piątek, 29 maja 2015

Komercyjne życie pod publiczkę.

Nienawidzę komercji i robienia pod publiczkę.

Gdy byłam mała i chodziłam z mamą do kościoła starsze Panie za obrazę majestatu uważały odwrócenie się tyłem do ołtarza.... a później na religii słyszałam, że Bóg jest wszędzie i nie trzeba go wielbić pod postacią figury czy obrazu. Gdzie sens i logika?

Najbardziej komercyjne i dochodowe święto - Walentynki jest dla mnie idiotyzmem (przepraszam nie chcę nikogo obrażać, po prostu go nie lubię). Wszyscy obnoszą się wtedy z miłością i uczuciami jakby poziom ich uczucia zależał od wielkości danego prezentu w tym dniu. Jak tylko powiesz, że nie obchodzisz Walentynek od razu zostajesz skwitowany słowami, że chyba nie kochasz swojej drugiej połowy. Wychodzi na to że 364 dni w roku można trzaskać się po przysłowiowym ryju, ale miś i kwiaty, tudzież karnet do SPA 14 lutego spowodują, że wszystko zostanie Ci wybaczone.

Święta.... Święta to odrębny temat. Ostatnio jakoś tak mierzone coraz bardziej miarą prezentu pod choinka czy darami od Zajączka Wielkanocnego niż przeżywane duchowo w gronie najbliższych. Kojarzą się bardziej z ilością niż z zapachem ciasta i brzmieniem kolędy. No i ten moment kiedy mówisz, że nie byłaś/łeś w kościele, te spojrzenia.... A ponoć prawdziwy chrześcijanin chodzi do kościoła co niedzielę a nie tylko od święta...

Dzień dziecka, matki, ojca, teściowej, babci, dziadka, kobiet, mężczyzn.....jakby się tak zastanowić to dzień w dzień trzebaby było składać komuś życzenia. 
Czy na prawdę fakt, że moje dziecko nie dostanie wypasionego prezentu 1 czerwca jest potwierdzeniem braku mojej matczynej miłości? Nie potrzebuję powodu do kupienia dziecku zabawki, zabrania jej na lody, do ZOO, czy kina. 
Czy na prawdę jak nie pojadę z kwiatami na dzień mamy, babci, dziadka czy taty to znaczy, że nie kocham i nie szanuję moich bliskich? Przecież bliskich kocha się stale, a nie tylko w dzień, który został nazwany ich dniem..... Kocham, szanuję i myślę.....stale!

Można by tak wymieniać jeszcze wiele - Święto Zmarłych - jak nie zapalisz świeczki znaczy że nie pamiętasz;  Święto konstytucji - brak flagi oznacza brak szacunku do kraju; Dzień Edukacji Narodowej - brak kwiatka oznacza również brak szacunku; Mikołajki - kolejny dzień pretekst do zjedzenia tony słodyczy przez nasze dzieci;

Myślę, że ktoś nas nabija stale w butelkę. Ciągłe święta i napędzanie machiny komercji powoduje tylko i wyłącznie zubożanie naszych portfeli i stawianie nas w sytuacjach patowych, byśmy nie mieli wyjścia zrobić inaczej, bo co inny powiedzą.

Czasami myślę że jestem dziwna, inna, aspołeczna.....
Nie znoszę komercji.

Pozdrawiam PR

środa, 27 maja 2015

Przygody z Książką 2: historia pewnego ptaszka

"...Raz Wróbelek Elemelek znalazł w polu kartofelek, nie za duży, nie za mały, do jedzenia doskonały..." pierwsza rymowanka, którą nauczyła Żuka babcia. Zauroczyła mnie nią do tego stopnia, że książką o wróbelku MUSIAŁA zostać znaleziona i MUSIAŁA zagościć na bibliotecznych półkach mojego dziecka.
Dziś chciałabym Wam przedstawić książkę  w 100% w naszym stylu - rymem pisaną. 
"O wróbelku Elemelku" Hanny Łochockiej to zbiór rymowanych historyjek o najpopularniejszym wróblu na świecie. Autorka dzięki opowieści rymowanej stwarza niepowtarzalny klimat bajeczki, której wręcz nie sposób jest nie słuchać, gdyż rymy te po prostu same wpadają w ucho. Teksty są proste i jasne, nie trzeba doszukiwać się w nich drugiego dna, dzięki czemu może to być lektura już dla najmłodszych czytelników. 
Nasza wersja wydawnictwa Nasza Księgarnia okraszona jest kilkoma obrazkami wplecionymi w tekst i na równi z tym tekstem prostymi i jasnymi. 
29 historyjek, podzielonych na 3 działy. Każda opowiada inną historię przesympatycznego Elemelka i każda niesie za sobą jakąś naukę na poziomie Małego Czytelnika. Choć opowiadania są abstrakcyjne i wiarygodne na poziomie leśnych skrzatów, trolli i olbrzymów z "Owocowych bajek" na równi z nimi są także interesujące.
Polecamy i pozdrawiamy PR i Żuk






