piątek, 27 listopada 2015

Jak Cię bloger nie uje..e to nie może spać!

Zdaję sobie sprawę z tego, że to co za chwilę przeczytacie będzie kulą w stopę także dla mnie. Jakoś tak nie mogę się powstrzymać żeby nie porównać blogera do komara. Pamiętacie taką piosenkę o komarze? Jak nie to ja Wam skutecznie o niej za chwilę przypomnę, a później przejdę do sedna. Słowem wstępu zapraszam do posłuchania.
Cierpiąc na bezsenność dzisiejszej nocy, spowodowaną bynajmniej nie przez komara lecz przez sympatycznego Pana Krzysztofa G., o którym opowiem Wam następnym razem doszłam do wyżej wymienionego wniosku. Właściwie do wniosku tego doszłam dużo wcześniej jednak dzisiejszej nocy nabył on imię. Nie piszę tego tekstu po to żeby ktoś się na mnie obraził, nie po to żeby komuś dokuczyć. Traktuję go trochę z przymrużeniem oka i sama utożsamiam się z tym środowiskiem więc potraktujmy to jak tekst o mnie żeby nikt inny nie musiał się na mnie obrażać.

1. Po pierwsze i najważniejsze jesteśmy takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni, którzy bloga nie prowadzą, z tą różnicą, że analizujemy każdą sytuację życiową trzy razy bardziej traktując ją jako potencjalny materiał na dobry tekst. Dzięki temu kąsamy jak te komary wszystkie niedoskonałości świata codziennego i ludzi go tworzących i wywlekamy na światło dzienne sytuacje, które niejednokrotnie zdarzają się ludziom raz w życiu albo bardzo sporadycznie, potrafiąc rozdmuchać je do tego stopnia, że urastają do tragedii na skalę światową. Jak te komary jak nie ujebiemy choć raz w całej karierze blogowej komentując czyjegoś zachowania nie jesteśmy sobą.....

2. Co do refrenu powiem tylko tyle jak go słyszę to widzę nas na spotkaniach z aparatami i telefonami w światłach fleszy i czasami jak patrzę na ludzi obok to mam wrażenie, że niektórzy mają ochotę przypierdolić nam gazetą.....

3. O szukaniu kobiety do prokreacji to prawie jak o porównywaniu nas do pazernych hien, które wychodzą z założenia, że kto  jest wybredny ten nie rucha (przepraszam za te określenia, ale za dużo sadistica się naczytałam). Z tym się akurat nie zgodzę,  że latamy i naprzykrzamy się wszystkim żeby tylko dostać coś w gratisie i się tym najlepiej pochwalić.....No bez przesady nie każdy jest pazerny i chciwy.....

4. Ostatnie moje skojarzenie porównujące blogera do komara wiąże się z dzisiejszą (niestety nie tylko) nocą. Śpisz sobie spokojnie kolego/koleżanko blogerze, ze świadomością że o 6 rano zadzwoni budzik, po czym o 3 otwierają Ci się oczy, a przed nimi wyświetla się ciut nie projekcja z idealnie ułożonym tekstem, chwytliwym....będzie hit! Nosz kurcze pieczone przecież nie wstaniesz o 3 pisać tekstu, no nie porąbało Cię do końca, jednak on snuje się w myślach i przed oczami, taki idealny i dopracowany. Efektem tego jest Twoje niewyspanie, bo zasypiasz pół godziny przed budzikiem i brak chwytliwego tekstu, bo niewyspanie powoduje, że plączą Ci się myśli w głowie... Natrętny efekt bycia blogerem - bezsenność. Też tak macie czy to tylko ja?

