środa, 29 lipca 2015

Zapach i smak lata

Lato to ta pora roku, która ma dla mnie prawdziwy i niepowtarzalny zapach i smak. Jego smak można wyczuć nawet w powietrzu, a zapach kończy się w momencie jesiennych słot. Pachnie wszystko od przetrawionego kompostownika po powietrze po burzy. Nawet kurz towarzyszący koszonemu zbożu ma swój specyficzny i niepowtarzalny zapach. Najbardziej pachnie wieczór letni, kiedy to owady przestają tworzyć wiatr swymi skrzydełkami i cichnie nagle świat.
Zapach lata, który najbardziej wyrył mi się w pamięci to ten z dzieciństwa. Teraz za każdym razem gdy nadchodzi ta wyczekiwana przez wszystkich pora roku cofam się do tamtych czasów tzw. beztroski. Widzę krzewy porzeczek uginające się pod owocami, babcię robiącą przetwory, tatę pielęgnującego pomidory. Czuję w ustach smak prawdziwego wiejskiego mleka, babcinego chleba i zielonych niedojrzałych jabłek.
Nie ma sensu roztrząsać dni, które minęły. Czas możemy cofać tylko w swojej głowie i tylko od nas zależy czy jest on piękny, smaczny i pachnący.  Pragnę  stworzyć mojemu dziecku piękne wspomnienia, o smaku i zapachu lata. Po to by ona za 30 lat mogła przenieść się w czasie do momentu swojej beztroski i wspomnieć nas z uśmiechem na ustach.  
Jakby to powiedzieć.....  Żeby czegoś się nauczyć i wyciągnąć mądre wnioski trzeba umieć analizować swoje błędy i porażki, bo  w nich zawarta jest największa życiowa prawda. Teraz, w momencie gdy wiele straciłam bezpowrotnie, wiem że więcej zyskałam niż zostało mi odebrane. Dowiedziałam się wreszcie co znaczy żyć chwilą i nauczyłam się każdą z teych chwil celebrować. 

Pozdrawiam PR








poniedziałek, 27 lipca 2015

Recyklingowe zabawy: cud morskiej głębiny

Zupełnie nie wiem dlaczego ze wszystkich możliwych ekosystemów moje dziecko upodobało sobie wodę, a właściwie morza i oceany. Motyw morskich ryb przewija się u nas w zabawach, książkach i bajkach. Żuk zna więcej odmian ryb niż nazw kucyków z My Little Pony - co jest na prawdę nie do po myślenia, bo kolorowe kucyki to jej druga miłość, zaraz po oceanie. Nemo, nie jest u nas Nemem tylko Błazenkiem, a najlepsze wycieczki to podróże do Gdyńskiego Akwarium (znamy je już chyba na pamięć).
Niestety nasza przygoda z rybami w domu skończyła się tragicznie, głownie dla ryb więc zaniechaliśmy z A. dokupowania kolejnych. Właściwie tragicznie zakończył też się żywot samego akwarium więc nawet nie mielibyśmy gdzie ich trzymać.
Żuk jak na mądrą dziewczynkę przystało dała sobie wytłumaczyć, że rybka się rozchorowała i umarła - właściwie o dziwo nawet jej to za bardzo nie ruszyło.
Darowaliśmy jej oględziny i identyfikację zwłok, gdyż ukochana rybka z rozprutym brzuszkiem i  wnętrznościami pływającymi obok niej nie jest widokiem odpowiednim dla niespełna czterolatki.... chyba.
Od razu uprzedzę pytanie - nie, nie grasował w naszej okolicy żaden Kuba Rozpruwacz czy inny seryjny morderca, to koty zaopiekowały się naszą rybką bawiąc się w zabawę "wsadzę łapkę, nabiję rybkę i zobaczę jak wierzga.....".
Trochę przydługi mi ten wstęp wyszedł i nieco drastyczny, jednak chciałabym Wam pokazać dziś czym zastąpiliśmy akwarium. Zrobiliśmy sobie namiastkę oceanu, która nie przyniesie żadnych ofiar śmiertelnych.... mam nadzieję. Choć być może koty zaczną skakać po nią do sufitu i poskręcają sobie karki, jednakże ten scenariusz uważam za mało prawdopodobny gdyż słyszałam, że mają 9 żyć, a patrząc na poczynania i dokonania mojego stada dochodzę do wniosku, że to jednak prawda :)

Materiały: szablon z interesującymi nas elementami; patyczek od wiatraczka lub balona; kolorowa tasiemka; u nas pianka plastyczna - można zastąpić tekturą, którą dzieci same ozdobią; klej - w naszym przypadku kropelka.

