wtorek, 29 grudnia 2015

Nocne czuwanie na SORze

Choć z aktorstwem mam tyle wspólnego co kot napłakał, bo wiąże mnie z nim tylko kabaret w szkole podstawowej, moja córka jest mistrzem w tej dziedzinie. Potrafi zagrać każdą rolę, a symulanctwo ma opanowane do perfekcji. Życie z nią pod jednym dachem ponad cztery lata nauczyło mnie jednak być 100% rodzicem, który wie doskonale kiedy krzyk jest krzykiem, a kiedy jest tylko wymuszoną scenką tematyczną. Chyba każdy rodzic takie rzeczy wie....chyba.
Wczorajszy poranek obdarzył nas załzawionym okiem, które z minuty na minutę pogarszało się i robiło po prostu paskudne. W południe doszedł do tego wyciek ropny - padła szybka decyzja lekarz pediatra. Bezproblemowa szybka wizyta, krople z antybiotykiem. Pierwsza aplikacja bolesna, ale nie na tyle żeby była niepokojąca. Po kilku godzinach coraz gorszy wyciek z oka. Nadchodzi czas drugiej aplikacji leku.  Gdy napuchło jej oko po drugim wkropleniu leku Mała zaczęła drzeć się w niebogłosy dłużej niż wynosił czas aplikacji preparatu (jak to się ma w przypadku zawodowego symulanctwa), a przedstawienie to na koniec okraszone zostało różowymi łzami. Nie zawahaliśmy się by po 1,5 min. po aplikacji włożyć jej oko pod bieżącą wodę i wypłukać lek. Gdy zaczęło w ciągu sekund puchnąć bardziej, wiedziałam że akurat ten preparat ją uczulił i z zapalenia spojówek zrobił się zawodnik boksu na wielkiej gali.... Nie czekaliśmy na to co będzie dalej gdyż infekcja postępowała i zaczynała się przenosić na drugie oko. Automatycznie - ambulatorium nocne. 
Zaczęła się pielgrzymka i tłumaczenie - pięciokrotne. Najpierw w rejestracji, później u lakarza dyżurnego, później w rejestracji SOR, później u pielęgniarki i lekarza ogólnego by trafić na koniec do specjalisty dziecięcego. Spojrzał na nas z góry wzrokiem pełnym pogardy, naburczał że po dwóch aplikacjach leku przyjeżdżamy nie wiadomo po co, że opuchlizna i całe to zamieszanie to na pewno symulanctwo (bo którz jak nie ona zna lepiej MOJE dziecko), a na koniec stwierdził, że to NA PEWNO nie alergia tylko zbieg okoliczności. Dla świętego spokoju mego dał inny preparat, który dziwnym trafem okazał się bezbolesny w aplikacji i po którym po kilku godzinach była znaczna i widoczna poprawa.....NOSZ KUR....tka na wacie!
Walczy się o darmowe porady dietetyczne, o darmową opiekę dla ciężarnych, porady laktacyjne i całe te okołoporodowe, ciążowe i niemowlęce sprawy. Nikt nie pomyślał o tym żeby zawalczyć o godne traktowanie pacjentów, małych pacjentów.....O to żeby nas rodziców przestano traktować jak furiatów, panikarzy, idiotów i nadgorliwców. Przecież z pierdołami nie jeździ się do szpitala, nie jesteśmy imbecylami, którzy z kichnięciem, czy piardnięciem stoją w kilometrowej kolejce na SOR. Jeśli się tam kieruję to na prawdę muszę mieć powód....dlaczego więc zawsze trafię na człowieka, który traktuje mnie jak intruza wymuszającego....no właśnie co wymuszającego? Jego czas? Przecież to jego, za przeproszeniem, zasrany obowiązek zająć się moim chorym dzieckiem! 
W nadchodzącym Nowym Roku życzę więc Wszystkim - i Wam i sobie - więcej empatii wokół, żeby zaczęto traktować nas z godnością, żebyśmy nie czuli się jak intruzi we własnym kraju, żebyśmy byli godnie traktowani u lekarza, w urzędach i innych instytucjach, żeby "państwo" zwróciło uwagę na nas, swoich zwykłych obywateli, którzy tu są i je poniekąd tworzą, a nie na problemy innych, które nas nie powinny dotyczyć. Przede wszystkim jednak życzę Wam, Waszym rodzinom i sobie oraz swojej rodzinie zdrowia, bo jak jest zdrowie to i reszta się znajdzie....
Pozdrawiam PR

