójką i więcej dzieci. Zwłaszcza gdy ma się czasami potrzebę oddechu - poczytania książki, internetu, lub gdy ciągnie się dodatkowy etat w domu. Przed tymi matkami także chylę czoła, bo rozumiem, że  taka nazwijmy to "przerwa od dziecka" to wykonanie obowiązków szybciej dzięki czemu czas gdy dziecko wraca ze szkoły można poświęcić jemu.
A teraz wyobraź sobie, że niczym się nie interesujesz, nie masz pracy etatowej, ani dorywczej, nie lubisz czytać, a najważniejszą rzeczą w ciągu dnia są "trudne sprawy" i kawa z koleżanką przepleciona dyskusją na temat dzisiejszego odcinka. Znaczy przepraszam, pracujesz - zajmujesz się domem, ale powszechnie wiadomo, że gdy dzieci w nim nie ma to nie jest aż tak trudne i można wygospodarować trochę cennego czau na małe przyjemności. Nie potrafisz sobie tego wyobrazić? Zapewne zostałaś obdarzona dobrym genem przyzwoitości, który nie zawęził Twojego punktu widzenia do telewizyjnych szmir. Niestety tacy ludzie istnieją i niestety miałam okazję przekonać się o tym osobiście. Jeszcze jedno niestety - Ci ludzie posiadają także internety i w przerwach między serialami z nich korzystają, udostępniając wszystko jak leci i nie zastanawiając się nad znaczeniem udostępnionych słów.
  "Czasem mam wrażenie, że ludzie traktują własne dzieci jak zło konieczne...." rzuciłam wczoraj niedopatrzenie pod postem na FB,  w miejscu, w którym nie powinnam. Pisząc to nie sprecyzowałam dokładnie o co mi chodzi. Myśląc o kobietach, które większość dnia spędzają same w domu na trudnych sprawach w szpitalach, przez przypadek chyba uraziłam ciężko pracujące mamy. Tu mój ukłon w stronę Miniaturowej - przepraszam, nie traktuj tego osobiście, nie było to do Ciebie ani o Tobie! Pech chciał, że FB wybiórczo traktując posty wyświetlił mi akurat Twój....
Wcale nie traktuję szkoły i przedszkola jak pozbywania się "problemu" z domu. Z łezką w oku wspominam czasy szkolne i teraz już rozumiem co dorośli mieli na myśli mówiąc że to jest jeden z najlepszych czasów w życiu. Jest wiele zalet placówek wychowawczych, a doskonale opisała je dziś Sara - TU.
Mamy taką zasadę w domu - staramy się nie używać słów "nigdy i zawsze" - dlatego, że nigdy nie jest tak, że nigdy i nigdy nie jest tak, że zawsze- nie wiem czy rozumiecie. Drugą taką cichą zasadą jest to, że staramy się nie pisać do siebie wiadomości poprzez smsy i komunikatory gdy się nie widzimy - zazwyczaj prowadzi to do kłótni przez niedokończone myśli. Dlatego też rzadko komentuję cokolwiek z telefonu - z którym się nie lubię za bardzo....bo zazwyczaj przez nieumiejętność pisania na nim palnę głupotę...  Wiele razy obiecywałam sobie, że postaram się nie oceniać, wiem że nic mi do tego, bo nie moja dupa nie mój interes i mam nauczkę na przyszłość żeby częściej gryźć się w język...
PR

sobota, 20 sierpnia 2016

Parówki w cieście

Może i była by ze mnie dobra kucharka gdyby doba wydłużyła mi się o połowę, a dzieci szanownie odkleiły choć na parę godzin. Nie to żeby przeszkadzały mi dwie wiszące na mnie pąkle, nawet to lubię.... Czasem tylko jestem już zmęczona.... Zwłaszcza, że Hrabia w ciągu 3 miesięcy przekroczył zawrotną wagę 7 kg, a nadal mentalnie jest jeszcze maluszkiem potrzebującym ciepła i bliskości....Z jednej strony wielkolud jak na 3 miesięczne dziecko, a z drugiej mój mały Synuś.
Przez te wszystkie problemy z donoszeniem ciąży i przeboje szpitalne Żukowa Panienka też taka niedokochana.... W efekcie czas dla siebie mam dopiero po 22, który muszę podzielić na dwa bo jeszcze jest mąż, któremu też się trochę owego należy....
Staram się jednak nie narzekać i czerpać z tego, bo wszyscy krzyczą, że nie obejrzę się a będzie "nie całuj mnie"; "nie podawaj mi ręki"...."mamo idę na imprezę"....a później to już tylko "wyprowadzam się". Więc noszę, całuję, czytam książeczki nawet jak mi się nie chce i mam dość.
Nie o tym jednak miałam. Tak to już jest, że matka zawsze zejdzie na temat dzieci, choćby zaczynała od polityki, wybuchu wulkanu, czy katastrofy lotniczej.
Wracając do mojego kucharzenia staram się robić to smaczne, jednak najszybciej jak potrafię. Z drugiej strony nie należę do tych osób, które mogłyby spędzić życie w kuchni. Dlatego też wynajduję przepisy łatwe i ekspresowe. Takie właśnie są moje parówki w cieście. Zachęcam do wypróbowania!