* Patyczek przecięłam na pół i związałam tasiemką tworząc na górze uszko do zaczepienia.
* Splotłam potrójnie tasiemkę w 4 warkocze o różnych  długościach robiąc na ich górze supełek i uszko do założenia na patyczek.
* Wycięłyśmy motyw ryb i rozgwiazd z 2 pianek plastycznych w różnych kolorach - u nas żółty i niebieski.
* Koniec warkoczy zawiązałam i wkleiłam w środek elementów sklejając je ze sobą.
* Warkocze założyłam na końce patyczków i przykleiłam klejem by się nie przesuwały.

Nasza namiastka oceanu zawisła pod sufitem przy lampie. Zamiast ryb można umieścić różne inne ulubione motywy Waszych dzieci. Piankę plastyczną można zastąpić wszystkim - od tektury, która np. ozdobią dzieci, po własnoręcznie uszyte materiałowe maskotki. Zamiast warkoczy można wykorzystać sznurki - fajnym pomysłem jest ozdobienie ich kolorowymi kawałkami pociętej słomki do picia. Możliwości jest mnóstwo, wystarczy tylko chcieć. Choć zabawa jest mało recyklingowa, jest dobrym sposobem na zapełnienie deszczowego popołudnia.
Polecamy PR i Żuk







piątek, 24 lipca 2015

Matka niczym czarownica wypowiada swoją mantrę

Napisałam kiedyś (TU), że odkąd pojawiła się w naszym życiu Żuk strach urodził, towarzyszy i rozwija się na równi z nią. Strach o jej zdrowie i bezpieczeństwo. Dziś chciałabym jeszcze dodać do tego jedno określenie - strefa buforowa. 
Odkąd zaczęły się katarki, kaszelki i różne inne nieprzyjemne momenty w naszym życiu stałam się dla mojej rodziny taką strefą odseparowującą ich od wszelakiego złego. Wiem, że głupio to brzmi i wcale nie jest w 100% możliwe, jednak ziarnko prawdy znajdzie się zazwyczaj w najgorszym kłamstwie. 
Pierwsze objawy jakiegokolwiek Żukowego przeziębienia  to dla mnie moment, w którym zaczynam powtarzać jak mantrę słowa "niech przejdzie na mnie, byleby ona się nie męczyła". Czaruję sobie tak dniami i nocami powtarzając, że zniosę wszystko dla niej i czasami właśnie tak jest, że po 3 dniach Żuk bryka jak młody źrebak na łące, a ja leżę w łóżku i ręką i nogą ruszyć nie mogę. 
Ostatnie słowa o otwieraniu letniego sezonu chorobowego chyba sama sobie na złość wypowiedziałam i wypisałam. Żuk po 1 dniu katar sprzedała mi, a ja męczę się z nim już 4 dzień i wcale nie czuję się lepiej. Paradoksem jest, że zamiast powtarzać sobie "szybko mi przejdzie", chodzę i powtarzam "oby do niej nie wróciło".
I tak się przy tym zastanawiam czy tak jest zawsze i do końca, że matka na piedestał stawia i stawiać będzie dziecko, zapominając o sobie? 
Przedkładając nad swoje potrzeby i zdrowie swoje dziecko nie czuję się nieszczęśliwa, nie czuję się przymuszona do tego. Jest to dla mnie tak naturalne jak potrzeba oddychania czy picia. W końcu oprócz strachu urodziła się z nią też bezgraniczna i bezwarunkowa miłość. Zupełnie inna niż te poznane do momentu pojawiania się dziecka, za to uzależniająca jak najcięższy narkotyk. Jeśli raz zaznało się takiej miłości, do końca życia ma się potrzebę "zażywania jej". Dobrze, że nie ma na nią lekarstwa i odwyku, szkoda natomiast, że niektórzy nie potrafią jej w sobie odkryć. 
Jakby tak wynaleźć szczepionkę o nazwie "miłość do dziecka" uniknęłoby się wielu niepotrzebnych tragedii.....
Miewam gorsze dni - jak każdy, dni słabości i zwątpienia w sens życia. Miewam dni kiedy mi się nie chce, a układanie klocków jest dla mnie udręką. Jednak po nocy zawsze wychodzi słońce, bez względu na to czy jest ono na jasnym czystym niebie czy za chmurami - w dzień zawsze zaświeci. Tak i po ciężkim dniu powinno się zapalić światło miłości i zrekompensować najbliższym czas swojej niedyspozycyjności. Niczym innym jak poczuciem bliskości i pokazaniem, że są najważniejsi....
Jak to napisała Kasia w swojej nowej książce - w życiu ważne są jedynie wiara, nadzieja i miłość, a najważniejsza z nich trzech jest właśnie miłość....
PR