czwartek, 24 grudnia 2015

Stara bajka przy kominku

Oczywiście nie zacznę typowo i tradycyjnie. Ci którzy mnie odwiedzają i choć trochę znają, wiedzą że u mnie zawsze na opak. Zacznę od bajki przy kominku, która jak zwykle wpadła mi do głowy w najmniej odpowiednim momencie. Chwyciwszy kartkę i długopis nabazgrałam na niej trochę tuszem z długopisu, trochę ciastem z rąk wierszyk oparty na słowie przewodnim - stare. 

Tradycyjnym, starym czasem
Pan Mikołaj idzie lasem
Borem trochę i polami
Z dziecięcymi marzeniami

Kłania mu się kto żyw w lesie
Bo i dla nich dziś przyniesie
Wór łakoci i prezentów
Z których cieszą się zwierzęta

Dla sikorki garść nasionek
A dla dzika jest korzonek
Sianko sarna zaś dostanie
Bo ma zawsze chętkę na nie

Każde leśne zwierze
Z worka sobie coś wybierze
I ucieszą się zwierzęta
Że i o nich się pamięta

Gdy już przejdzie Dziadek Stary
Bory, lasy i szuwary
To skieruje swe oczęta
Na pachnące w domach święta

Przyjdzie po cichutku nocą
Gwiazdy drogę mu ozłocą
Pod choinkę wrzuci paczki
By radosne były dzieciaczki

W dzień świąteczny o poranku
Gdy już stanie na swym ganku
Żona jego - Mikołajowa
Barszczyk mu z uszkami poda

Jak obyczaj każe stary
Zjedzą wszystkie świąteczne dary
Które dzieci z dobrej woli
Pod choinkę powkładały

I rozsiądzie się Mikołaj
W swym fotelu i przy ogniu
A gdy trochę już odpocznie
Zacznie plany snuć przyszłoroczne.

Moi drodzy! Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzymy Wam, aby wszystkie chwile spędzone w rodzinnym gronie były radosne i spokojne, a każdy dzień Nowego Roku przepełniało szczęście i zdrowie.
Z najlepszymi życzeniami rodzina Państwa Rolników 

 

środa, 23 grudnia 2015

Przygody z książką 3: jestem kimś, jestem skądś....

Miały być życzenia, ale stwierdziłam, że będę z tych desperatek co to składają życzenia na ostatnią chwilę, więc musicie na nie poczekać do jutra. Dziś zaś pokażę Wam ostatnie w tym sezonie książki w cyklu przygody z książką 3.
https://dzikajablon.wordpress.com/2015/10/12/przygody-z-ksiazka-3-blogi-w-projekcie/

Zacznę jednak od tego iż jesteśmy Warmiakami. Znajdzie się pewnie jakiś rodowity Warmiak od pokoleń, który podważy moje stwierdzenie, choćby na podstawie tego, że nasze rodziny są napływowe i nie wywodzą się z tych terenów. Jednakże i ja i A. urodziliśmy się, wychowaliśmy i zamieszkujemy Warmię. Jesteśmy z nią związani - w naszym przypadku można powiedzieć od zawsze -  i nasze dziecko także jest stąd. A skoro jest stąd, to może trochę patetycznie zabrzmi, ale chcemy żeby wiedziała skąd znaczy stąd i miała poczucie przynależności i patriotyzmu nie tylko jako polka, ale także tego lokalnego. 
Dlatego też w naszej małej prywatnej biblioteczce zagościły dwie pozycje, mówiące o historii naszych terenów. Nie mam pojęcia czy można nabyć je drogą kupna, ponieważ obie były sfinansowane w ramach projektów unijnych lub lokalnych , promujących region, a zdobyte drogą bardzo nieoficjalną. Jednakże nie o same książki mi dziś chodzi, a o naukę patriotyzmu, szacunku i historii. O to, że warto jest pokazać dziecku kim jest i skąd pochodzi. W końcu poczucie przynależności wiąże się ściśle z poczuciem bezpieczeństwa. Nie jest się wtedy bezludną wyspą dryfującą w oceanie jednostek. Jest się kimś, pochodzi się skądś..... Tak mi się przynajmniej wydaje.

