piątek, 24 lipca 2015

Matka niczym czarownica wypowiada swoją mantrę

Napisałam kiedyś (TU), że odkąd pojawiła się w naszym życiu Żuk strach urodził, towarzyszy i rozwija się na równi z nią. Strach o jej zdrowie i bezpieczeństwo. Dziś chciałabym jeszcze dodać do tego jedno określenie - strefa buforowa. 
Odkąd zaczęły się katarki, kaszelki i różne inne nieprzyjemne momenty w naszym życiu stałam się dla mojej rodziny taką strefą odseparowującą ich od wszelakiego złego. Wiem, że głupio to brzmi i wcale nie jest w 100% możliwe, jednak ziarnko prawdy znajdzie się zazwyczaj w najgorszym kłamstwie. 
Pierwsze objawy jakiegokolwiek Żukowego przeziębienia  to dla mnie moment, w którym zaczynam powtarzać jak mantrę słowa "niech przejdzie na mnie, byleby ona się nie męczyła". Czaruję sobie tak dniami i nocami powtarzając, że zniosę wszystko dla niej i czasami właśnie tak jest, że po 3 dniach Żuk bryka jak młody źrebak na łące, a ja leżę w łóżku i ręką i nogą ruszyć nie mogę. 
Ostatnie słowa o otwieraniu letniego sezonu chorobowego chyba sama sobie na złość wypowiedziałam i wypisałam. Żuk po 1 dniu katar sprzedała mi, a ja męczę się z nim już 4 dzień i wcale nie czuję się lepiej. Paradoksem jest, że zamiast powtarzać sobie "szybko mi przejdzie", chodzę i powtarzam "oby do niej nie wróciło".
I tak się przy tym zastanawiam czy tak jest zawsze i do końca, że matka na piedestał stawia i stawiać będzie dziecko, zapominając o sobie? 
Przedkładając nad swoje potrzeby i zdrowie swoje dziecko nie czuję się nieszczęśliwa, nie czuję się przymuszona do tego. Jest to dla mnie tak naturalne jak potrzeba oddychania czy picia. W końcu oprócz strachu urodziła się z nią też bezgraniczna i bezwarunkowa miłość. Zupełnie inna niż te poznane do momentu pojawiania się dziecka, za to uzależniająca jak najcięższy narkotyk. Jeśli raz zaznało się takiej miłości, do końca życia ma się potrzebę "zażywania jej". Dobrze, że nie ma na nią lekarstwa i odwyku, szkoda natomiast, że niektórzy nie potrafią jej w sobie odkryć. 
Jakby tak wynaleźć szczepionkę o nazwie "miłość do dziecka" uniknęłoby się wielu niepotrzebnych tragedii.....
Miewam gorsze dni - jak każdy, dni słabości i zwątpienia w sens życia. Miewam dni kiedy mi się nie chce, a układanie klocków jest dla mnie udręką. Jednak po nocy zawsze wychodzi słońce, bez względu na to czy jest ono na jasnym czystym niebie czy za chmurami - w dzień zawsze zaświeci. Tak i po ciężkim dniu powinno się zapalić światło miłości i zrekompensować najbliższym czas swojej niedyspozycyjności. Niczym innym jak poczuciem bliskości i pokazaniem, że są najważniejsi....
Jak to napisała Kasia w swojej nowej książce - w życiu ważne są jedynie wiara, nadzieja i miłość, a najważniejsza z nich trzech jest właśnie miłość....
PR

14 komentarzy:

  1. Z perspektywy matki, która ma już dorosłego syna powiem Ci tylko jedno - człowiek zawsze martwi się o dziecko (ja zaczęłam także o przyszłą synową, która mieszka u nas już prawie 4 lata, a przybyła w wieku, gdy nie miała jeszcze 18 lat - siłą rzeczy traktuję ją jak swoje drugie dziecko).
    Nie zmienia to faktu, że dorastającemu młodemu człowiekowi, trzeba dać swobodę, trzeba pozwolić mu się mylić. Troska pozostaje.
    Wśród ludzi z małymi dziećmi zauważam (z racji swej profesji) nadmierną gorliwość w wychowaniu. Dziecko płacze - syrop uspokajający, dziecko zakaszle - od razu syrop, ma katarek - dramat dla rodziny, choć wiadomo, że trwa on 7 dni i minie. A już prawdziwym nieszczęściem jest posłanie dziecka do przedszkola. Jak wiadomo jest to miejsce prawdziwej wylęgarni bakterii, bo przecież wiele ludzi pracować MUSI, więc posyła do przedszkola chore dziecko. Jedno chore, drugie chore....zaraz całe przedszkole, tym bardziej, że system immunologiczny dziecka dopiero się rozwija, uczy się rozpoznawać bakterie. Siłą rzeczy MUSI chorować. To jest stan najzupełniej normalny. Matki dramatyzują, jak gdyby dziecko cierpiało na jakąś groźną chorobę przewlekłą. Katar to nie choroba - to bardzo pozytywny objaw radzenia sobie organizmu z drobnoustrojami. Wraz z wydzieliną zostaną usunięte poza organizm. Rola rodzica to przede wszystkim rozrzedzanie katarku (woda morska) i ułatwienie jego odciągania (aspiratory kataru lub znany, podpinany do odkurzacza KATAREK).
    Nie trzeba żadnej szczepionki na miłość rodzicielską, a umiaru w okazywaniu miłości trzeba się po prostu....nauczyć ;)
    Pozdrawiam serdecznie młodą mamę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mówiąc o szczepionce na miłość rodzicielską myślałam o ludziach którzy zamykają dzieci w beczkach, zamrażarce, czy wersalce, którzy zostawiają śpiące dzieci w nagrzanym samochodzie i znikają na kilka godzin jakoś tak mnie naszło, choć może nie wyraziłam tego dokładnie. A z resztą Twojego komentarza nie pozostaje mi nic innego tylko sie w 100% zgodzić. Sama jestem panikarą i jak tylko moja Mała kichnie już widzę czarne scenariusze. Ja mam to szczęście że u mego boku jest wspaniały, racjonalny i trzeźwo myślący mąż który szybko sprowadza mnie na ziemię tłumacząc tak jak Ty że katar to jeszcze nie choroba (choć w moim przypadku z katarem dołączyła i ona). My akurat staramy się unikać i minimalizować syropy ale faktycznie też zauważam tę tendencję (ostatnim hitem jest syrop na zmniejszenie łaknienia słodyczy - jakby to po prostu nie można było ich nie kupować i tyle). A co do przedszkola - choć faktycznie jest ono wylęgarnią chorób uważam że jest najlepszym miejscem rozwoju dla dziecka dlatego Żuk zaczęła edukację w wieku niespełna 2 lat.
      A poza tym - jesteś wspaniałą mamą i teściową, taką jak moja która o mnie dba na równi z jej synem Gratuluję Ci!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. A myślałam, ze tylko ja tak mam. Z tymi mantrami, że oby puściło Małą a przeszło na mnie... ufff... jednak jestem normalna :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. uffff i ja jestem normalna jak tak ;)

      Usuń
  3. Chyba każda matka ma takie odczucia jak Ty a najcudowniejsze w tym wszystkim jest to, że potrzeba ochrony dziecka przed tym co złe przychodzi nam naturalnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tez mi się wydaje że to się rodzi w tobie razem z dzieckiem i już pozostaje. Piękne choć wydaje mi się że czasem zapędzamy się za bardzo w tej swojej bezgranicznej miłości....