środa, 22 lipca 2015

Tupnę nóżką, stanę na głowie i znajdę koniec tęczy

Mam marzenie. Kto z nas ich nie ma...? Jest ono bardzo realne - takie do osiągnięcia, w sumie nawet bez dużego wysiłku. Bardzo namacalne, a jednocześnie tak odległe i niemożliwe, że aż irracjonalne. Przywykłam do tego, że jak sobie coś w życiu postanowię i czegoś na prawdę mocno pragnę, to choćbym miała stanąć na głowie i stać tak przez bity tydzień bez przerwy to, to osiągnę.... Jednak mojego marzenia nie mogę spełnić teraz choćbym nie wiem jak bardzo się starała.
Wstaję rano i myślę o nim, kładę się wieczorem i myślę o nim, łapię się na tym, że wykonując swoją pracę, myślę o tym, że nie mogę mieć tego czego chcę. Czuję się jak mała rozpieszczona  dziewczynka w sklepie ze słodyczami, której nie chcą kupić cukierka. Brakuje mi jeszcze tupnięcia nóżką i wylania potoku łez wielkich jak dojrzały groszek.
Nie umiem czekać cierpliwie i to jest mój problem. Wiem, że będę miała to czego pragnę, jednak dopiero za jakiś czas. Nie wystarcza mi świadomość tego by poczuć się usatysfakcjonowana faktem osiągnięcia celu. Jak rozkapryszone dziecko. W końcu obietnica spełnienia to jeszcze nie jego osiągnięcie....
Wystarczyłoby tylko cieszyć się małymi sukcesami, metodą małych kroczków dążyć do celu nie bacząc na czas jaki to zajmie. A później.... a później pozostaje tylko radować się kolejnym zwycięstwem i postawić sobie nowy cel. 
W gorącej wodzie kąpana - to chyba dobre określenie mojej osoby. Można jeszcze dodać uparta i narwana. Nie wiem jak zapełnić czas, który mnie dzieli od tego co chcę osiągnąć, wiem jednak, że nie spocznę dopóki tego nie będę mieć.
Mówią, że o marzeniach nie wolno mówić głośno bo się nie spełnią. Nie wolno ich głośno wypowiadać.... Nie wypowiadam więc. Wstaję rano i o nim myślę, kładę się wieczorem i o nim myślę i choćbym miała stać tydzień na głowie to je urzeczywistnię. Znajdę wreszcie swój prywatny koniec tęczy, będę mieć wtedy swojego prywatnego krasnala z jego prywatnym garnkiem złota. Poproszę go wtedy by zamiast tego złota dał mi to o czym marzę. 
A później będę się cieszyć i postawię sobie nowy cel w życiu, do którego będę równie uparcie dążyć, bo czymże byłoby nasze życie bez marzeń i celów, które sobie stawiamy?
Pozdrawiam słonecznie!
Zarobiona po uszy PR!

piątek, 17 lipca 2015

Ciasto jogurtowe

Letni sezon chorobowy uważam oficjalnie za otwarty. Jakiś gil się przyplątał Żukowej Panience i dzisiejszy poranek przywitaliśmy chusteczkami. Nie bardzo mnie to cieszy, i mam nadzieję że nie przyjdzie nam rozpoczynać wakacji 2 tygodnie przed czasem. Zważywszy na fakt, że przedszkole w sierpniu zamknięte, a pracy dużo, mogę rzec tylko tyle.... znowu pod górę? Nie ważne - łudzę się tym, że tak szybko przejdzie jak i przyszło i poniedziałek przywita nas zdrowym okrzykiem radości bez cienia kataru - o ja naiwna... ;)
Przedweekendowo chciałabym jak zwykle pokusić. W związku z tym, że wczoraj zawitały w naszym domu leśne jagody nie mogło obejść się oczywiście bez ciasta. Tradycyjnie łatwe, proste i przyjemne, bo do tych bardziej wymyślnych ja się jednak nie nadaję.