Składniki:
parówki
250 g mąki
1 jajko
1 białko
proszek do pieczenia 
4 łyżki mleka
4 łyżki oleju
sól
150 do 250 g twarogu
mogą być ulubione przyprawy np. do pizzy

Mąkę, twaróg,  proszek, jajko, 4 łyżki oleju, sól i ewentualne przyprawy mieszamy i zagniatamy z nich ciasto. Rozwałkowujemy, kroimy parówki na 2 lub 3 części i zawijamy szczelnie w ciasto. Układamy na blasze na papierze do pieczenia. Parówki w cieście smarujemy białkiem wymieszanym z mlekiem. Pieczemy ok. 20 min. w 200 St.C - w zależności od piekarnika. 
Moje parówki ze zdjęcia siedziały w piekarniku 40 min. bo aktualnie nosiłam na rączkach jedną z moich pąkli....a poza tym, to już ustaliliśmy kiedyś, że mój piekarnik nie wypieka dobrze i wszystko musi być w nim przynajmniej 10 minut dłużej.
Życzę smacznego!
PR


niedziela, 14 sierpnia 2016

Recyklingowe zabawy - sowa mądra głowa

Tak się dziwnie składa, że najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy w łazience... Czy to w wannie czy na tronie.... Być może wynika to z faktu, że jest to 5 minut wolności od całego świata, bo uprzedzę pytania - nie, nie chodzę z dziećmi do toalety. Inną teorią na ten temat może być to, że jestem jakąś podświadomą rusałką albo innym starodawnym utopcem, a łazienka z racji posiadania wanny i częstego moczenia się w niej zbliża mnie do naturalnego środowiska występowania.... Choć podejrzewam, teoria wolności umysłu jest bardziej prawdopodobna i realna...A może jednak to zapach chloru, który uwielbiam, a którego zdecydowanie nadużywam w łazience działa na mnie twórczo....?
Udając ostatnio rusałkę...znaczy się wróć - mocząc się ostatnio w wannie i relaksując w te moje dosłownie 5 minut wolności rzuciła mi się w oczy tekturowa rolka po papierze toaletowym. I zabłysła żarówka w głowie, a zwoje poprostowane przez cudowny stan ciążowy coś jakby drgnęły i zaczęły się zwijać i wracać na swoje miejsce, bo jak zmarnować taki skarb?
Wróciłam więc z łazienki z rolką, a mąż wymownie spojrzał i zapytał bardziej w sumie siebie jak mnie "ciekawe co za nowy zwierz z nami zamieszka". No i podpowiedział!
Proszę państwa przedstawiam Wam rodzinę Sów na 1000+, albo jak kto woli rodzinę z mamą sową zajmującą się dziećmi przez co nie może iść do pracy, a zarobki taty są tak niskie, że w gratisie mają 1500+....
Jak zwał tak zwał - oto pomysł na zajęcie dziecka, albo zajęcia z dzieckiem, wybór pozostawiam Wam.

Materiały:
-tekturowe rolki
-farby
-klej
-kolorowy papier
- u nas ruchome oczka, wyciory, filc









Pozdrawiam PR

niedziela, 7 sierpnia 2016

Liczy się każde opakowanie - na porządki zawsze jest czas.

Tegoroczna wiosna trochę mnie ominęła. Lato zdaje się też przeciekać między palcami. Broń Boże nie narzekam. Po prostu wychodzę na pole i smutno mi, bo wyraźniej niż zazwyczaj widzę uciekający czas. Niedawno mój mąż siał i sadził, a teraz już pokazują się pierwsze skrawki czarnego pola, które nieubłaganie przypominają nam o nadciągającej wielkimi krokami jesieni.
Tak, tak wiem, że dla większości z Was DOPIERO sierpień - wakacje w pełni. Każdy rolnik jednak wie o czym mówię, bo u nas czas mierzy się troszkę inaczej....
Zeszły rok skąpy w deszcz nasuwał myśli, że żywioły sprzysięgły się przeciwko nam i każda z chmur bogatych w wodę nas omija....Ten rok nasuwa podobne wnioski tylko w odwrotną stronę.... Zazwyczaj początek sierpnia jest półmetkiem żniwnym w naszym gospodarstwie oraz intensywnym czasem wykopków.... W tym roku jak na złość każda nawet najmniejsza chmurka trafia precyzyjnie w nasze pola uniemożliwiając nam tym samym koszenie zboża i kopanie ziemniaków.... Po wczorajszym obchodzie pól stwierdziłam, że pora zainwestować w amfibię....albo choć kajak....
Rolnikowi nie dogodzi - jak pada źle, jak nie pada też źle...taki to już z nas marudny naród. 
Deszcze i niemożność pracy w polu powodują, że mamy więcej czasu na konserwację maszyn i porządki w gospodarstwie. Chciałabym Wam kochani koledzy po fachu przypomnieć, że opakowania po środkach wypłukane i szczelnie zapakowane oddajemy do sklepów, w których je nabyliśmy lub do tych, które na stronie PSORu widnieją jako punkty zbiórki opakowań. Pamiętajcie, że nie musicie przedstawiać dowodów zakupu, a jeśli będziecie mieli problem powołujcie się na stosowne przepisy, które przywoływane są na wymienionej stronie. 
Infolinia PSORu jest po to by rozwiać wszystkie Wasze wątpliwości i wyjaśnić nieścisłości Zachęcam do korzystania. Sama nie raz z niej korzystałam i potwierdzam, rozmówcy są mili i nie gryzą, ponadto dość szeroka wiedza w zakresie opakowań po środkach ochrony roślin czyni ich rzetelnymi doradcami.
Natomiast mieszkańcom mojej Barczewskiej gminy przypominam, że nasz rodzimy ZUK daje nam wiele możliwości i udogodnień idąc nam częstokroć na tzw. rękę. Działkowcy mogą zdeponować swoje opakowania w PSZOKu w Barczewie. Takiej informacji udzieliła mi w zeszłym roku przemiła Pani w ZUKu. Oczywiście jeśli macie bliżej do sklepu, w którym środek zakupiliście, a sklep ten wpisany jest w rejestr zbiórki Wy także możecie zostawić tam puste, wypłukane opakowania.
Kochani dbajmy o  to by opakowania po środkach nie trafiały do odpadów komunalnych. szanujmy nasze środowisko - są to odpady niebezpieczne, które powinny być utylizowane w specjalny sposób!
Dla przypomnienia poprzednie posty na temat zbiórki opakowań po środkach ochrony roślin:
 1
2
3
Pozdrawiam PR