Reasumując nie chciałam nikogo urazić. Ja sama osobiście śmieję się z tej piosenki wstawiając sobie w tekst zamiast komara blogera i śmieję się z tego co napisałam. 
Kochajcie blogerów i blogerki i czytajcie ich teksty, oni na  prawdę się starają!
Pozdrawiam niewyspana PR!
Bzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz

środa, 25 listopada 2015

Przygody z książką 3: dzwonią dzwonki sań

W tym roku jak już pisałam ostatnio wprowadziłam się w iście świąteczny nastrój już w listopadzie. Nie wiem właściwie dlaczego. Może ludziom na starość odbija i ta trzydziestka tak na mnie podziałała. A może po prostu moje postanowienie zmiany nastawienia do życia zaczyna wreszcie  przynosić efekty i obok mojej silnie realistycznej natury przeciąga się cień optymizmu. Dociekać nie będę, mam po prostu nadzieję że zostanie ze mną na dłużej, a najlepiej na stałe.
Jak już również pisałam, Żuk jako idealna kopia tatusia, z charakterkiem mamusi czeka z niecierpliwością na święta tak samo jak ja. Oczami wyobraźni ubieramy już choinkę i coś czuję że stanie ona pewnie w naszym domu już po 6 grudnia żeby móc się nią nacieszyć.
Na wprowadzanie się w świąteczny nastrój mamy też swoje specjalne sposoby jakimi są oczywiście książki. Jakże by mogło być inaczej....? Oczywiście tradycyjnie wierszem pisane jak na zakochane w wierszach przystało. 
Pierwszą propozycją, która towarzyszy nam prawie od samego początku pojawienia się Żuka na świecie są  "Święta" - Andrzeja Górskiego. Krótka, treściwa,  w twardej oprawie i oczywiście w temacie świąt. Kilka rymów bym zmieniła, jednak Żuk ją lubi. Ostrzegam szybko wpada do głowy i nie wiadomo kiedy zaczyna się ją klepać z pamięci.




Drugą Żuk dostała od babci. Czytujemy ją w kółko praktycznie. Bez względu na porę roku przynajmniej dwa razy w miesiącu musi być przestudiowana. W sekrecie powiem, że jest także i moją ulubioną świąteczną książeczką. Sklep z prezentami  wyd. Book House. Książka która wprowadza w życie odrobinkę świątecznej magii.


Mamy też dwie książki, po które sięgamy sezonowo, wraz z rozpoczęciem się grudnia. "Wiersze na Boże Narodzenie" Doroty Gellner, którą Żuk dostała w prezencie od swej cioci i "Anielskie Bamboszki" Zuli Mol, które ja przytachałam z jakiegoś spotkania blogerów. Obie wprowadzają nas skutecznie w klimat świąt. Wiersze są miłe dla ucha i oka.




Co tu dużo mówić - jakbyście mieli problem ze złym nastrojem, albo nie mogli odnaleźć klimatu świąt, polecam odpowiednie lektury.
Wpis powstał w ramach projektu Przygody Z Książką 3.
https://dzikajablon.wordpress.com/2015/10/06/przygody-z-ksiazka-trzecia-edycja-projektu/

Pozdrawiam PR

poniedziałek, 23 listopada 2015

Z życia wsi warmińskiej, czyli gdzie jest śnieg?

