czwartek, 3 grudnia 2015

przeklęte bynajmniej....

Z językiem polskim mam tyle wspólnego co świnia z siodłem, albo i jeszcze mniej. Oprócz podstawowych zasad porozumiewania się za jego pomocą, śladowych zasad ortografii i interpunkcji oraz  wiedzy, że coś takiego jak gramatyka też istnieje język polski to dla mnie czarna magia. 
Już zaczynam drżeć na samą myśl o tym, że moje dziecko wkrótce trafi do szkoły, a gramatyka nie będzie dla mnie tylko grymaśnym wspomnieniem lekcji z podstawówki. Jedno jest pewne, będę musiała uczyć się wszystkiego od nowa. 
Fakt, że nie zajmuje mnie nauka o naszym pięknym ojczystym języku na co dzień, nie zwalnia mnie jednak z obowiązku przeczytania po raz 20 swojego tekstu, który mam zamiar opublikować. Czytam więc, czytam, po 20 albo i więcej razy, w kółko poprawiając, żeby przyzwoicie i estetycznie to wyglądało. Zależy mi na tym, żebyś Ty drogi czytelniku nie pomyślał sobie o mnie i moim warsztacie jak o rozkapryszonej trzynastolatce (nie obrażając oczywiście nikogo w tym, ani podobnym wieku), która nie potrafi składnie przelać swoich myśli na wirtualny papier. 
Klepię te swoje tekściki, czytuje je na okrągło i poprawiam. Znam je chyba wszystkie już na pamięć.  Po jakimś czasie gdy wracam do nich i tak łapię się na tym, że znajduję głupie błędy. Poprawiam je  z nadzieją, że nikt wcześniej ich nie zauważył. Nie lubię jak zwraca mi się uwagę, a szczególnie na takie banalne rzeczy, które tak na prawdę może poprawić po mnie najzwyklejszy word. W sumie to nie znam osoby, która lubiłaby jak jej się zwraca uwagę. 
Wiem, że jeszcze dużo wody w rzekach upłynie zanim nabiorę takiej wprawy i lekkości w pisaniu, żeby nie drżeć za każdym razem po publikacji na samą myśl o fali krytyki za byka ortograficznego czy wyraz użyty w złym kontekście. Mam świadomość powtarzających się "że, żeby, które" i innych słów , których ( ;) ) po prostu nie potrafię czasami niczym innym zastąpić. 
Mając świadomość wielu swoich wad i niedociągnięć nie staram się jednak ukazywać siebie jako blogerowej wyroczni. Być może mam spory zasób wiedzy na pewne tematy, ale wiem, że więcej nie wiem niż wiem. Dlatego też zastanawiam się dlaczego niektórzy za wszelką cenę stawiają się na piedestale i próbują doradzać innym nie pracując nad sobą?
Czytuję wiele blogerek i blogerów. Z biegiem czasu widać kto stara się pracować nad sobą i swoim stylem, techniką i poprawnością. Czy nagminne robienie błędów językowych wiąże się tylko z ignorancją, czy to może zwykłe lenistwo? Internet zalany jest zdjęciami podstawowych błędów jakie popełniamy, a jednak tak wiele osób uznających swoje persony za namiastkę celebryty (bo przecież ma ponad ileś tam tysięcy polubień na FB) nie potrafi zatrzymać się choćby na chwilę i zastanowić nad tym czy jestem poprawny w tym co robię. Blogerze/Blogerko! Nie jesteśmy święci, nie traktujmy swoich osób jako wyroczni! I pracujmy nad sobą....
W moich tekstach znajduje się zapewne wiele błędów, ale na prawdę staram się nad sobą pracować. W komentarzach przez mój ciągły pośpiech często brakuje kropek i przecinków, wychodzi dzięki temu jeden wielki potok słów, niekoniecznie zrozumiały dla odbiorcy. Zdarza mi się zapominać o Ty czy Ciebie z dużej litery. Jednak ja na prawdę się staram i nad sobą pracuję. A Ty?
Pozdrawiam PR

ps.  Pamiętam taką sytuację ze studiów podyplomowych, gdy zaprosiłam do swojego domu koleżankę, która dojeżdżała na nie spory kawałek drogi. Wieczorem odwiedzili nas znajomi, oczywiście była też kolacja i piwko. Wiadomym jest, że alkohol dodaje odwagi i rozwiązuje języki nawet najzatwardzialszym wstydliwcom ( przepraszam, że się tak wyrażę). Gdy tak siedzieliśmy, a ja swym monologiem próbowałam udowodnić, że mówię coś mądrego, koleżanka wyskoczyła przy wszystkich, że zanim spróbuję się wymądrzać powinnam zastanowić się nad słowami, których używam. Bo "bynajmniej" oznacza "wcale", a nie "przynajmniej", które to ja miałam na myśli. Postanowiłam sobie wtedy, że nie dam się więcej tak skompromitować, bo był to dla mnie duży cios, aczkolwiek uzasadniony, koleżanka miała rację. Oczywiście nikomu nie życzę takiego doświadczenia, bo nie miło się robi gdy ktoś nam zwraca uwagę....i to publicznie.