"Mały Feluś wyrusza w świat" - Katarzyny Kowalczyk. Lektura ściśle dla dzieci, chodź i niektórym dorosłym przyda się przestudiowanie i nauka od podstaw. Książka wierszem pisana, z elementem zabawy, czyli kolorowanką zawartą w tekście o wybitnym kompozytorze Feliksie Nowowiejskim, który urodził się i zamieszkiwał jakże bliskie nam, w przenośni i dosłownie, Barczewo. 



"Elementarz gwary warmińskiej. Rodzina, dom i zagroda" I.Lewandowaska i E.Cyfus. Można o niej powiedzieć słownik, ale taki nietypowy, z domieszką historii. Siadamy czasem wieczorami i czytujemy, powtarzamy i śmiejemy się ze słów i ze swojej nieumiejętnej wymowy tychże. Nie da się jej opisać, to trzeba przeczytać....



A na koniec nasza Baba Pruska - malowana ręką mistrza, czyli dziecka mego. Oprócz walorów ściśle ozdobnych posiada także funkcję skarbonki. Praktyczne z pożytecznym!
Pozdrawiam PR!


środa, 16 grudnia 2015

Recyklingowe (nie)zabawy: dla ptaka karmnik dla kota buda

Mój kot jest głupi. Stwierdzenie to nie podlega żadnej dyskusji. Chciałoby się rzec, że jak but z lewej nogi, jednakże jak rzecz martwa może być głupia? Więc mój kot jest głupszy od buta, nawet tego z lewej nogi.  
Dlaczego od rana zaczęłam ubliżać kotu? Z jednego prostego powodu, zimy mamy ostatnimi czasy skąpe, a jak już przyszło te upragnione minus 6 to nasz głupi kot zamiast iść ze wszystkimi zwierzakami (2 pozostałymi kotami i 2 psami) do budynku gospodarczego, w którym jest mnóstwo słomy, ciepła i miejsca na 80 kotów postanowił spać na progu domu z nadzieją, że zostanie wpuszczony na noc do ciepłego łóżka. Może jakby był kulturalnym kotem tak by się też stało, ale że z zasad dobrego wychowania egzaminu nie zdał, nie ma nawet takiej opcji....
Tak więc mój głupi, marznący na własne życzenie kot, sprawił że dnia dzisiejszego skonstruowałam niezbyt piękną i pozostawiającą dużo do życzenia budę dla kota ze śmieci. Po to żeby mu dupka nie przemarzła i żebym nie musiała z nim jeździć ciągle do weterynarza, który i tak dobrze na tym naszym stadzie zarabia. 
Pomyślałam, że się z Wami podzielę tym pomysłem gdyż na pewno w Waszej okolicy znajdzie się jakieś bezdomne zwierzę, które potrzebuje choć trochę ciepła. Nadciągają najzimniejsze miesiące w roku. Być może zima okaże się łaskawa i po raz kolejny nie zobaczymy na własne oczy 30stostopniowych mrozów. Jednakże miejcie na uwadze fakt, że te bezdomne koty i psy też żyją i czują....Tak niewiele trzeba, żeby sprawić im odrobinę przyjemności.
 Materiały:
U mnie karton po occie.
Pianka, którą obłożone były drzwiczki od szafek, równie dobrze w tej roli sprawdza się styropian.
Taśma klejąca.
Strecz (szczególnie przydatny jako izolacja od otoczenia, karton szybko nie zawilgotnieje).
Budy wykonane z takich materiałów mają do siebie to, że szybko się niszczą i trzeba często je wymieniać. Jednakże patrząc na te tony śmieci piętrzących się wokół sklepów z pozyskaniem materiałów raczej nie będzie problemów. 
Dokarmiamy ptaki zimą, miejmy serce także dla tych biednych zwierząt (choć mój głupi kot raczej do biednych nie należy).
Pozdrawiam PR
 PS. pamiętajcie, że wszelkiego typu szmatki i koce nasiąkają szybko wodą (np. w momencie gdy zwierzak wchodzi na nie z mokrymi łapkami) dlatego też najlepsza jest pianka, styropian lub słoma do wyścielania każdego typu budy.