Wieś warmińska opustoszała. Nawet słonko odwiedza nas rzadziej ostatnimi czasy. Siedzimy z Żukiem i z utęsknieniem wypatrujemy śniegu. Pierwszy raz od 15 lat mogę powiedzieć, że na prawdę czekam na święta. Jakoś tak mi się zachciało poczuć zapach piernika, choinki, kapusty z grzybami i makowca.....  Zaczęłam już nawet kupować prezenty świąteczne, żeby się z tego pozytywnego nastawienia i nastroju nie wyprowadzać. Żuk została nim zarażona do szpiku kości i codziennie pyta kiedy wreszcie ubierzemy choinkę.
Nawet światełka porozwieszane w sklepach w pierwszych dniach listopada nie przeszkadzają mi w tym roku za bardzo. Ostatnio poszłyśmy do OBI specjalnie po to by pooglądać ozdoby i nacieszyć oczy widokiem choć sztucznego śniegu.  Pozwoliłam dziecku zaszaleć i kupiłyśmy taką małą kulę z misiem w stroju mikołaja i płatkami śniegu. Zawsze chciałam mieć taką, a że nie miałam to pozwoliłam mieć dziecku. To chyba takie typowe dla współczesnego rodzica :)
Tegoroczny wyjazd, odrobinę przyspieszony niż co roku naładował nam wszystkim akumulatory. Odpoczęliśmy, mieliśmy świetną pogodę no i napatrzyliśmy się na góry. Tylko dziecko nasze wróciło lekko rozczarowane gdyż jak się okazało spodziewała się, że spotka kozice górskie, które będzie karmić siankiem..... Dzieci to jednak mają bujną wyobraźnię.
Nadciąga koniec miesiąca, a wraz z nim czwarte urodziny naszej Panny (jak to czwarte chciałoby się rzec, przecież dopiero co się urodziła!). Codziennie zmienia wersję obrazka na torcie, dobrze że choć lista gości pozostaje niezmienna i jeszcze nie oświadczyła mi, że zaprosiła całe przedszkole na weekend, bo chyba mielibyśmy mały problem. Wygórowanych marzeń też na szczęście nie ma - dobrze, że w ogóle jakieś ma - zażyczyła sobie w tym roku aparat fotograficzny. Pomysł, który odpowiada wszystkim, bo być może dzięki temu ten większy aparat - mój aparat - nie ulegnie zagładzie. 
Odcięłam się ostatnio od życia internetowego. Można powiedzieć, że nadrabiam zaległości życia w realu. Przez cały sezon nagromadziło się tyle drobnych rzeczy do zrobienia, że teraz urosły do rangi ogromnych zaległości. Poza tym zbliża się wielkimi krokami koniec urlopu, bo kapusta sama się nie sprzeda, ktoś ją musi do sprzedaży przygotować. Tyle z naszego odpoczynku.... Dobrze, że w ogóle jakiś odpoczynek był :) Do tego dochodzą jeszcze książki nagromadzone przy okazji kupna książek dla dziecka, wszystkie zaległe wizyty u specjalistów, badania które zrobię "jutro", bo przecież nie mam czau i doba jak zwykle staje się za krótka. Przeszłam do porządku dziennego z niedoczasem. Stwierdziłam, że mamy chyba szczęśliwe życie skoro nam tak szybko uciekają dni i nie będę się przejmować tym, że z czymś nie zdążyłam.  Mówi się trudno i żyje się dalej :)
Z nowości powiem, że pierwszy raz od roku mam zamiar powiesić firankę! Żuk zażyczyła sobie ją mieć w swoim pokoju, a ja uległa matka nie potrafię odmówić. Chce kurzołapa niech ma, w końcu to jej pokój. Od razu uprzedzę pytanie - nie, nie pozwalam jej na wszystko, ale w kwestii wyboru prezentu, czy firanki do jej własnego pokoju pozwalam jej decydować. Trochę swobody jeszcze nikomu ne zaszkodziło....
Świątecznie nastawiona już w listopadzie PR
Ps. Dziś na poprawę humoru, Olsztyńska Mistrzowska Szkoła Kamuflażu, tylko w Olsztynie TAKIE fotoradary.....