20 komentarzy:

  1. Uwagę należy zwracać prywatnie a chwalić publicznie, to podstawowa zasada którą powinien znać każdy a jak widać większość ma z nią problemy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niektórym wręcz sprawia przyjemność publiczne poniżanie innych....

      Usuń
  2. Dobry temat poruszyłaś. Przyznaję się - "zjadam" kropki, przecinki.. popełniam błędy.. i tez czasami po setnym przeczytaniu czegoś, co napisałam znajduję błędy.. o zgrozo.. ;) ..no ale jak już napisałaś.. liczy się praca nad sobą.
    Poprawiania nie lubię - zawsze robiła to moja siostra. Wiem, że robiła to dla mojego dobra, ale cholernie mnie to irytowało. Teraz powinnam jej za to podziękować :D
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mnie mama całe życie poprawiała i nie ukrywam, że w tym momencie jestem jej za to bardzo wdzięczna.

      Usuń
  3. Ja kiedyś także użyłam tego słowa zupełnie niepoprawnie i to na blogu. Zwrócono mi uwagę i to była wielka nauczka dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja tę lekcję także zapamiętam do końca życia....

      Usuń
  4. Będąc dzieckiem uczyłam się szybkiego czytania. Na zasadzie zerkania na słowo i odczytywania słów, potem zdań wzrokowo. Faktycznie opanowałam tą sztukę doskonale... lektury czytałam migiem ale... pojawił się problem. Często podmieniam podobne do siebie wyrazy (wystarczy, że zgadzają się w nich litery chociaż ich kolejność niekoniecznie). Pisząc telefonem często wkrada się autokorekta (której ni cholery wyłączyć nie potrafię) i tu częsty problem - chociaż przeczytam tekst drugi raz to podobieństwo słów jest dla mnie nie zauważalne (przez tą moją cholerną technikę czytania). Pracuję nad sobą. Chociaż błędów walę dużo często dlatego, że zamiast przeczytać tekst dwa razy dosłownie "rzuciłam na niego okiem" tylko raz... a to już LENISTWO!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. autokorekta w telefonie to moje największe przekleństwo, na szczęście ograniczył mi dostęp do dodawania komentarzy i lepiej że mnie nie ma niż mam wypisywać głupoty. Mój pośpiech często prowadzi do słowotoku bez kropek i przecinków. Istny kogel-mogel....

      Usuń
  5. Ja właśnie nad tym pracuję, by bez zastanowienia nie powtarzać znajomym, że np. nie szłem, ale szedłem... To odruch wzięty z tego, że jeszcze w czasach szkolnych zamiast tworzyć slang młodzieżowy uparliśmy się ze znajomymi, by poprawnie się wyrażać w mowie ojczystej, również staropolskimi operując wyrażeniami (polonistka dostawała zawału, gdy słaby uczeń w jednym zdaniu używał kilku słów "z górnej półki" ;)).
    Nie chroni mnie to jednak przed własnymi błędami i również czytam wszystkie teksty wiele razy... :) Grunt, to wiedzieć, że się wie, ile wie i nie więcej ;)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja wychodzę z założenia, że sama nie lubię być pouczana i staram się nie pouczać innych, w końcu jesteśmy tylko ludźmi i każdemu się zdarzają błędy.

      Usuń
  6. Dla mnie największą zmora podczas pisania jest używanie polskich znaków! Jakoś tak wredna klawiatura nie chce zadziałać jak wciskam ten cholerny "alt" co by zrobić "Ż" ,a wychodzi "z". Zwłaszcza jak się spieszę, by kuknąć na blogi i skrobnąć każdemu kilka słó w komentarzu :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. moja klawiatura za to często zapomina wstawiać ostatnie literki w wyrazach....