środa, 3 sierpnia 2016

6 dni na wygnaniu

5.30 przychodzi pielęgniarka. Pyta czy jadł i jak się czuje, mierzy mu temperaturę i sprawdza pieluchy, jeśli w nocy była nieszczęsna kupa. Leżę i patrzę w okno. Z jednej strony szyba, z drugiej okno, z trzeciej szyba. Człowiek czuje się trochę jak w akwarium.
Dochodzi 6. Hrabia śpi więc pora na śniadanie. Wstaję, ścielę łóżko (materac na metalowym stelażu, pamiętającym epokę wczesnego Gierka, na którym leży deska). Myję się i ubieram. Szybko do aneksu - wstawiam wodę, zalewam kawę, biorę prowiant z lodówki, robię śniadanie - cały czas nasłuchując czy dziecię me nie krzyczy.
6.30 - Siadam z kawą i kanapkami na łóżku - jest to ostatni moment odpoczynku w ciągu dnia, za chwilę zacznę bujać moje marudne niemowlę na zmianę na rączkach i w bujaczku i tak do wieczora.
7 - Hrabia budzi się z krzykiem i bólem brzucha. Po chwili się uspokaja. Karmienie.
8 - Przychodzi pediatra.
9 - Obchód
10 - Karmienie
10.30- 13 Bujanie, kołysanie, śpiewanie, noszenie, przebieranie, raport z brudnych pieluch......
13 - Karmienie
13.30 - Z wielkim hukiem wpada A. przywozi mi obiad, jem w pośpiechu, bo wiem, że musi wracać do pracy, a jego obecność sprawia, że mogę w miarę spokojnie zjeść, to on teraz kołysze....
16 - Karmienie
16.30-19 - Bujanie, kołysanie, śpiewanie, noszenie, przebieranie, raport z brudnych pieluch......
19 - Wpada A. kąpiemy Hrabiego we dwoje gdyż wkłucie w nodze, którego nie można zamoczyć uniemożliwia mi wykąpanie go samodzielnie, karmienie, A. kołysze ja się kąpię, robię kolację, jem....
Pierwszy na oddziale wstaje, ostatni idzie spać....Kładziemy się po 22.... Kilka razy w nocy wstając.
Tak minęło nam 6 długich dni w szpitalu. Każdy przepleciony był płaczem maleńkich istot dobiegających ze wszystkich możliwych stron. Najcichsze jęknięcie przypomina Ci, że za ścianą dzieją się osobiste tragedie z dziećmi w roli głównej. Dźwięk ten świdruje w uszach i wpisuje swoją melodię na stałe w Twojej głowie. A Ty - choćbyś chciała iść utulić i pocieszyć - jedyne co możesz zrobić to usiąść i  płakać razem z nimi.
Czasami zdarza mi się powiedzieć, że na świecie nie ma sprawiedliwości, moja mama kwituje to wtedy słowami, że gdzie jak gdzie, ale na świecie na próżno jej szukać.... Sześć długich dni w szpitalnej rzeczywistości tylko potwierdziło jej słowa.
Nie jesteśmy z tych rodziców co z każda inaczej wyglądającą kupą lecą od razu do lekarza, mieliśmy powody do tego żeby wszcząć alarm i jak się okazało podstawne. Nie będę się rozczulać nad sobą i swoją rodziną. Nie nam pierwszym trafiło się combo z wirusów biegunkowych. Trudno, takie jest życie. Na szczęście jakoś sobie dajemy radę i dzięki temu wcześniej zostaliśmy wypuszczeni do domu. Nie powiem żeby Hrabia był zadowolony z tego co go spotkało, choć patrząc na sprawę z perspektywy posiadania mamy na wyłączność 24/dobę trochę na tym skorzystał....
Kolejna wizyta w szpitalu uświadomiła mi tylko jakie mam szczęście posiadając dwójkę zdrowych dzieci. Jak bardzo powinnam dziękować Bogu za to, że jedynymi problemami jakie nas do tej pory spotykały były zwykłe dziecięce przeziębienia. Życzę sobie tego by tak pozostało, a wszystkim tym maleńkim istotkom zdrowia. Bo jak jest zdrowie to reszta sama się znajdzie....
Chciałabym Wam jeszcze raz podziękować za słowa wsparcia i życzenia zdrowia, które tak licznie wysyłaliście. Nawet nie wiecie ile to dla mnie znaczyło. Dziękuje za wszystkie propozycje pomocy i za pomoc (Ala!).
Chciałbym także podziękować całemu personelowi Oddziału Pediatrycznego V Chorób Zakaźnych - życzyłabym sobie zawsze takiej fachowej i miłej obsługi! Gdyby w każdym szpitalu i na każdym oddziale tak zajmowano się pacjentami szpitale nie przerażały by aż tak bardzo.
Powoli staramy się by Dziedzic doszedł do zdrowia, więc automatycznie  to jemu poświęcam większość czasu. Poza tym czas, w którym on śpi należy się Żukowej Panience.... Po raz kolejny pozostaje mi powiedzieć przepraszam, wrócę za chwilę...
PR
PS. patrząc na stan wyposażenia na oddziale zrobiło mi się trochę przykro. Oczywiście było czysto i schludnie jednakże dość zużyte sprzęty i pościel przypominają o tym, że wszystko jest wiekowe. Kochani stąd moja prośba - jeśli wasze dzieci powyrastały już z małych kocyków i pościeli łóżeczkowej może pójdziecie w moje ślady i podarujecie je do szpitala? Ja swoją nadwyżkę poszewek oddałam. Dostaliśmy sporo w spadku po dzieciach znajomych, a że przy Żuku korzystaliśmy tylko z 2 kompletów doszłam do wniosku, że nie bardzo nam są potrzebne. Teraz wiem, że komuś przydadzą się bardziej niż nam, a przy okazji mam poczucie spełnionego obowiązku....