piątek, 20 listopada 2015

Warmińsko - Mazurskie Spotkanie Blogerów po raz 5

Od miesiąca przebierałyśmy nogami na samą myśl, że znalazł się pretekst do spotkania (przynajmniej ja przebierałam, z tego co mówiła, Ona również). Poprosiłam Ją żeby wysiadła przed Olsztynem. I tak miałam po drodze żeby ją zgarnąć ze stacji (no tabene nie wiedząc gdzie ta stacja się znajduje - szczegół). Zawsze to 20 min. więcej na pogaduchy. Panicznie bałam się, że nie będziemy miały o czym rozmawiać, albo że moja odwaga i otwartość zatną się, a ja nie będę mogła wydusić z siebie słowa... Na szczęście Ona tyle gada, że nawet jakbym się zacięła (co oczywiście nie nastąpiło) to i tak by tego nie zauważyła ;) Powiedziała, że dla mnie wysiądzie nawet w szczerym polu, nie była chyba świadoma swych słów, bo kiedy wysiadła na stacji (a raczej powinnam napisać "stacji") minę miała lekko przerażoną. Chyba trochę uspokoił ją widok mój i mojego samochodu.... Niedziela była idealnym uwieńczeniem tygodniowego urlopu. Spędziłam ją w doborowym towarzystwie mojej językowej guru Matki Prowincjonalnej.
Wspólnie zasiliłyśmy szeregi Warmińsko - Mazurskiego Spotkania Blogerów, które to za sprawą Roksany przyniosło wiele ciekawych informacji. Podstawą spotkania były dzieci i to głównie o nich rozmawiałyśmy przez cały dzień - ubezpieczenia na życie (Pramerica), zasady żywieniowe i błędy popełniane w rozszerzaniu diety u dzieci (Pani dr inż. Hanna Płuszka z Poznania),  Głodni Zmian  zachęcali do wsparcia ich akcji w walce o darmowe porady dietetyczne dla kobiet w ciąży i małych dzieci (więcej informacji i petycja na ich stronie internetowej),oraz stomatologia dziecięca w pigułce - na co zwracać uwagę by zapobiegać próchnicy, a nie ją leczyć (dr Milena Długozima z Krainy Zdrowego Uśmiechu).
Co tu dużo mówić - masa wspaniałych kobiet (jedne z nich wreszcie miałam okazję poznać, z niektórymi po raz kolejny mogłam się spotkać, a niektóre dzięki spotkaniu poznałam), dobre jedzenie, ciekawe wykłady i szczytny cel jakim była licytacja na rzecz podopiecznych Fundacji Przyszłość dla Dzieci. Zwykła, a zarazem niezwykła niedziela....
PR













 O najmłodszych uczestników dbali animatorzy z Groszków i Warmiolandii.








Partnerzy/sponsorzy spotkania:
KD Meble 

czwartek, 19 listopada 2015

Polscy blogerzy dzieciom czyli Bajki Przy Kominku

Przyszła pora na bajkę przy kominku w wydaniu listopadowym. Tym razem Monika postawiła niełatwe zadanie - zobrazować strach. 
Oczywiście u nas tradycyjnie nieskładnym wierszem napisane, bo jakoś tak wymyślanie bajek prozą nie idzie mi za dobrze.....Tak, tak, wiem, że te moje wierszem pisane do błyskotliwych też nie należą, ale lubię doprowadzać rzeczy do końca i skoro się zobowiązałam pociągnąć ten jakże zacny projekt, staram się nie dać plamy i słowa dotrzymywać. 


Strach to potwór, co po cichu
Siedzi sobie gdzieś na strychu.
Wielkie oczy ma, czerwone,
I zębiszcza wytrzeszczone.

Lubi biegać wieczorami,
Za zasłoną, pod łóżkami.
Kryje także się za szafą, 
I w piwnicy i pod ławą.

Strach przybiera twarzy wiele,
Grożą nawet nim w kościele.
Setkę imion mu nadano,
Choć go nigdy nie widziano.

Strach niegroźny jest właściwie,
Ma milutką, miękką grzywę.
Z pomponikiem małą czapkę,
Spodnie w kratkę, na nich łatkę.

Nie wypatruj w nim potwora,
Strach to zwykła nocna mara,
Co ucieka na swój strych,
Kiedy tylko wstaje świt.

Strach to elfik, cichy, mały,
Co po nocach szuka strawy.
Nie chce przy tym dzieci straszyć, 
Bo nie lubi kiedy płaczesz.

Gdy się nocą dzieci boją,
Łóżko mamy i taty ich ostoją.
Tam nie spotkasz strasznej ciemni,
Tylko słodkie sny się snują sennie.