Wpis powstał w ramach projektu Przygody z Książką organizowanego przez Dziką Jabłoń


piątek, 22 maja 2015

Recyklingowe zabawy: zaczarowane śmieci

Odruch stadny - najprostsze wytłumaczenie ziewania w momencie gdy inni ziewają. Choć pewnie niektórzy po przeczytaniu słowa ziewać, ziewną na samą myśl o tej czynności tak jak ja.
Nikt jednak tak dobrze nie zna tego pojęcia jak rodzic, szczególnie wielodzietny rodzic, albo też rodzic przebywający ze swą pociechą w stadzie innych pociech. 
Pierwszym odruchem stadnym jest płacz. Jedno zaczyna i nagle psują się wszystkie. Być może przyczyną jest fakt wielkich nieodkrytych pokładów empatii jakie drzemią w dziecku i praktycznie braku demoralizacji u tych małych istotek. Lub po prostu jest to bezwarunkowy odruch stadny....
Kolejnym jest oczywiście siku, pić i jeść w tym samym momencie co wszyscy.
Jednak wszystkie wyżej wymienione nie są tak wielką zmorą dla rodzica/opiekuna jak przeklęte stwierdzenie "CHCĘ TO" będące odruchem stadnym na równi z wcześniejszymi.
Tak oto przeklęte chcę to doprowadza do kłótni i awantur i rozbija nieźle kręcące się pogaduchy między starszym pokoleniem, gdyż one zawsze chcą akurat to samo. Jedyna rada mieć wszystkiego przynajmniej po dwa, a jak się nie da to przynajmniej jakąś alternatywę do zajęcia i schowania pożądanego przedmiotu.
Tak oto Moja Przyjaciółka i zarazem Mama Żuka nr. 2 została zmuszona do rozruszania swoich szarych komórek, a przez jej twórcze zapędy i kreatywne pomysły mnie niestety także nie ominęło. Sytuacja krytyczna miała miejsce gdy byliśmy w odwiedzinach u Żuka 2 - wywiązała się awantura o różdżkę, bo w końcu obie muszą czarować właśnie w tym samym momencie. Ciocia I. na szczęście miała pod ręką zestaw małego cudotwórcy i stworzyła drugą na poczekaniu. Jednak po powrocie do domu ja usłyszałam od swej Córy, że ona chce taką samą jak była u cioci, bo ta sklepowa jej już nie interesuje.
Materiały:
patyk od balona
kolorowa tektura; gąbka plastyczna; papier;
klej
koraliki
brokat
kolorowe tasiemki
igła i nitka
odrobina wyobraźni.
Mam nadzieję, że etap wróżek, księżniczek i elfów niedługo się skończy, bo wszechobecny brokat będzie powodem niejednego rozwodu....
Pozdrawiam i miłej zabawy życzę PR!







środa, 20 maja 2015

50 minut grozy

Wymyśliła matka podróż pociągiem. 
Niby nic. 50 min w hałaśliwym gracie ku chwale ojczyzny....znaczy się dla rozrywki dziecka. 
Schody zaczęły się w momencie objawienia się naszym oczom korka w naszym cudnym mieście wojewódzkim - dziecko na ręce i sprint do kasy i na peron zaliczony. Dziecko oczywiście pełne emocji wszelakich z tymi pozytywnymi na czele prawie piało z podniecenia na samą myśl, że pojedzie do babci - POCIĄGIEM!. Wsiadłyśmy do pierwszego lepszego wagonu, pierwszego lepszego przedziału, zdążyłyśmy usadowić się na miejscach, po czym przyszedł jakiś miły Pan (w sumie chłopak, ale jesteśmy już w takim wieku, że nie wypada używać takich określeń) i uświadomił mnie, że pkp wymyśliło sobie przykaz miejsc, wskazując na bilecie, który wagon i które miejsca są na te 50 min. nasze. W prehistorii, znaczy się w czasach kiedy korzystałam z usług pkp tego nie było, nawet nie szukałam takiej informacji na bilecie....swoją droga ciekawe czy stojące też przyznają...? Koniec końców Pan stwierdził, że mu nie przeszkadzamy i jak nikt inny się nie przyczepi do nas to możemy razem podróżować.
Pociąg ruszył z wielkim hukiem, jak to polskie koleje mają w zwyczaju...hm z wielką pompą można by było rzec, a w tym samym momencie Żuk mój zapełniła oczęta swe łzami wielkimi jak grochy, a usta wydały dźwięk, który brzmiał jak "ja jednak nie lubię pociągów mamo". Miałam do wyboru wysiąść w Olsztynie zachodnim i zastanawiać się co ze sobą począć na środku rozkopanego miasta z dzieckiem, które jednak nie lubi pociągów lub zostać i dojechać do Morąga. Wyciągnęłam tajną broń zwaną tabletem i takim oto sposobem Żuk postanowiła, że jeszcze chwilę ze mną w tej hałaśliwej maszynie posiedzi. Dłuuuugie to było 50 min.... 
Zobaczywszy babcię na peronie Żuk zapomniała o trudach podróży, przestawiła się o 180 st i z podnieceniem zaczęła opowiadać jakaż to odwaga cechuje jej skromną personę i jaką ona ciężką drogę musiała przejść żeby do babci dotrzeć.... Ta, Bohaterka, nie ma co.
Z bólem głowy, zaciągnęłam je na lody, czego pożałowałam w poniedziałkowy ranek, słysząc jak moje dziecko skrzypi podczas wydawania dźwięków zwanych mową. 
Reasumując żaden to ekstremalny wyczyn z mojej strony, jednak jedno wiem na pewno - sama więcej z dzieckiem nie jadę pociągiem. Wcale nie było tak zabawnie jak mi się wydawało, że będzie.
Pozdrawiam i przepraszam za chwilową absencję!
Zarobiona po uszy i w głębi duszy pragnąca deszczu PR!