poniedziałek, 18 lipca 2016

Recyklingowe zabawy: idziemy do zoo

Rodzic - to taki dziwny podgatunek człowieka, który słysząc piosenki dziecięce zaczyna palić głupa i podśpiewywać je pod nosem, a po jakimś czasie podskakuje w ich rytm i zaczyna tańczyć - nawet w momencie gdy wszyscy już dawno o nich zapomnieli. Wystarczy, że dziecko zanuci kawałek tejże przeklętej melodii, a ciągnie się za rodzicem ona przez 2/3  tygodnia i okazuje się, że nie mogąc spać w nocy zamiast budzić współmałżonka w celach relaksacyjno - sportowych leżysz w łóżku patrząc w sufit i nucisz, że idziecie do zoo.....
Co w tym złego zapytacie? Teoretycznie nic, pod warunkiem, że nie macie w domu niemowlaka i zoo w odległości przynajmniej 3 godzin jazdy samochodem, które to przy niemowlaku urastają do 6... .Zanuciłam ostatnio, bo przypałętało się nie wiadomo skąd...Dziwny traf chciał, że moja niespełna pięciolatka podłapała rytm. Jakoś gdy mówię Żuk posprzątaj, albo idź spać, albo wynieś śmieci do kosza, albo.... z resztą każdy rodzic wie ile tego albo jest, Żuk wykazuje cechy lekkiego niedosłuchu. Gdy zaś człowiek się przejęzyczy i rzuci soczyste nosz kur...(i tu przerywa, bo impuls do mózgu dociera i wie już co kłapiący jęzor chciał z siebie wdusić) ona czuwa i krzyczy - BRZYDKIE SŁOWO, BRZYDKIE SŁOWO - i to na całą wieś! To samo z tym przeklętym zoo...
Pogoda płata nam figle, raz upał że nawet majtek nie da się włożyć bo i tak zjadą wraz z potem ( z tego akurat cieszą się mężczyźni, wszak marzeniem każdego jest kobieta w sukience bez bielizny - i nie mówcie mi że nie, ja wiem lepiej ;)). Dwa dni później nastaje piździawa 18nastostopniowa  zastanawiasz się czy to normalne w tej części świata czy globalne ocieplenie, wielki meteoryt, matka natura i ojciec czas kpią z nas i chcą nas wykończyć.....No i podczas tej piździawy rzuciłam, że w pierwszej klatce małpy skaczą hop hop hop....... Żuk jak to Żuk, posłyszała i dawaj uderzać w ton, że nudzi jej się, zimno, wakacje, zoo dawno nie widziała. Nie pomagały tłumaczenia, że daleko Hrabia się zamęczy, mama się zamęczy, tata się zamęczy.... Ona chce i już. Zoo musiało przyjechać do nas i  to szybko, bo WIELKI DĄS przepleciony stanowczym NIE na wszystko, czyhał  tuż za progiem.
Trochę przydługi ten wstęp, ale musiałam jakoś Wam to wytłumaczyć.
 Materiały: 
 Papier; 
mazaki, kredki lub farby; 
klej; 
nożyce, 
linijka i ołówek, 
ostry nożyk i deska np. do krojenia do cięcia. 
Można wykorzystać różne ozdoby typu ruchome oczka, piórka, wyciory. 
My przedstawiamy zabawę w wersji podstawowej.
Wycięłam pasy papieru, narysowałam na nich ogonki, które wycięłam nożykiem na desce. Żuk pokolorowała, skleiłyśmy w koło. Wycięłyśmy kształt głowy zwierzątka i łapki. Żuk pokolorowała, przykleiłyśmy. Zrobiłyśmy sobie swoją własną zagrodę ze zwierzętami. Przykładowe poniżej.
 Największą zaletą jest wspólnie spędzony czas gdyż konieczność użycia ostrego noża zmusza nas do odrobiny udziału w dziecięcej zabawie. Kreatywność, pomysłowość to dwie główne cechy tejże zabawy. Pobudza do myślenia. Do tego usprawnianie manualne gdyż pracujemy tu głównie rękoma - wycinanie, sklejanie, kolorowanie.  Same plusy.... no dobra żeby nie było, bo ponoć nie ma rzeczy idealnych, minusem jest zajęty cały parapet, bo wystawa musi być ;) Zachęcam do zabawy!
Pozdrawiam PR 







