środa, 3 czerwca 2015

Zakazane słowa i "łan kozie ded"

Ostatnio odnoszę wrażenie, że moje bieganie jest tylko i wyłącznie argumentem do tego by  bezkarnie "żreć" słodycze. Im bardziej się staram tym więcej cukierków ląduje w moich ustach. Nawet fakt, że trafiłam na galaretkę, która w założeniu miała być cytrynowa, a trącała tranem nie uprzykrzył mi jedzenia słodyczy. Nie wiem co musiałoby się stać i jakich argumentów musiałabym użyć żeby przestać. Odnoszę wrażenie, że jest to gorszy nałóg niż palenie papierosów....Od palenia to przynajmniej człowiek chudnie, a ja niedługo nie zmieszczę się w drzwi do sypialni....pół biedy jak nie będę mogła z niej wyjść - w końcu mam wygodne łóżko. Gorzej będzie jak zaklinuję się w kuchni i nijak nie będę mogła wpasować się do pokoju sypialnego. Wizja spania na stole kuchennym lub na twardych panelach podłogowych mnie trochę przeraża, ale tylko trochę, nie do tego stopnia żeby przestać wyjadać słodkości.
Jak to mówią każda akcja rodzi reakcję. Więc za każdym razem gdy tylko myśl nasuwająca pomysł diety przejdzie przez głowę reakcja jest odwrotna do oczekiwań. Im bardziej chcesz przestać, tym bardziej frytki i cukierki..... Nie wiem czy rozumiecie....
Słowo dieta wywołuje u mnie wilczy głód i owczy pęd za jedzeniem. Wychodzi ze mnie druga natura, obżartucha oczywiście i nie mogę powstrzymać się od jedzenia. Jem choć już nie mam gdzie wcisnąć...Od razu uprzedzam - badam się regularnie, wspólników nie mam....
Doszłam więc do wniosku, że być może problem leży w słowie. Więc od dziś próbuję zastąpić słowo dieta innym, takim, które by wcale nie przypominało tego od teraz zakazanego.... tyle tylko, że nie wiem jeszcze jakim, bo nie znalazłam odpowiedniego, które sugerowało by ograniczenie jedzenia i nie przypominało tego od teraz zakazanego.....
Dodam jeszcze, że mam cudne koleżanki, a szczególnie taką jedną, która WCALE nie zmusiła mnie do zapisania się na Barczewski bieg na ponad 6 km. Mam nadzieję, że stanie się to moją motywacją i przynajmniej do 5 lipca się trochę opanuję....Wstydem byłoby nie dobiec, choć i taką opcję biorę pod uwagę. Zważywszy na fakt, że po 3 kilometrach pluję płucami wszystko może się zdarzyć......
Może ktoś jeszcze ma ochotę zapisać się na bieg - Barczewo Biega 2015? Stworzymy swoisty blogerowy drim tim! Jeśli tak to zapraszam na stronę - TU. Ponoć w kupie raźniej..... ;)
Pozdrawiam serdecznie i miłego długiego weekendu (kolejnego chciałoby się rzec!).
PR

23 komentarze:

  1. Co to za niedobra koleżanka tak Cię wzięła i zmusiła

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja niestety po swoim przytyciu miałam tak słabą kondycję, że pierwszy bieg wyniósł 200 metrów, po czym musiałam 5 minut odpocząć na ulicy ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zaczynałam identycznie - dlatego biegałam początkowo w nocy, bo mi wstyd było ;)

      Usuń
  3. Pewnie się wymądrzam ale problem ze słodyczami sam się rozwiązuje kiedy się ich po prostu nie kupuje. Wtedy nie ma co kusić i jak się zachce czegoś słodkiego to nie ma po co sięgnąć. A komu by się chciało o po jednego batonika jechać o 22 do Barczewa :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. problem w tym że jak się ma dziecko to się ma słodycze bo wszyscy dobrzy wujkowie i wszystkie dobre ciocie zawsze coś przywiozą, a że dziecko ma ograniczony dostęp do ów smakołyków.....to rodzice się pasą.....ja na prawdę nie kupuję!