Ciasto jogurtowe z owocami:
150g. jogurtu naturalnego
4 jajka
2/3 szkl. oleju
2 szkl. mąki
1 szkl. cukru
2-3 łyżeczki proszu do pieczenia
szczypta soli
cukier puder do posypania gotowego ciasta - ja nie używam i nie stosuję bo nie lubię
2 garści owoców - u nas jagody

Składniki wrzucamy do miski (oprócz owoców) i miksujemy 3 do 5 min. na gładką masę. Piekarnik nagrzewamy wcześniej do 180 st.C. Wlewamy ciasto do formy, wsypujemy na wierzch owoce i pieczemy około 45 do 60 (w zależności od piekarnika) min.
Życzę smacznego, ciepłego weekendu!
Pozdrawiam PR!







środa, 15 lipca 2015

Wyznania nałogowego zakupoholika

Spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem zbitego psa i wydałam z siebie cichy jęk, coś w stylu "takie piękne i mogą być takie moje". Złapał się za głowę i wyburczał, że jestem nienormalna, że przecież mamy i uzależniona w dodatku. Na szczęście kilka dni wcześniej jeden z naszych ulubionych, zazwyczaj stosowanych do porannego pobudzenia się kawą pękł na jego oczach. Na szczęście był bardzo podobny do tych, które zakuły mnie w oko. Stałam i patrzyłam raz na Niego raz na nie. Z zawadiackim uśmiechem odrzekł "no weź, jeszcze trochę miejsca w szafce mamy, przecież wiem, że i tak po nie przyjedziesz". Wzięłam, mam, takie piękne i takie moje. Witam! Mam na imię Ilona i jestem nałogowym zakupoholikiem kubkowym.
Pora chyba przyznać się do nałogu i zacząć go leczyć, gdyż najgorsze w tym wszystkim jest to, że kupuje je w ilościach najbardziej niepraktycznych na świecie - albo 4 albo 1 i zazwyczaj mając gości wystawiam cały przegląd szafki na stół, który w tym momencie zaczyna się mienić barwami folkloru prezentując kubki "każdy z innej parafii".
Mam jeszcze jeden nałóg. Na ten już nawet A. nie zwraca uwagi. Wie, że bez sensu jest z nim walczyć bo i tak nie wygra. Kupuję nałogowo książki, dla Żuka. A później siedzimy i czytujemy w kółko przez miesiąc te nowo zakupione. Ona się cieszy, ja się cieszę, A. ma spokój.... no chyba, że Żuk wymyśli, że jest akurat kolej taty do czytania....to wtedy spokoju nie ma. 
Z dwojga złego analizując jakie można mieć nałogi dochodzę do wniosku, że lepiej kupować kubki i książki niż popijać w samotności, lub popalać gdzieś za rogiem. Taką książkę jak się znudzi zawsze można wykorzystać jako podkładkę pod bujający się stół....a w kubku nasadzić kwiatków, albo ziół....
A tak na prawdę te kubki i książki same się do mnie uśmiechają, gdy przechodzę obok zaczynają szeptać "weź mnie, jestem Ci potrzebny"..... hahaha
A Wy? Macie jakieś nałogi? Fanaberie? Zboczenia?
Czy tylko ja jestem nienormalna?
Pozdrawiam serdecznie, bogatsza w 4 nowe kubki i 1 nową Żukową książkę PR!