poniedziałek, 14 grudnia 2015

My nie pierniczymy, my herbatnikujemy.

Nastał grudzień, a wraz z nim moda na pierniczenie (jakkolwiek głupio to nie zabrzmi). Nie jesteśmy tradycjonalistami pod tym względem. U nas nie piecze się pierników, choć Żuk od kilku dni zarażona bakcylem piernikowym, słuchając wiadomości i oglądając iście świąteczne programy stwierdziła, że może też byśmy spróbowały. Może spróbujemy, nie wykluczone. 
Tradycyjnym ciastkiem świątecznym są u nas domowej roboty herbatniki, na które przepis podawałam Wam dawno temu i który niestety po przymusowych porządkach blogowych przepadł gdzieś w czeluściach internetu. Zacznę więc jeszcze raz od niego, gdyż moim zdaniem żaden piernik nie dorównuje smakiem herbatnikom.

Składniki:
300 g mąki
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
50 g. cukru
4 łyżeczki cukru wanilinowego
1 jajko
150 g. masła lub margaryny

Przygotowanie:
Zagniatamy ciasto z wyżej wymienionych składników, wstawiamy je na 20 min. do lodówki. Po czym rozwałkowujemy i wycinamy ciastka. Pieczemy w temperaturze 180-190 st. C ok 10-15 min. w rozgrzanym wcześniej piekarniku.
Prawda, że dziecinnie proste?




W tym roku pokusiłyśmy się o delikatny przedświąteczny falstart i jeszcze w listopadzie przygotowałyśmy na próbę ciastka tyle, że makowe i ze słonecznikiem. Niestety nie zachwyciły one smakiem mojego towarzystwa, czego nie da się oczywiście powiedzieć o mnie - żarłam (przepraszam za słowo) póki dna w misce nie zobaczyłam. A co do samego smaku - określiłabym go jako wytrawny. Nie zabijają słodkością i podejrzewam, że to był główny argument u moich domowników za tym by wrócić do tradycyjnej wersji herbatników. Jednakże przepis podaję, może znajdzie się tu jakiś wytrawny smakosz, potrafiący docenić smak tegoż ciastka.

Składniki:
25 dag. mąki
10 dag. zimnego masła
1 jajko
3 dag. ziaren słonecznika
5 łyżek miodu
1 łyżka zmielonego maku (ja dodałam niemielonego)
2 łyżki cukru pudru
1/2 łyżeczki cynamonu

Przygotowanie:
Mieszamy pokrojone masło z mąką, jajkiem, makiem, cynamonem i miodem i wyrabiamy ciasto. Wkładamy je na 1 godz. do lodówki. Po tym czasie rozwałkowujemy ciasto na placek ok. pół cm. Wycinamy ciastka i dekorujemy je słonecznikiem. Do wcześniej rozgrzanego piekarnika (180 st.C) wstawiamy przygotowane ciastka i pieczemy je około 15 min. Po upieczeniu posypujemy cukrem pudrem.
Na moich cukru pudru zabrakło bo nie lubię takich "usmolonych" ciastek. Mak dodałam w całości, a nie zmielony. Być może te dwie rzeczy zadecydowały o tym, że ciastka były raczej wytrawne niż słodkie w smaku. Mi jednak smakowały.