niedziela, 10 lipca 2016

Wyboista droga mleczna

Moja ginekolog na ostatniej wizycie opowiedziała mi o bogatych Chinkach, które wykupują sobie miesięczne turnusy w ekskluzywnych hotelach, zaraz po porodzie, tylko po to by zregenerować siły. Mają tam za zadanie, leżeć pachnieć i jeść, a jakaś pani - odpowiednik naszej położnej - zajmuje się cały miesiąc ich dzieciątkiem przynosząc je tylko do karmienia. Oczywiście panie są uczone jak karmić, przewijać i ogólnie zajmować się dzieckiem. Cena za tego typu zabawę w macierzyństwo jest wprost proporcjonalna do świadczonych usług, ale jak nadmieniłam wcześniej decydują się na to tylko te kobiety, które na to stać. 
Gdy słyszałam opowieść o tej krainie luksusu wydawało mi się śmieszne płacić za coś co jest wpisane w naszą naturę i na co świadomie się decydujemy. Po czym, na którejś wizycie położnej, kiedy tak siedziałam kolejną dobę z gołymi cycami walcząc o laktację, a mój mały ssak na przemian albo od cyca nie chciał się oderwać, albo nie chciał wcale na niego patrzeć - położna (nie wiem czy chcąc mnie podbudować, czy może faktycznie z zachwytu) powiedziała, że mnie podziwia za wytrwałość. Zaczęła przywoływać statystyki, z których to rzekomo wynika, że wychodząc ze szpitala karmi piersią około 60% kobiet, a po połogu jest to już niewiele ponad 40%.
Siedziałam tak miesiąc i gdyby nie mój mąż, który systematycznie mnie dokarmiał i ciocia I., która ze swoim pierwszym ssakiem przy cycu miała więcej problemów niż nie jedna matka pięciorga (nie ujmując nikomu oczywiście) -  zwariowałabym, albo rzuciła to całe karmienie w cholerę....
Nie czuję się bohaterką. Nadal nie jest tak jak być powinno. Nadal walczymy o karmienie. Przerobiłam już masę zastojów i zapalenie, niedobór pokarmu i jego nadmiar i wiecie co Wam powiem - wcale się tym Chinkom nie dziwię. Już wiem dlaczego wiele kobiet po prostu rezygnuje. 
Nie każdy ma ten luksus co ja - męża pracującego w domu, który przyjdzie i podsunie Ci jedzenie pod nos, babcie w domu, która zajmie się pierwszym dzieckiem. 
Wydawałoby się, że skoro jedno już odchowałam z drugim powinno być prościej..... nie jest. Jest tak samo trudno albo i trudniej, bo inaczej. Niewiele rzeczy, które sprawdzały się przy pierwszym mogę zastosować przy drugim i czasem czuję się jak dziecko we mgle. Nie mam żadnych złotych rad odnośnie karmienia. Choć mam dwoje dzieci, to wiem, że nadal nic nie wiem. Gdyby tak można było wynająć sobie doświadczoną kobietę, położną, która zamieszkałaby ze mną na choćby tydzień i poprowadziła mnie za rękę, nie zawahałabym się nawet przez moment.
Otwarcie przyznaję, że nie zawsze zgadzamy się z teściową. Dzieli nas ogromna różnica wieku. Potrafiłyśmy jednak w tym swoim uporze maniaka znaleźć wspólny język i teraz z ręką na sercu powiem, że gdyby nie ona zapewne nie donosiłabym ciąży do 38 tygodnia, gdyby nie ona moje pierwsze dziecko byłoby niedopilnowane i pałałoby rządzą mordu młodszego brata, który odebrał jej dwoje rodziców, gdyby nie ona właśnie rwałabym sobie włosy z głowy z przemęczenia i niewyspania i gdyby nie ona nie mogłabym w spokoju iść do toalety.... 
Być może nazwiecie mnie egoistką, ale gdy patrzę z jaką błogością mój syn zasypia w jej ramionach, a ona rośnie w momencie gdy tylko u niej się uspokaja nie czuję wyrzutów sumienia. I nie ma słów, którymi mogłabym wyrazić swoją wdzięczność za to co dla nas robi.... W końcu nie leży to w jej obowiązkach, swoje dzieci już odchowała. Czasami warto schować dumę do kieszeni - choćby dla godziny spokojnego snu, gorącej kawy, czy pomalowania jednego obrazka w kolorowance ze starszakiem.
 Kilka dni temu skrytykowałam porównywanie obecnych czasów do zamierzchłych. Ale w tym jednym wiele osób przyzna mi rację - kiedyś, gdy wielopokoleniowe rodziny mieszkały w jednym domu było lepiej i prościej (choć może z przyznawaniem racji też jestem w błędzie, bo aktualnie jest to bardzo niemodne przyznać że ktoś prawi mądrzej niż ja). Zachciało się ludziom niezależności, wyprowadzania na drugi koniec kraju albo i świata, bo przecież swój rozum mam, prosić o pomoc nie będę, a z resztą są inne czasy, inne wytyczne i teraz już się tak jak kiedyś nie wychowuje dzieci.... Efekt mamy jak na tacy. Wiele kobiet nie daje sobie rady z nadmiarem obowiązków i walką o rzeczy, rzekomo najważniejsze. A gdyby tak babcia, albo mama ugotowała, posprzątała, poprała czy poprasowała, zajęła się dziećmi - kobiety miały by czas na skupienie się w 100% na noworodku i nie musiałyby robić tego kosztem swojego zdrowia.
PR
 Reasumując - nic dodać nic ująć.....