poniedziałek, 13 lipca 2015

Nadmorska szanta o......kupie

Taka praca chciałoby się rzec myśląc o morzu latem. W czasie gdy Wy wygrzewacie kości na nadmorskich plażach, my zaczynamy pierwsze zbiory. Nie, nie narzekam, ale wypadłoby jakoś ten tekst zacząć. To co napisałam nie oznacza jednak, że nasze dziecko nigdy nie ujrzy morza latem i nie poczuje tej cudownie "ciepłej" morskiej wody na własnym ciele. Zdarzają sie takie dni, że możemy wyskoczyć na plażowanie, a że dystans niewielki mamy do pokonania, to z nich korzystamy. Plusem pracy jest to, że możemy taki dzień zorganizować w tygodniu, dzięki czemu omijają nas weekendowe korki i tłok.
Tak też uczyniliśmy ostatnio. Poukładaliśmy sobie pracę na tyle sprawnie, że udało nam się wygospodarować dzień, nad morzem - wstrzeliliśmy się w pogodę na szczęście. Wyruszyliśmy trochę większą ekipą niż nasza trójka w myśl idei im nas więcej tym weselej. 
Cała wycieczka i pobyt nad morzem z pozoru nic ciekawego do opisywania. Ot kolejny udany dzień w doborowym towarzystwie.
Nasunęła mi się jednak pewna myśl, która nie daje mi spokoju. 
Jak wiadomo nie od wczoraj nie jest prawdą, że chłopcy puszczają bączki, a dziewczynki motyki. Każdy ma potrzeby, nota bene fizjologiczne, całkiem naturalne. Siedząc na plaży pół dnia, cały dzień, czy choćby tylko 2 godziny normalnym jest też, że zew natury da o sobie wreszcie znać, a potrzeba się odezwie. Skoro człowiek MUSI mieć zapewniony dostęp do czystej wody pitnej, bo to jedna z jego podstawowych potrzeb do życia, to ja się pytam (bo prawnikiem niestety nie jestem i nie wiem) nie musi mieć zapewnionego łatwego i BEZPŁATNEGO dostępu do miejsc, w których da upust naturze? Czy na prawdę każda plaża, każdy szlak turystyczny, ZOO i wszelakie atrakcje mające na celu integrację rodzinną i propagujące wspólne spędzanie czasu muszą być opatrzone płatną toaletą?
Zapewne mój wywód zostanie potraktowany jak jeden z wielu dotyczących przebierania dziecka w autobusie czy restauracji, bo przecież o kupie się nie mówi, kupa jest pase.... Śmierdzi i w ogóle wstyd przecież jak ktoś puści bąka, czy tam motylka (jak wolicie)! Jednak myślę, że powinno się wreszcie zacząć mówić o tym, że płatne toalety i cały szereg toitoi na plaży pozamykanych na kłódki to ograniczanie wolności i swobody człowieka....Dlaczego mam płacić 2,50 za to, że zachciało mi się sikać?
Ostatnio w naszym cudnym mieście wojewódzkim pojawiły się wielkie reklamy, których hasła grzmią, że "być tatą to być z dzieckiem". Podejrzewam, choć nie dam sobie za to ręki uciąć, że to kolejna nic nie wnosząca w nasze życie kampania środowisk katolickich sponsorowana oczywiście z naszej kieszeni - no bo jakby to było inaczej. Tak na prawdę do końca nie wiem i za bardzo mnie to nie obchodzi. Myślę jednak, że pieniądze wydane na takie kampanie mogłyby zostać przeznaczone na toalety w miejscach publicznej rozrywki rodzin. Zasiliły by pożyteczny cel spełniania potrzeb fizjologicznych wielu osób, ograniczyły by wyrastanie papierzaków w zadrzewieniach i zakrzewieniach blisko plaż i nie wzbudziły by wyrzutów sumienia w żadnym ciężko zarabiającym na życie i rodzinę ojcu.
Ot takie przysłowiowe, moje pięć groszy o kupie....i nie tylko.
Pozdrawiam PR

piątek, 10 lipca 2015

"Winter is coming"

Mówią o nim drzewo łagodności i miłości. Jan Kochanowski nadał jej cechy gościnności.  Swym słodkim zapachem przyciąga pszczoły obdarzając je obficie nektarem. Choć określana jest jako nietrwała to właśnie z niej powstał podziwiany przez wszystkich ołtarz Wita Stwosza. Lipa, bo o niej mowa właśnie obdarza nas swoim największym bogactwem. Jest w pełni kwitnienia.
 Kwiatostany lipy zawierają w swym składzie oprócz olejków lotnych, związki flawonowe, śluz, węglowodany, kwasy organiczne oraz witaminy.  
Przypisywane jej są głównie właściwości 
- wykrztuśne,
-  napotne, 
- przeciwskurczowe, 
- żółciopędne 
- i moczopędne.  
Znajduje zastosowanie przede wszystkim w leczeniu nieżytów górnych dróg oddechowych, grypy i anginy.
Najbardziej wartościowe są pierwsze kwiaty, młode - nie oznacza to jednak, że te późniejsze nie mają właściwości leczniczych. 
Zerwanych kwiatów nie należy zgniatać. Suszymy w przewiewnym i zacienionym miejscu - bardzo dobrze jako podkład do suszenia  sprawdzają się gazety typu Olsztyńska, lub można suszyć ją w rozwieszonej firance. Ważne żeby nie robić tego w pełnym słońcu - ta zasada tyczy się wszystkich ziół.
Napar z lipy bardzo dobrze smakuje podawany z sokiem malinowym.
 Lipa jest podstawowym ziołem naszej domowej apteczki. Żadne przeziębienie zimą nie może się obejść bez herbaty lipowej. Zachęcam doo zbioru i stosowania ,zawsze to lepsze niż tona lekarstw i antybiotyków.
Pozdrawiam PR