Życzę smacznego!
PR

środa, 9 grudnia 2015

Przygody z książką 3: rodzic na 5 minutowym urlopie

Rodzi się dziecko, a wraz z nim rodzi się miłość do niego, potrzeba zaspokojenia jego poczucia bezpieczeństwa i obowiązku, by pokazać mu świat i nauczyć podstawowych zasad funkcjonowania w nim. Przynajmniej tak jest przy pierwszym, przy drugim jeszcze nie wiem. Każda nowa umiejętność, każdy nowy krok milowy było jak zdobycie nowego, wielkiego szczytu. Okraszone chwilą chwały. 
Po czym zorientowaliśmy się, że nasze dziecko jest już na tyle wyszkolone i umiejętne, że potrafi nam także napyskować, w rasach zwierząt egzotycznych nas przewyższa wymądrzając się w naszym towarzystwie na wycieczce w zoo, a jej łatwość mówienia sprawia, że my do słowa dojść nie możemy. I przysiedliśmy, a raczej osiedliśmy na laurach, dając dziecku czas na bycie dzieckiem i zwracając uwagę wreszcie także na siebie nawzajem, a nie tylko na nią.... Dotarło (lepiej późno niż za późno), że czasem tak bywa, że rodzicowi się po prostu czegoś nie chce, a koniec świata to, to raczej nie jest. Dodatkowo przestałam mieć z tego powodu wyrzuty sumienia, a przestudiowawszy lekturę G. Bergstroma "Nieźle to sobie wymyśliłeś, Albercie" zaczęłam się także z tego śmiać.
Najprostsza i najczystsza postać relacji rodzic-dziecko. Znajdziemy tu radość zabawy, ciekawość świata, nieograniczoną fantazję i szczyptę dziecięcego cwaniactwa.
Choć książka jest z przeznaczeniem dla dzieci, bez wahania zaproponowałabym ją także każdemu z rodziców. 
Taka opowieść o tym co się dzieje, gdy tatusiowie chcą mieć spokój, choć całokształt można ogólnie podpiąć pod rodziców, nie tylko pod ich płeć męską.
Wydawnictwo Zakamarki; oprawa twarda, tekst nie za długi, sugerowana cena 24,90, znany polski portal aukcyjny proponuje ją za niecałe 17 zł. Idealna na prezent zarówno dla chłopca jak i dla dziewczynki.
Polecamy i pozdrawiamy PR i Żuk



https://dzikajablon.wordpress.com/2015/10/12/przygody-z-ksiazka-3-blogi-w-projekcie/

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Czytu tu czytu tam czyli PR poleca