czwartek, 30 czerwca 2016

Patologiczne lata 80te

Chyba nie ma osoby, która nie widziałaby krążących na portalach społecznościowych anegdotek o naszym szczęśliwym dzieciństwie - naszym w sensie pokolenia lat 70,80,90-tych. Jak to cudnie było taplać się w błocie, jeść kanapki ze "smakiem" (bo niejednokrotnie do chleba nic nie było), nosić klucz na szyi i widywać rodziców dopiero podczas kolacji (bo wielu z nich chcąc dorobić się czegokolwiek ciągnęło po kilka etatów).....
Patrząc z perspektywy dziecka, które chciałoby wiele spróbować potwierdzam mieliśmy fajnie. Patrząc jednak z drugiej strony, ze strony dziecka, które jest tylko dzieckiem, lubi być przytulane, lubi gdy mu się czyta, bawi się z nim, spaceruje, zwiedza, rysuje.... czy na prawdę mieliśmy szczęśliwe dzieciństwo?
Nie jest tak, że tych rzeczy, które wymieniłam wyżej nie miałam. Mama starała się za dwoje gdyż ojciec słabo spełniał się w swojej roli. Niestety nie wywiązywał się nie tylko z roli ojca. Jako mąż i głowa rodziny też częstokroć nawalał i cały trud wychowania nas i utrzymania rodziny spoczął na jej barkach. Dzięki temu wszystkie przyjemności - jak spacerowanie, rysowanie i czytanie mieliśmy ograniczone do minimum, bo mama chcąc utrzymać pracę musiała iść na studia i poświęcać na nie wiele długich weekendów, a chcąc utrzymać nas i siebie na studiach, po pracy chowała honor do kieszeni, zakasywała rękawy i szła do kolejnej, mniej prestiżowej.
Podejrzewam, że scenariusz mojego dzieciństwa mogłoby przypisać sobie wiele osób. Niejedna polska rodzina wyglądała w tamtych czasach w ten sposób. Ojciec alkoholik i matka tyrająca za dwoje. 
My pokolenie tamtych czasów jesteśmy mądrzejsi, bo odkryliśmy receptę na bolączki patologicznych rodzin. Uczymy się na cudzych błędach. Analizujemy (czasem aż za bardzo) życie na podstawie naszego dzieciństwa i błędów wychowawczych innych i powtarzamy sobie w kółko, że będziemy lepszymi rodzicami. Stajemy na rzęsach by nasze dzieci były szczęśliwe, zabraniając przy tym wielu rzeczy, bo nikt jak my pokolenie 30tolatków (+/- 10) wiemy co może się stać w przypadku gdy zrobi się coś, co uważamy za niebezpieczne. Wychowujemy przy tym lekko niepełnosprytne dzieci, które wielu rzeczy w swym życiu nie spróbują, bo mama czy tata powiedzieli, że nie wolno, bo może stać im się krzywda.... Patrząc na to, że to dzięki temu naszemu "szczęśliwemu" dzieciństwu jesteśmy takimi ludźmi, zaczynam się zastanawiać jak będą wychowywane nasze wnuki.... Śmiem podejrzewać, że może to być nowy model, zatytułowany "idziemy na żywioł, robimy co chcemy", bo przecież skoro one nie mogą wielu rzeczy teraz to później będą lepszymi rodzicami od nas i nie popełnią takich błędów wychowawczych jak my....
Odnoszę wrażenie, że zbyt bardzo idealizujemy swoje dzieciństwo i lata w których się wychowywaliśmy. Nie wiem czy dlatego, że nie możemy pogodzić się z upływem czasu i bezpowrotną utratą tamtych czasów i swej młodości, czy dlatego że próbujemy zakryć przykre wspomnienia szczęśliwą samowolą.... Wiem jednak, że każda "epoka" rządzi się własnymi prawami. To co było nie wróci, nie będziemy stać już w kilometrowych kolejkach po cokolwiek, oglądać pustych półek sklepowych i robić wielu rzeczy przypisanych tamtej epoce. Możemy jednak sprawić, że obecne czasy będą szczególne dla nas i naszych dzieci nie roztrząsając przeszłości i nie porównując jej do teraźniejszości. Bo to prawie jak postawić obok siebie papugę i kruka i kazać wskazać różnice - niby oba ptaki a jednak każdy inny.
My 30latkowie (+/- 10) pokolenie uczące się na błędach - niekoniecznie swoich, zbyt nadmiernie analizujące, chcące uzdrowić świat swą bogatą wiedzą i dążeniem do idealności....... zapędziliśmy się troszeczkę.
Pozdrawiam PR

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Runda druga - czyli kilka wniosków na świeżo.

Przed pierwszym porodem nie miałam żadnych objawów, "że to już". Odeszły mi wody w środku nocy, a że akcja porodowa się nie rozpoczynała dostałam oksytocynę i poszło. Nie byłam przygotowana na (znaczy się teoretycznie byłam, ale teoria jak powszechnie wiadomo nijak się ma do praktyki) bóle przepowiadające....takie prawdziwe bóle przepowiadające. Dokładnie 2 tygodnie siałam panikę, że może to dziś, dokładnie 2 tygodnie o 23 kończyła się zabawa w skurcze i szliśmy spać. Gdy nastał ostatni wieczór 37 tygodnia, czułam że to będzie już jednak słowem się nie odezwałam. Hrabia pozwolił mi się jeszcze trochę przespać, a od 7.30 rano zaczęły się regularne skurcze. Prawdziwe....
Za drugim razem wszystko było inaczej, wszystko było nowe i na nic z tego co było nie byłam przygotowana. Szło wszystko "naturalnym rytmem" jak to określił lekarz na izbie przyjęć i na szczęście dla nas naturalnie się zakończyło i bez żadnych komplikacji.
Jutro mija 2 tygodnie odkąd patrzę na ten nasz drugi mały wielki cud i zastanawiam się nad tym gdzie on się tam zmieścił.....
Ze wspomnień szpitalnych miłym zaskoczeniem było dla mnie to, że dostałam na porodówce - OBIAD! Tak, tak - zupka kalafiorowa, ziemniaczki, surówka i gotowany schab. Pełen wypas. W dodatku w ilości takiej, że oprócz mnie najadł się także Pan Rolnik. Poprzednim razem rodziliśmy w nocy więc opcji takiej nie było, On miał kanapki, a mi ślinka ciekła jak je zjadał.... Na moje szczęście trafiłam po raz kolejny na przesympatyczną sąsiadkę więc czas w szpitalu się nie dłużył. A personel traktował nas jak w hotelu 5ciogwiazdkowym. Po raz kolejny potwierdziło się, że szpital, który wybraliśmy był najlepszym wyborem. Jednak nie ukrywam, że wolałabym już do szpitala nie wracać, bo nie ma jak w domu ;)
A propo samego cudu - zapomniałam już jak głośno płaczą dzieci....Serio - teoria mojego męża o podstępnej ewolucji robiącej kobietom lobotomię z biegiem czasu, by podtrzymać gatunek potwierdziła się. Zapomniałam już, że poród boli (przez prawie 5 lat można) i teraz 2 tygodnie po, jakiś ten ból taki rozmyty się wydaje, zapomniałam już, że dzieci płaczą (bębenki w uszach mogą od tego popękać  jak ryknie w ich pobliżu) - Hrabia dość szybko mi o tym przypomniał. Jednak patrząc na to małe, bezbronne dziecię zapomina się wszystko co złe....W sumie to chyba dobrze.
Tym razem staram się być mądrzejsza niż poprzednio. Gdy Hrabia dusi komara (ewentualnie jak to mawia mój rodzony - zabija gwoździa) ja robię to samo. Stąd też cisza i pustka z mojej strony. Teoretycznie po kilku tygodniach spędzonych w łóżku powinnam być wypoczęta....ale na temat teorii już było, patrzcie wyżej.
Żuk jak na idealną starszą siostrę przystało chodzi do Młodego i powtarza "jaki on piękny, kocham go najbardziej na świecie" - i oby jej tak zostało, bo buntu nie zniesę.....(zniesę, zniesę tylko tak gadam). Po czym dodaje mamo "schowaj trochę te cycki bo to nie ładnie chodzić nago po domu..." - o ja bezwstydny mlekomat! Zostałam matką ściśle stacjonarną - Żuk najadała się w 24 min. - z zegarkiem w ręku, po czym odwracała głowę zaciskała usta i basta. Pan Hrabia natomiast jak na prawdziwego mężczyznę przystało uczynił sobie ze mnie stołówko - zabawkę i może tak do 1,5 godziny. No cóż - narzekać nie mam zamiaru (o bolących sutkach też już zapomniałam).
Żyjemy więc sobie w tej naszej gawrze, rytm dnia wybija nam niemowlę i moje cycki, tacy trochę niedospani, oderwani od rzeczywistości i niepoukładani (jak nie my). Pewnie minie jeszcze trochę czasu zanim nauczymy się siebie nawzajem i zgramy. Kolejna wielka przygoda przed nami, tym razem poziom hard - bo jest nas już czworo. Trzymajcie za nas kciuki  mam nadzieję, że zajrzycie tu czasami, bo wrócę - jak niedoleczona kurzajka na stopnie, katar sienny, czy opryszczka. Tylko ogarnę rzeczywistość...!
Miłego dnia, tygodnia i nadciągającego czasu urlopowego Wam życzę!
PR