środa, 8 lipca 2015

Goracy dzień chwały

Niedziela była dniem zwycięstwa, dniem chwały....gorącym dniem. 
Pomimo 37 st., choć momentami miało się wrażenie, że jest ich znacznie więcej, niedzielne południe stało się dla mnie i dla ponad 150 osób aktywną chwilą chwały. Moje półroczne przygotowania sprawiły, że choć z nikim się tego dnia nie ścigałam to wygrałam. Sama ze sobą, z własnymi słabościami, z pogodą.... Stanęłam na mecie jako mistrz choć nie pierwsza. Przebiegłam 6,2 km. w Barczewskim Biegu  w 37 stopniowym upale. 
Po ostatnich treningach myślałam, że będzie to dla mnie bułka z masłem - przecież przebiegałam  6,5 km. bez większego wysiłku i zatrzymywania się.... Nie muszę się chyba za bardzo rozpisywać na temat tego, że jak zwykle byłam w wielkim błędzie. Dzień przywitał nas upałem i duchotą już o 7 rano....  Schodząc do łazienki źle postawiłam stopę na schodach - trochę z niewyspania, trochę z niezgrabności, trochę bo tak..... Wygięła mi się i naciągnęło lekko ścięgno. Poprawiłam biegnąc po aparat zorientowawszy się, że nasza pszenica służy za legowisko całemu stadu jeleni.... Nie zniechęciło mnie to jednak, nasmarowałam się maścią przeciwbólową i wraz z Sylwią, Karoliną i Klaudyną pojechałyśmy zmagać się z trasą, pogodą i własną niemocą. 
Czwarty kilometr uwieńczony dość pokaźnym podbiegiem był przełomowy - przełamała mi się cała chęć walki i miałam zamiar dojść do mety pieszo. Teściowie wiedzieli jednak w jakim miejscu się ustawić do kibicowania bo zdobywszy górkę i zobaczywszy babcię machającą i krzyczącą, że dam radę wstąpiły we mnie supermoce.
Na szczęście dałam, a największą nagrodą na mecie były dwa Żuki, które spektakularnie wbiegły razem ze mną, mój mąż jak rasowy paparazzi i I z R i wielkim transparentem "Brawo ciocia Ilona". 
Życzę wszystkim takich zwycięstw. Głównie dlatego było ono tak wyjątkowe i bezcenne.
Pozdrawiam PR

ps. Chciałabym dodać jeszcze tylko, że byłam pod wielkim wrażeniem strony technicznej i organizacyjnej całej imprezy. Choć nie mam porównania do innych imprez uważam, że  organizatorzy Barczewo Biega zasłużyli na niejeden medal. 





