Tak jak sobie obiecałam na koniec sezonu, nadrabiam zaległości czytelnicze. Co prawda nie idzie mi to tak sprawnie jakbym chciała, ale nie ukrywam, że czytanie blogów stało się w pewnym sensie moim uzależnieniem.  Zaglądam więc to tu, to tam i wyłapuję teksty, które szczególnie utkwiły mi w pamięci. W związku z tym, że trochę ich się już nazbierało zapraszam na mój niecykliczny cykl tekstów, które według mnie warto przeczytać i zauważyć.
Tekstem, od którego zacznę jest ten o głodzie. Byliście kiedyś głodni? Tak na prawdę? A teraz zastanówcie się nad tym co ląduje w waszych śmietnikach i jeszcze raz odpowiedzcie sobie na to pytanie.... Zapraszam do Matki Polki Fanaberie, na chwilę zadumy.
Jeśli doszliście do wniosku, że wiecie co to jest głód, to ku przestrodze, chwale ojczyzny, w imię sprawiedliwości....albo po prostu bez żadnego powodu przeczytajcie tekst u Karoliny z The Moments of Life. Najlepiej by było jakbyście go dodatkowo udostępnili.....
Gdy już tak poczytamy sobie o życiu i .... życiu, pora by zejść na luźniejsze tematy, coby nie zwariować. Proponuję coś przekąsić. Oczywiście na przekąskę najlepsze słodycze :) Ps. uważam, że mądry rodzic nie odbierze dziecku przyjemności jedzenia słodyczy, mądry rodzic zachęci dziecko do zjedzenia czegoś zdrowszego od tego co proponują nam w sklepach. Świętami zapachniało u Kasi. A że święta tuż, tuż warto przepis wypróbować.
Pozostając w tematyce mądrych rodziców, a właściwie mądrych matek, jak się nie zgodzić z Karoliną, że mądra matka to taka, która potrafi wypośrodkować swoje życie między wszystkie jego elementy? Zapraszam na tekst o śmiertelnej chorobie przenoszonej drogą płciową - pieluszkowym zapaleniu mózgu. Jako dodatek do tego tekstu można przeczytać ten o odwiecznym problemie karmienia piersią. Nie mam nic przeciwko niemu oczywiście, sama go praktykowałam, jednakże nie lubię wpędzania młodych matek w depresję z powodu tego, że nie mogą lub nie lubią. Ciąże są inne, dzieci są inne i podejście do wychowania także, a terrory laktacyjne i wychowawcze powinno się zachować dla siebie i nie wywlekać ich na światło dzienne. Terrorem można przyczynić się do czyjegoś nieszczęścia. Zapraszam do Darii.
Tak, tak, wiem że zgryźliwość mnie ponosi ostatnimi czasy i zbyt często daję upust swojemu ciętemu jęzorowi. Jedno jest pewne nie piszę wszystkiego co ciśnie mi się na usta, bo wtedy pewnie musiałabym zniknąć z internetu. Teksty o komarze i błędach językowych starałam się pisać na prawdę delikatnie. Nie chcę nikomu dogryzać, ani tym bardziej przytykać - sama jestem tak bardzo nieidealna w tym co robię, że nie powiem jak bardzo, żeby nie powiedzieć za mało..... Nie mogłam jednak nie poruszyć pewnych kwestii - nie byłabym w końcu sobą.  Jest kilka blogerek, które na pewno zrozumiały by skąd się biorą moje humorzaste wpisy, jednak dziś nie o tym. W temacie ciętego języka i przyjaźni w blogosferze - wiecie dlaczego uwielbiam wpisy Sary, bo często widzę w nich odbicie swoich myśli.  I choć jestem taka maluczka, że nawet dużego "D" przy nazwie bloger nie mam to doskonale rozumiem co ma na myśli - TU.
Reasumując, miało być pół żartem, pół serio - wyszło jednak bardziej poważnie niż mi się wydawało, że tak będzie. Zapraszam Was do lektury wyżej wymienionych wpisów, bo na prawdę warto.
Pozdrawiam PR





czwartek, 3 grudnia 2015

przeklęte bynajmniej....