Czytajcie się i śmiejcie się ze mnie razem ze mną..... 
PR

piątek, 13 listopada 2015

Jak smakowały moje lata 90te

Internet jak to już pisywałam nie raz ma to do siebie, że wszystko przyjmie i nie zapomina, nawet o rzeczach, o których byśmy chcieli, bo z biegiem czasu nie wydają nam się takie na miejscu jak w momencie ich umieszczenia w sieci. Niektórzy nazywają go narzędziem diabła, aczkolwiek ja osobiście uważam, że są to głównie Ci, którzy korzystać z niego nie potrafią. Jak to mawiała moja śp. Babcia - całej dupy się nie pokazuje - oczywiście odnosiło się to do stosunków damsko-męskich, a nie internetu, jednakże w myśl idei, że internet jak dziwka każdego przyjmie i z każdym kto za niego zapłaci się podzieli, można to powiedzonko podpiąć także i pod współżycie (w sensie wspólne życie) z internetem. Tak więc narzędzie diabła, zwane powszechnie internetem to swoista skarbnica wiedzy, która oprócz kompromitacji częstokroć przypomina nam również o zdarzeniach, rzeczach i smakach, które umknęły gdzieś z biegiem lat naszej uwadze i zostały zakopane w wielkim kufrze z tyłu głowy z napisem starocie. Tak właśnie siedząc ostatnio i odmóżdżając się przeglądawszy jeden z popularnych portali społecznościowych postanowiłam przypomnieć Wam i sobie smaki mojego (a może i Waszego?)dzieciństwa, o których już dawno zapomniałam....

1. Guma Donald i Turbo - ło matko i córko wykrzyknęliśmy oboje gdy robiąc porządek na stryszku z książki wypadła guma turbo....a raczej to co z niej zostało. Za moich bczasów, kiedy to dostawałam 10 000 i przykaz kupienia chleba, pieniądze te wystarczały na cały bochenek i 1 gumę. A wypad do naszego wiejskiego centrum kultury zwanego sklepem był dzięki temu przyjemnością.... Co prawda o tym internet mi nie przypomniał, ale dzięki internetowi mogę pokazać zdjęcie, cobyście i Wy mogli sobie przypomnieć, lub choć zobaczyć te kultowe przysmaki.... ;)
Oczywiście nie zapomnijmy, że każdy zbierał historyjki umieszczane w środku, a podwójnymi się wymienialiśmy.....

2.Oranżada - koniecznie w ciemnej szklanej butelce i koniecznie czerwona. Najlepiej smakowała na długiej przerwie przegryzana świeżą połówką chleba. Zdradzę Wam w sekrecie, że kiedyś będąc na wycieczce zrobiliśmy sobie z A. takie drugie śniadanie.....ku pamięci lat młodości.... Obowiązkowo jedzone na świeżym powietrzu, najlepszy mebel do konsumpcji tegoż typu jedzenia to oparcie drewnianej ławki ;)

3. Vibovit - pamiętam, że w domu się nie przelewało, a ze słodyczy w dni nie świąteczne był chleb z masłem i cukrem. Swoją drogą smakował obłędnie jak się miało chętkę na coś słodkiego, zdarza mi się do tej pory tak jadać - dziecko moje wtedy patrzy na mnie jak na wariata, a ja....przenoszę się na chwilę jakieś 25 lat wstecz. Vibovit, wykradany mamie z szafki z lekami, przy pomocy krzesła i wspinaczki szafkowo-blatowej. Oczywiście wyjadany palcem z torebeczki, bo jakżeby inaczej.... Jak pierwszy raz kupiłam go Żukowi to oczywiście nie omieszkałam wypróbować go w tenże stary sposób, jednakże nie smakował już tak dobrze jak kiedyś. To chyba wina starzejących się kubków smakowych ;)

4. Bobofrut - chyba każdy choć raz w życiu spróbował.....nie pijałam go często jednak tę szklaną butelkę i smak pamiętam do dziś....