      Usuń
    2. To rzeczywiście problem cóż pozostaje zakopywać w ziemi daleko od domu jak skarby, oczywiście żart :P

      Usuń
  4. Witam :-) Również ostatnio zaczęłam biegać nie wiem dlaczego ale jest to również dla mnie męczące .... od dziś zaczęłam co rano robić przysiady , na razie po 50 ale chcę zwiększyć ... Pozdrawiam i trzymam kciuki za wytrzymałość w postanowieniu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no ja daję radę już od lutego w sumie.....jeszcze daję radę. Jak nie biegam to właśnie robię przysiady. Ostatnio po 80-ciu miałam takie zakwasy że chodzić nie mogłam ;) pozdrawiam również i również wytrwałości życzę!

      Usuń
  5. Mam ten sam problem ze słodyczami :) Jak ja się zaprę to nie jem, a mąż je za 10-u, ale jak mąż postanowi, że słodycze są be, to ja jem za 10-u. No i właśnie mam taki etap, że mąż nie je :D Chociaż staram się pilnować i ograniczać.. przyznaję nie zawsze wychodzi :D ..a w lodówce wszystko co czekoladowe na mnie patrzy.. masakra.. ale nie poddaję się i nie otwieram :D bo to bomboniery - a wiem, że pochłonęłabym wszystko ..aaa no i słowo "dieta" jest dla mnie straszne :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tylko jak je zastąpić, żeby nie było aż tak straszne? Mój mąż potrafi pochłonąć tyle słodyczy.....że nawet ja tego nie potrafię..... Obydwoje jesteśmy łasuchami.....tak jak i Wy.

      Usuń
  6. Ok, rozumiem Cię w 100% a może i 220% ja, dziwnym trafem, jak przechodzę na dietę to automatycznie ty je. Dziwna zależność, w pierwszej fazie tłumacze sobie ze to wynik gromadzenia się wody w organizmie, w drugiej rezygnuje i tyle z mego odchudzania ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ooooo właśnie - mówisz dieta i pach +2; myślę że to słowo jest przeklęte....musimy je zmienić!

      Usuń
  7. Ojej jak ja bym przebiegła 3 km to rodzinka już by dawno mnie na cmentarzu odwiedzała. Przejść to mogę i z 30km,ale biec? No way.
    Co do diety to zdarzyło mi się być tak poważnie dwa razy na diecie, raz w ciąży i raz rok po ciąży, obie diety zakończone spektakularnym sukcesem. Niestety kiedy teraz chcę wrócić na dietę to mam dokładnie tak jak ty z tym, że dla mnie słodycze mogą nie istnieć, ale przed jedzeniem w ogóle okrutnie ciężko jest mi się powstrzymać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jedzenie to mój nałóg, kocham jeść! niestety miłość jest ślepa - i stwierdzenie to w tym przypadku w 100% się zgadza.....

      Usuń
  8. Ja pół życia jestem na diecie, więc na mnie to słowo nie działa, za to słodycze, które są w domu, już niestety tak. Raz się opieram, innym razem nie i wygląda na to, że będę musiała się z takim stanem rzeczy pogodzić :). Dieta poczeka ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. z drugiej strony, czy to tak zdrowo odmawiać sobie przyjemności? ;)

      Usuń
  9. Słodycze...kto je wymyślił?! To przez nie chodzę w długich spodniach, bo wstydzę się założyć krótkie i pokazać swoje uda.

    OdpowiedzUsuń
  10. Haha uśmiałam się- miałam to samo- niby człowiek na diecie a je dwa razy więcej niż bez diety...mój kolega na diecie zamiast chudnąc przytył 5 kg :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Spróbuj tą diete o której Ci wspominałam - ja po niej troszkę mniej rzucam się na słodycze co dla mnie jest duzym sukcesem :)

    OdpowiedzUsuń
  12. O Boże, jak bym czytała o sobie, pomijając jedynie fragmenty dotyczące biegania ;)Jestem słodyczoholikiem o beznadziejnych rokowaniach :)

    OdpowiedzUsuń
  13. A może... rozsądkowe ograniczanie dostarczania energii organizmowi- w skrócie RODEO, więc tłuszczyk się nie domyśli i może nie będzie przyrastał zamiast znikać ;)

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się drogi czytelniku, że chcesz pozostawić po sobie ślad. Proszę jednak o przemyślane dobieranie słów, gdyż odkąd mam dziecko oduczam się przeklinać :)