piątek, 20 maja 2016

8 punktów regeneracji - czyli prawie jak domowe SPA

Praca rolnika - bez względu na płeć - wymaga dużego poświęcenia własnego ciała..... oczywiście bez głupich skojarzeń proszę. Sezon trwa zazwyczaj od wczesnej wiosny do późnej jesieni, a jeśli ma się zwierzęta można powiedzieć, że praktycznie nigdy się nie kończy. Ponadto praca w domu oprócz wielu zalet ma też swoje minusy - między innymi to, że jesteś w pracy 24/dobę i momentami ciężko jest Ci wygospodarować czas na poświęcenie go tyko sobie i swoim przyjemnościom. Dodaj do tego jeszcze dorastające dzieci i doba jakoś tak panicznie skraca się o połowę.... 
 Myślę, że nie tylko o naszej/mojej pracy - pracy rolniczki można by było te słowa napisać, jednakże mając na uwadze mój zawód i częściową tematykę bloga chciałabym Wam pokazać kilka produktów, które musiały znaleźć miejsce w moim rolniczym domu - dla mojego lepszego samopoczucia i wyglądu.

1. Masażer do stóp.
Jestem z tych skąpych co to 15 razy zastanowią się zanim wydadzą swoje ciężko zarobione pieniądze na sprzęt, a jeśli ten sprzęt jest dodatkowo drogi, przychodzi jeszcze kolejne 15 razy zastanowienia. Padło na taki najtańszy z popularnego portalu aukcyjnego. Zakup zdecydowanie udany i trafiony. Służy nam już kilka lat. Po całym dniu stania - czy to przy sortowniku czy cięcia kapusty - kilkunastominutowy masaż wodny potrafi zdziałać cuda i zdecydowanie odciążyć zmęczone nogi. Ratuje mnie także w ciąży gdy łydki zaczynają rwać jakby mi ktoś żyły wypruwał.
Mój masażer posiada 3 tryby pracy - masaż drganiami; masaż wodny i połączenie obu tych masaży. Korzystam zazwyczaj z trzeciego. Koszt mojego to około 80 zł - cena wydaje mi się niezbyt wygórowaną.



2. Sól do kąpieli.
Kosmetyk, którego używam w połączeniu z wyżej wymienionym sprzętem. Co prawda w opisie masażera napisane jest żeby nie stosować żadnych płynów czy kosmetyków gdyż istnieje ryzyko przedostania się piany do części zasilanej prądem, jednakże sól, którą odkryłam oprócz pięknego zapachu i niskiej ceny cechuje się tym, że nie wytwarza piany. Używałam wielu, polecam zdecydowanie wersję z Biedronki, ja swoją kupiłam za 3,99 a zapach dorównuje tym z wysokiej drogeryjnej półki. 

3. Parafiniarka.
Mycie naczyń w kółko potrafi zniszczyć ręce do tego stopnia, że skóra po prostu pęka. Teraz wyobraźcie sobie co mogą uczynić ze skórą  i paznokciami woda, ziemia, soki roślinne itp. rzeczy. Parafiniarka jest cudownym urządzeniem, które odkryłam u kosmetyczki. W połączeniu z odpowiednimi kosmetykami nieziemsko regeneruje skórę dłoni i stóp. Koszt takiej jak mam ja (patrzcie wyżej - bezmarkowej) od 70 do 100 zł.