      Usuń
  4. Ja mam to samo :) Wolę się męczyć i faszerować lekami niż patrzeć jak to moje biedne dziewczę charczy w nocy i spać przez zatkany nos nie może........Aczkolwiek, jeśli ja nie będę miałą siły to kto z nią pokoloruje? Kto poczyta książki? Kto porobi te cholerne branzoletki?? :))) Zdrówka kochana ci życzę! podobno parówki z wody od gotowania ziemniaków świetnie oczyszczaja zatoki!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o widzisz człowiek całe życie się uczy i ponoć głupi umiera ;) ie słyszałam o tych parówkach ale najadłam się znienawidzonej cebuli i jest mi już dużo lepiej. pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  5. Ja przy katarach nie panikuję, bo jesteśmy raczej odporni wszyscy i byle co nam nie straszne, zresztą teraz żyję w kraju, gdzie ludzie się takimi duperelami nie przejmują. Normalne jest, ze dzieci chodzą do szkoły mega zasmarkane i kaszlące do utraty tchu albowiem jeśli nie ma gorączki i choroby zakaźnej typu ospa, świnka etc, to lekarz nie daje zwolnienia ze szkoły (w Belgii tylko zwolnienia od doktora). Do 5 r. ż. nie ma obowiązku chodzenia codziennego, ale też chore maluchy chodzą, bo rodzice pracują (opieka nad dzieckiem jest niepłatna więc to już musi być coś poważnego, by mamy zostawały w domu). Jednak ze względu na to, że Belgowie nie chuchają za bardzo na swoje dzieci to, widzę, że są odporniejsze - niemowlaki nawet zimą w samych skarpetach, bez czapek, starszaki cały rok w trampkach i spodenkach czy kieckach bez rajtuz chodzą do szkoły, leżą na mokrej trawie w marcu, taplają się w błocie na szkolnym podwórku w grudniu (godzinna przerwa co dzień na dworze bez względu na aurę) i chorują tu rzadko - jak epidemia grypy, ospy szaleje to większość zalicza wirusa, ale normalnie kończy się zwykle na paru kichnięciach. Jednak jak moje leżą jak z diabła skóra z gorączką 40 stopni to też mamy z moim mężem takie durne życzenie, że mogło by na nas przejść... Tak, to jest durne życzenie, bo dziecko się pomęczy, ale jest odporniejsze niż 40-letni rodzice, którzy grypę czy anginę przechodzą koszmarnie, a przy tym muszą się zajmować domem i czasem - jak było ostatnio - jeszcze jeździć rowerem w deszcz do roboty, bo przecież człowiek zawsze zachoruje wtedy, gdy zdecydowanie nie powinien iść na chorobowe (czyli np zaraz po półtora miesiąca zwolnienia wypadkowego). Choć powiedzmy sobie szczerze, nasze życzenia, czy chcenia z tym nic wspólnego nie mają. Jako się rzekło - dzieci są zwykle z natury bardzo odporne i zwalczają szkodliwe mikroby w try miga (moja najstarsza od pierwszych miesięcy do teraz - 12 lat - gdy łapie wirusa, to potrzebuje tylko spać i śpi ciągiem noc, dzień i noc z przerwami na siku i picie, bo nawet nie jada wtedy, a gdy się budzi jest zdrowa), natomiast nasz układ immunologiczny ma starą niezaktualizowaną bazę wirusów i my dużo więcej musimy się pomęczyć, zanim pozbędziemy się wroga z organizmu. Podejrzewam też, że mając jedno dzieciątko, rodzice bardziej się niepokoją wszystkimi dolegliwościami niż ci, którzy mają większą gromadkę, co jest oczywiste, bo mając tylko jedną osobę na uwadze, możemy ją dokładnie obserwować i zauważać nawet najdrobniejsze nieprawidłowości. Przy większej grupie nasz czas i uwaga muszą już być podzielone i nie wszystko się zauważy. Z każdym kolejnym dzieckiem mniej przejmujemy się też poszczególnymi rzeczami, bo stają się czymś normalnym, znanym, pospolitym i może dlatego ani moja matka się nie przejmowała śpikiem wiszącym nam do pasa, ani ja nie zwracam uwagi na drobne objawy infekcji u moich dzieci dopóki rozrabiają, krzyczą i bałaganią, bo to znak, że nic im jeszcze nie jest. Zapchany nos tylko w nocy jest wkurzający, bo jak młody nie śpi, to ja też, z tym, ze młody rano wstaje zadowolony i wyspany w przeciwieństwie do mnie. Dziecięce organizmy bowiem dużo szybciej się też regenerują, a bateryjki szybciej ładują :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zauważyłam w wielu europejskich krajach taką tendencję - Dania, Holandia czy Wielka Brytania między innymi, to miejsca w których bardzo podobnie jak opisałaś podchodzi się kwestii wychowana, zdrowia i profilaktyki. My polki mamy wszczepiony jakiś taki nadopiekuńczy gen. Choć to święta racja że jak dziecko jest jedno to poświęca mu się 300% uwagi a jak jest ich już więcej człowiek uczy się selekcjonować sytuacje na ważne i ważniejsze. Jak to prawi pewien żart pierwsze jak połknie pieniążek to lecisz do szpitala, przy drugim czekasz aż wyjdzie a trzeciemu potrącasz z kieszonkowego ;) pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  6. Ja chucham i dmucham na dziecko, ogólnie jestem zestresowaną matką, a strach o małą towarzyszy mi ciągle. I chyba to się nie zmieni, a raczej przybierze na sile.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. myślę że to domena matek naszego pokolenia. Takie jesteśmy....

      Usuń
  7. Wiele Nas łączy :)
    Czytam sobie ten wpis i normalnie, jakbyś pisała o mnie :)
    Gdy moja Hania się rozchorowała (a nawet się nie zapowiadało- tak po prostu z dnia na dzień), modliłam się, żeby szybko poczuła się lepiej, żeby przeszło na mnie i zawsze to powtarzam i powtarzać będę. Dziecko to taka cząstka Nas, tyle, że ta ważniejsza, bo my wiemy, że się uporami nawet z przeziębieniem, a patrzeć na chorujące dziecko to największa katorga dla rodzica.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak to moja koleżanka powtarza to krew z naszej krwi, ciało z naszego ciała i to normalne że jesteśmy stuknięte na ich punkcie....może coś w tym jest!

      Usuń

Cieszę się drogi czytelniku, że chcesz pozostawić po sobie ślad. Proszę jednak o przemyślane dobieranie słów, gdyż odkąd mam dziecko oduczam się przeklinać :)