Z językiem polskim mam tyle wspólnego co świnia z siodłem, albo i jeszcze mniej. Oprócz podstawowych zasad porozumiewania się za jego pomocą, śladowych zasad ortografii i interpunkcji oraz  wiedzy, że coś takiego jak gramatyka też istnieje język polski to dla mnie czarna magia. 
Już zaczynam drżeć na samą myśl o tym, że moje dziecko wkrótce trafi do szkoły, a gramatyka nie będzie dla mnie tylko grymaśnym wspomnieniem lekcji z podstawówki. Jedno jest pewne, będę musiała uczyć się wszystkiego od nowa. 
Fakt, że nie zajmuje mnie nauka o naszym pięknym ojczystym języku na co dzień, nie zwalnia mnie jednak z obowiązku przeczytania po raz 20 swojego tekstu, który mam zamiar opublikować. Czytam więc, czytam, po 20 albo i więcej razy, w kółko poprawiając, żeby przyzwoicie i estetycznie to wyglądało. Zależy mi na tym, żebyś Ty drogi czytelniku nie pomyślał sobie o mnie i moim warsztacie jak o rozkapryszonej trzynastolatce (nie obrażając oczywiście nikogo w tym, ani podobnym wieku), która nie potrafi składnie przelać swoich myśli na wirtualny papier. 
Klepię te swoje tekściki, czytuje je na okrągło i poprawiam. Znam je chyba wszystkie już na pamięć.  Po jakimś czasie gdy wracam do nich i tak łapię się na tym, że znajduję głupie błędy. Poprawiam je  z nadzieją, że nikt wcześniej ich nie zauważył. Nie lubię jak zwraca mi się uwagę, a szczególnie na takie banalne rzeczy, które tak na prawdę może poprawić po mnie najzwyklejszy word. W sumie to nie znam osoby, która lubiłaby jak jej się zwraca uwagę. 
Wiem, że jeszcze dużo wody w rzekach upłynie zanim nabiorę takiej wprawy i lekkości w pisaniu, żeby nie drżeć za każdym razem po publikacji na samą myśl o fali krytyki za byka ortograficznego czy wyraz użyty w złym kontekście. Mam świadomość powtarzających się "że, żeby, które" i innych słów , których ( ;) ) po prostu nie potrafię czasami niczym innym zastąpić. 
Mając świadomość wielu swoich wad i niedociągnięć nie staram się jednak ukazywać siebie jako blogerowej wyroczni. Być może mam spory zasób wiedzy na pewne tematy, ale wiem, że więcej nie wiem niż wiem. Dlatego też zastanawiam się dlaczego niektórzy za wszelką cenę stawiają się na piedestale i próbują doradzać innym nie pracując nad sobą?
Czytuję wiele blogerek i blogerów. Z biegiem czasu widać kto stara się pracować nad sobą i swoim stylem, techniką i poprawnością. Czy nagminne robienie błędów językowych wiąże się tylko z ignorancją, czy to może zwykłe lenistwo? Internet zalany jest zdjęciami podstawowych błędów jakie popełniamy, a jednak tak wiele osób uznających swoje persony za namiastkę celebryty (bo przecież ma ponad ileś tam tysięcy polubień na FB) nie potrafi zatrzymać się choćby na chwilę i zastanowić nad tym czy jestem poprawny w tym co robię. Blogerze/Blogerko! Nie jesteśmy święci, nie traktujmy swoich osób jako wyroczni! I pracujmy nad sobą....
W moich tekstach znajduje się zapewne wiele błędów, ale na prawdę staram się nad sobą pracować. W komentarzach przez mój ciągły pośpiech często brakuje kropek i przecinków, wychodzi dzięki temu jeden wielki potok słów, niekoniecznie zrozumiały dla odbiorcy. Zdarza mi się zapominać o Ty czy Ciebie z dużej litery. Jednak ja na prawdę się staram i nad sobą pracuję. A Ty?
Pozdrawiam PR

ps.  Pamiętam taką sytuację ze studiów podyplomowych, gdy zaprosiłam do swojego domu koleżankę, która dojeżdżała na nie spory kawałek drogi. Wieczorem odwiedzili nas znajomi, oczywiście była też kolacja i piwko. Wiadomym jest, że alkohol dodaje odwagi i rozwiązuje języki nawet najzatwardzialszym wstydliwcom ( przepraszam, że się tak wyrażę). Gdy tak siedzieliśmy, a ja swym monologiem próbowałam udowodnić, że mówię coś mądrego, koleżanka wyskoczyła przy wszystkich, że zanim spróbuję się wymądrzać powinnam zastanowić się nad słowami, których używam. Bo "bynajmniej" oznacza "wcale", a nie "przynajmniej", które to ja miałam na myśli. Postanowiłam sobie wtedy, że nie dam się więcej tak skompromitować, bo był to dla mnie duży cios, aczkolwiek uzasadniony, koleżanka miała rację. Oczywiście nikomu nie życzę takiego doświadczenia, bo nie miło się robi gdy ktoś nam zwraca uwagę....i to publicznie.