4. Krem i peeling do rąk i stóp.
W punkcie 3 mówiąc o odpowiednich kosmetykach wcale nie miałam na myśli drogich produktów rujnujących budżet domowy. Do parafiniarki potrzebny jest peeling żeby martwego naskórka nie pozostawiać w ciepłej parafinie. Nie musi kosztować kroci by był dobry. Tak na prawdę możemy wykonać go w domu z produktów, które zazwyczaj mamy w kuchni. Zasada ta tyczy się zarówno skóry rąk jak i stóp.
 Po skończonej kuracji parafiną, a także kilka razy dziennie należy też stosować krem do rąk. Używaliśmy z Panem Rolnikiem kremów do rąk w przedziale cenowym od 3 do 80 zł za tubkę. Powiem tyle - nie warto jest wyrzucać pieniędzy na superdrogie marki. Krem do szybkiej regeneracji skóry musi być glicerynowy. Może być taki najtańszy z kiosku przy przystanku autobusowym. Najważniejsza jest systematyczność w jego używaniu. Tak to już niestety działa, że jak coś leży w szafce albo torbie to cechuje je mała skuteczność działania.  My aktualnie dobrnęliśmy do punktu, w którym krem do rąk każde z nas ma w swojej szafce nocnej, mamy tubkę w kuchni i w każdym samochodzie. Bardzo ułatwia to systematyczność używania. 
Co do kremów do stóp jeśli nie ma się większych problemów ze skórą na tej części ciała można używać tego samego kremu co do rąk, jeżeli jednak skórę na stopach ma się przesuszoną, a pięty lubią sobie popękać polecam kremy z mocznikiem, które skutecznie ją zmiękczają. Bez problemu dostaniecie taki krem w aptece, z drogeryjnych z tego co pamiętam chyba ziaja taki oferuje.
Co do kremowania - ogólnie powinno się także pamiętać o codziennej pielęgnacji skóry twarzy i szyi - ale to chyba tak oczywiste jak to, że po zimie przychodzi wiosna....



5. Mydło w kostce.
Jeśli skóra dłoni jest narażona na wiele szkodliwych czynników wszelakie suche mydła, mydła w płynie, a szczególnie mydła antybakteryjne można sobie wsadzić.... (za przeproszeniem). Wymienione przeze mnie produkty powodują jeszcze większe wysuszenie skóry. Nie ma nic lepszego niż zwykłe mdło w kostce - choć wiem, że w tych czasach jest ono po prostu niemodne. Zwykłe, glicerynowe - u nas w domu nr. 1 jest biały jeleń, aczkolwiek nie tylko tego używamy. 
Mydło w kostce, oprócz mycia, jest produktem, które świetnie dezynfekuje rany wszelakie. Mając zastrzał wystarczy rozpuścić kawałek kostki w gorącej wodzie i trzymać w niej uszkodzone miejsce - metoda polecona mi przez lekarza, gdy po studniówce wróciłam z kciukiem wielkości pięści - zadziałała wtedy, jak i niedawno gdy Żuk dorobiła się zastrzału na ręce.

6.Olej - w moim przypadku lniany.
Jakiś czas temu Ola na swoim blogu opisała metodę regeneracji włosów za pomocą olejowania. Nie byłabym sobą gdybym nie wypróbowała. W moim przypadku zastosowałam olej lniany. Włosy oprócz tego, że się nie puszą, są bardziej lśniące i wydaje mi się, że mocniejsze. Nie wyciągam ich garściami tak jak wcześniej. Praca na świeżym powietrzu potrafi zniszczyć nie tylko skórę ale i włosy, olejowanie zdecydowanie pomaga je zregenerować. 



7. Zestaw pilników do paznokci.
Pewnie każdy z Was wie, że nożyczki i obcinacze do paznokci zazwyczaj je łamią lub tną nierówno. Mamy zestaw pilników od grubo do drobnoziarnistych po to by po szybkim cięciu paznokcie te wyrównywać. Dzięki temu wyglądają lepiej i nie zadzierają się. Chyba każda kobieta tę zależność zna i wie o czym piszę - Panowie jak nie wiedzą to powinni się dowiedzieć. Pan Rolnik już się dowiedział :)

8. Rękawice jednorazowe.
Nie jest to kosmetyk co prawda, ale nazwałabym je produktem pośrednim między zadbanymi rękami, a zrobioną pracą...
Nadają się do wszystkiego - od obierania ziemniaków, poprzez mycie naczyń, sprzętó domowych, a na pracy w polu skończywszy. Najczęściej kupujemy nitrylowe, gdyż są najtrwalsze. Jednak jak nie możemy czekać na wysyłkę bo pudełko za szybko się opróżniło kupujemy cokolwiek - lateksowe, vinylowe (ostatnio z braku alternatywy i przymusu szybkiego zakupu używamy rękawic z Lidla - powiem tyle, dają radę). Nie raz i nie dwa ratowały skórę przed uszkodzeniami. Zakładamy je nawet pod grube tzw. wampirki - rękawice szmaciane z powłoką gumową.
Należy jednak pamiętać że choć ratują skórę przed trwałym zabrudzeniem, to jednak noszenie ich przez kilka godzin dziennie wiąże się niestety z odparzeniami paznokci co skutkuje ich większą łamliwością. Mimo tej wady - nie wyobrażam sobie pracy w kuchni czy w polu bez tych rękawic.

 Myślę, że wymienione przeze mnie produkty są raczej rozsądnym niż burżujskim podejściem do podstawowej pielęgnacji ciała. Podpiąć je można pod każdy zawód i każdego człowieka. Ja osobiście nie wyobrażam sobie życia bez tych kilku produktów.  Zdecydowanie ułatwiają one dbanie o siebie. Poza tym nie są mocno praco i czasochłonne w użyciu.

Pozdrawiam PR