piątek, 3 lipca 2015

Bloger widmo

Zostałam blogerem widmo. Pojawiam się i znikam. Jakoś tak nie po drodze mi do komputera. 
Są takie etapy w moim życiu,  że albo odnajduję się w realnym świecie, a w tym sieciowym tylko przemykam niepostrzeżenie, albo bardziej realnie czuję się w internecie, a ten prawdziwy świat mnie przytłacza.... 
Weszłam na ten etap prawdziwej realności. Proza życia mnie wciągnęła. Zapewne mi się odmieni jak zrobi się ciemno już o 15stej, zimno i mroźno, pracy trochę mniej, a czasu ciut za dużo.....
 Jak już podczytuję i podglądam Was w sieci to robię to w telefonie gdyż odwyk, to odwyk. A jak wiadomo nie od dziś - telefon to odrębna jednostka, żyjąca swoim własnym życiem. Jego przemądrzałość i chęć poprawiania mojego każdego słowa powoduje, że nawet komentarzy nie pozostawiam po sobie , bo przecież ON wie lepiej co JA chciałam napisać. Sens moich wypowiedzi zostaje całkowicie zaprzepaszczony, tekst robi się nieczytelnie nielogiczny, a ja ciskam tą odrębną jednostką o stół, parapet, łóżko, czy co tam mam jeszcze pod ręką i pokazując mu środkowy palec burczę pod nosem, że mam go w głębokim poważaniu....
Z nowości dodam tylko jeszcze, że moje słowa i obietnice zaczynają znaczyć mniej więcej tyle co zeszłoroczny śnieg, gdyż za każdym razem gdy mówię, że "zaraz przyjdę, tylko położę Małą spać" kończy się na tym, że zasypiam szybciej niż ona.... O! ciekawym też jest fakt iż codziennie teleportuję zabawkowego szczura do pokoju Żuka i codziennie rano budzę się z nim, przyklejonym do mojej twarzy.... 
Nagły skok temperatur powoduje, że przyroda zaczyna odżywać, polecam obserwować lipę, która ma zamiar w najbliższym czasie rozkwitnąć. Polecam również pozbierać jej kwiaty na zimową, antygrypową herbatkę - nr. 1 na liście koniecznych i obowiązkowych ziół w domowej apteczce. 
Oczywiście w miarę możliwości starajcie się zbierać zioła z dala od dróg, szlaków komunikacyjnych czy jak to tam jeszcze można nazwać. Niestety istnieje ryzyko, że te znajdujące się przy drogach mogą być zanieczyszczone np. metalami ciężkimi i wtedy to co teoretycznie miało pomóc staje się trucizną. Chęć pozbierania ziół może być za to dobrym pretekstem do wyprawy całą rodziną za miasto - jeżeli w ogóle ktokolwiek potrzebuje pretekstu do takiej formy spędzania wolnego, wspólnego czasu.
Pozdrawiam Was serdecznie i słonecznie życząc udanego weekendu!
PR

środa, 1 lipca 2015

Śródziemnomorska kapusta

Pierwszy raz miałam z nią styczność dawno temu, gdy chwyciłam w sklepie gotową mieszankę do surówki, chcąc szybko zrobić zakupy i przygotować kolację przed przybyciem gości. Dopiero w domu zorientowałam się co kupiłam i że nie bardzo wiem co to jest.... Wstyd? 
Od tamtego czasu dość regularnie towarzyszy naszym posiłkom, choć na jej uprawę jeszcze się nie decydowałam.... To już jednak dawno zostało ustalone - małoobszarowa uprawa nie do końca idzie mi dobrze, a na wielkoobszarową uprawę tegoż warzywa w naszym kraju jest chyba nadal za wcześnie.
Pochodzi z rodziny kapustowatych, jest rośliną jednoroczną, charakteryzującą się ponoć szybkim wzrostem i niskimi wymaganiami uprawowymi. Cechuje ją ciekawy smak i aromat, a także różnorodność wykorzystania w kuchni. Przypisywana jej jest wysoka wartość odżywcza i właściwości prozdrowotne.
O czym dzisiaj?
O śródziemnomorskim, trochę zapomnianym, trochę niedocenionym warzywie zwanym rokiettą siewną, lub inaczej rukolą!
Rukola to bogactwo witamin z grupy B oraz A, K i C. Przypisuje im się właściwości wzmacniające i regenerujące organizm. Ponadto stanowi również źródło antyoksydantów, opisywanych w literaturze jako związki hamujące rozwój komórek rakowych, oraz składników mineralnych - m. in. potasu, żelaza, magnezu, wapnia. Dodatkowym jej atutem jest regulacja procesów trawienia i brak negatywnego wpływu podczas spożywania przez osoby z wrzodami żołądka. Duża zawartość błonnika i niska kaloryczność - argumenty przemawiające za stosowaniem jej podczas diety odchudzającej.
W starożytności uważana była za afrodyzjak! 
Przekonałam Was choć trochę?
Stosujecie? Lubicie? Może uprawiacie?
My spożywamy, bo lubimy, a w związku z tym, że lubimy to i polecamy!
Pozdrawiam PR!