      Usuń
  7. Wiesz, nawet ci, którzy studiowali przez pięć lat filologię polską, w tym ja, popełniają błędy. :P Chyba omylność wpisana jest w naszą naturę. Ja również wciąż czytam i czytam, podsuwam mężowi przed publikacją i niestety i tak zdarza mi się wyłapać błędy. :) Trudno... A co do "bynajmniej" to uwielbiam to słowo! :D Razi mnie okropnie używanie go w niewłaściwy sposób, ale wiesz... Twoja koleżanka zachowała się niegrzecznie. To bardzo niekulturalnie zwracać komuś uwagę w towarzystwie. Jeśli nie jesteś nauczycielem prowadzącym lekcje, nie poprawiasz swojego dziecka, męża lub kogoś bardzo bliskiego - to tego po prostu się nie robi!
    PS Nie lubię też, gdy ktoś nagminnie kontaminuje różne związki frazeologiczne, np. "w każdym BĄDŹ razie" (!) - albo "w każdym razie", albo "bądź co bądź". :) Dobra już się nie wymądrzam. :P Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w dzieciństwie byłam w kółko poprawiana przez mamę (nauczycielkę) więc teraz też mnie razi jak słyszę takie podstawowe byki, ale nie pouczam, wychodzę z założenia że należy traktować ludzi tak jakby się chciało samemu być traktowanym. Ja nie znoszę jak mnie ktoś poucza.....

      Usuń
  8. Ja oprócz tego, że kilka razy czytam tekst przed publikacją to jeszcze wrzucam go w Worda, a i tak zdarza mi się walnąć byka. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. u mnie to samo, poprawiam, poprawiam, sprawdzam, a później wynajduję jakieś kwiatki po kilku tygodniach i czerwienię się na samą myśl o nich....

      Usuń
  9. Ja także nie jestem językowym guru, ale nie lubię bardzo niedbalstwa; wychodzę więc z założenia, że jeśli piszesz bloga (lub cokolwiek, co ma odbiorców), powinieneś sprawdzić błędy. I naprawdę, żyjemy w XXI wieku - mamy mnóstwo możliwości i programów, które zrobią to za nas. To nie jest kwestia kutwienia nad księgami i słownikami, tylko wrzucenia tekstu do podstawowych edytorów...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. właśnie o to mi chodzi, na prawdę z biegiem czasu widać kto stara się wprowadzić odrobinę estetyki w swoje teksty,a kto (za przeproszeniem) klepie żeby klepać.....

      Usuń
  10. Mój tato miał zawsze hopla na punkcie języka i zawsze nas małolatów poprawiał, aż w końcu się tym zaraziliśmy. Z czasem zaczęliśmy się bawić językiem i wymyślać nowe wyrazy. Teraz tą samą zabawę stosuję od czasu do czasu na blogu, co być może tego czy tamtego może irytować, ale to mój blog i robię na nim co chcę. Poza wygłupami jednak staram się pisać poprawnie ortograficznie i gramtycznie, stosując interpunkcję. Choć trzeba wiedzieć, że z języka polskiego byłam słaba - w średniej szkole nie udało mi się nigdy powyżej dostatecznego otrzymać. Ostatnio jednak nawet nie czytam swoich postów po napisaniu, bo czas mnie goni. Dopiero na drugi dzień zaglądam na swojego bloga i dopiero wtedy poprawiam błędy, z niektórych się śmieję jak głupia, bo są na prawdę kretyńskie. Powiem Wam, że czytając na drugi dzień więcej niepoprawności się zauważa, niż tak na świeżo. Piszę teraz teksty na potrzeby polonijnego czasopisma i wtedy bardziej się pilnuję. Korektorka powiedziała, że nie miała zbyt wiele roboty przy moich tekstach, więc chyba nie jest źle. Zaś ja czytając te poprawione swoje teksty zauważąłam, że sama nie wpadłabym na to, że można coś w ten a nie inny sposób sformułować. Bo jednak samemu nie zauważy się pewnych rzeczy nawet po setnym przeczytaniu tego samego tekstu. Zaś "bynajmniej" mnie samą zawsze irytowało używane jako synonim "przynajmniej", jednak dowiedziałam sie, że jest to jeden z regionalizmów (tylko nie pamietam z którego regionu), czyli uzywane w tym regionie w mowie potocznej w zasadzie nie jest błędem, czyli wszystko zależy od punktu widzenia :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to mnie zaskoczyłaś tym regionalizmem bynajmniej, u mnie mama z racji zawodu zawsze mnie poprawiała, choć i ja z języka polskiego orłem nie byłam i dostateczny to u mnie było zawsze maximum mich możliwości.

      Usuń

Cieszę się drogi czytelniku, że chcesz pozostawić po sobie ślad. Proszę jednak o przemyślane dobieranie słów, gdyż odkąd mam dziecko oduczam się przeklinać :)