5.Babciny rosół ze swojskim makaronem - oczywiście nie dla tego, że babcia czciła tradycje kulinarne, a z biedy to wynikało, że po makaron nie latało się do sklepu tylko biedna kobiecina cały niedzielny poranek przed mszą spędzała na gnieceniu ciasta i gotowaniu dla całej czerady wnucząt swojskiego makaronu i wielkiego gara rosołu. Jak się ma dużo wnucząt....to trzeba wody do gara dolać. W końcu mąkę się kupowało w młynie na wory, a nie po kilogramie w markecie, a jajka były swoje, bo zawsze jakaś kura po podwórzu latała.... w sumie wszystko było swoje warzywa, mięsko....a vegeta czy inne przyprawy nie istniały. Aż mi ślinka pociekła na samą myśl....

6. Wspominając smaki wczesnych lat 90tych oczywiście należy także wspomnieć o gumach kulkach, które dostawało się do zakupów, bo jakoś tak dziwnie pani sklepowa nigdy nie miała jak i z czego wydać reszty. Oraz oranżadach w saszetkach, obowiązkowo wyjadanych palcem i przyjemnym szczypaniu w język podczas ich konsumpcji. I bułkach słodkich lub pączkach (chwila radości) kupowanych w sklepikach szkolnych.... Bułki słodkie do tej pory kupuję z sentymentu, po czym zasiadam w domu z herbatą i delektuję się ich smakiem, też powodują, że czas się na moment zatrzymuje....

A Wam z jakimi smakami kojarzy się dzieciństwo?
Co najbardziej wyryło Wam się w pamięci?
Pozdrawiam PR

środa, 11 listopada 2015

Przygody z książką 3 - do ju spik inglisz?


Jak już mieliście okazję przeczytać wcześniej ten rok zaowocował nowymi zajęciami dla Żuka - z języka angielskiego. W związku z tym, że nasze przedszkole do najbogatszych nie należy, rodzicom którzy posyłają dzieci do niego w większości także się nie przelewa więc musimy pogodzić się z faktem, że nauka języka zaczyna sie dopiero za rok. Matka zapobiegawczo, w myśl idei "coby córa w moje ślady nie poszła i beztalenciem językowym nie była" posłała dziecię do szkoły rok wcześniej. Oczywiście nie upiekło mi się wcale, bo ktoś z nią musi ten język ćwiczyć. Tak więc ona się uczy i ja przymusowo również.....w sumie nie narzekam.
Oprócz książki zaproponowanej nam ze szkoły sami dokupujemy pozycje, w naszym mniemaniu godne uwagi. Tak oto stworzyłyśmy swój własny słowniczek z języka angielskiego. Znana wszem i wobec Biedronka jakiś czas temu rzuciła w swoim asortymencie fiszki do nauki tegoż języka z kolorowanką. W małym pudełeczku znajdowały się naklejki i mała kolorowanka z tymi samymi obrazkami co na naklejkach. Naklejki można było poprzyklejać na danych przedmiotach przedstawionych na obrazkach, jednakże my umieściłyśmy je w zeszycie, po kolei ucząc się słówek. Kolejnym etapem jest szukanie takich samych przedmiotów w kolorowych gazetach i przyklejanie ich koło naklejki powtarzając jednocześnie słówka. Nasz słowniczek nie jest jeszcze skończony, ale już chciałabym Wam go pokazać. Może komuś z Was spodoba się pomysł i go wykorzysta.




Do kompletu posiadamy jeszcze 3 pozycje, naszym zdaniem godne uwagi. W związku z tym, że ój małżonek twierdzi iż najprostsza nauka języka to ta z obrazkami, wszystkie 3 są na zasadzie obrazek i opis po polsku - angielsku, oraz dla opornych rodziców wyraz tak jak się wymawia, coby języka nie kaleczyć. Wszystkie trzy pozycje mają proste obrazki, przede wszystkim jednoznaczne, tak żeby nie trzeba było się niczego domyślać.
1 i 2 Angielski w obrazkach - Przedsiębiorstwo Handlowo - Wydawnicze Arystoteles sp. j. M. Matusiak
3.Angielski dla najmłodszych - Wydawnicwo SBM 





Wpis powstał w ramach projektu: Przygody z książką 3.
Pozdrawiam PR