piątek, 15 maja 2015

Myśli ubrane w słowa.

Straciłam ostatnio serce do internetu.
Zastanawiam się czy to forma kryzysu czy po prostu dorastam do tego żeby wylogować się do życia i w nim głównie trwać.  Czasem zajrzę  do tych, których pokochałam  za ich treści kłębiące się w głowie i przelane na kartki blogowego  zeszytu.  Staram się nadrabiać, choć nie oszukuję się, że mi się to uda, bo bezkresne czeluście internetu są tak obszerne, że życia człowiekowi na to by po prostu nie starczyło. Tym bardziej jestem wdzięczna tym, którzy są ze mną mimo kryzysów i nieobecności - i w tym miejscu chciałabym Wam za to podziękować.
Żeby jednak nie było, że jestem taką internetową ignorantką chciałam się z Wami podzielić moimi tekstowymi odkryciami, ostatnich tygodni. Cobyście i Wy docenili myśli ubrane w słowa.

Najlepszym komentarzem do pierwszego tekstu, którym chciałabym się podzielić jest piosenka, którą już nie raz na blogu zdarzało mi się wspominać:
"Mniemam co mam powody by drogi swej nie zmieniać" więc zapraszam do przeczytania o Efekcie Motyla u Matki Polki Fanaberie.
Najlepszym potwierdzeniem nie zmieniania kursu jaki sobie obrałam jest to, że stałam się czyimś bodźcem. Jest to tak przyjemne uczucie, że nie do końca potrafię je opisać. Po tym tekście zacznę chyba ostrzegać wszystkich przed tym żeby "nie podchodzili do mnie bo rażę prądem". Duma mnie rozpiera i dlatego polecam Wam przeczytać mądry tekst, mądrej kobiety, która wychowuje mądrych ludzi - Kilkuetatowa Mama i jej wykład o ekologii i ekonomii.
Zostając w temacie mądrego wychowywania dzieci jest jeszcze jeden tekst, przy którym warto się zatrzymać na chwilę. Nie będzie to nadużyciem kolejny raz użyć słowo mądre - Mama Kluseczki i jej tekst o biedakach wskaże Wam drogę w jakim kierunku nie iść mając dzieci.
W temacie dzieci jeszcze jedna kwestia - ciężko wychowywać uspołecznione dziecko na wsi - szczególnie na takiej gdzie wcale nie ma innych dzieci, ale czytając Antyterrorystkę i Dziewczynkę z guzikiem i ich perypetie placowe dochodzę do wniosku, że i tak mam lepiej. Był jeszcze jeden tekst w ten deseń ale nie pamiętam u kogo - niestety. Za to stety będzie jak dodam jeszcze przysłowiowe pięć groszy od Dziewczyny z obrazka - bo tyle się mówi o tym żeby matki były szczęśliwe i szanowały się, bo dzięki ich szczęściu dzieci też są szczęśliwsze, a później ocenia się je bo nie wsadzają swych 4liter na zjeżdżalnię przeznaczoną do 60 kg. To, że siedzisz na ławce i czytasz książkę podczas gdy Twoje dziecko uskutecznia rozwój wyobraźni w zabawie z rówieśnikami wcale nie oznacza że jesteś wyrodna - Czy na pewno wyrodne matki siedzą na ławkach?
Kwintesencją blogosfery parentingowej niech będą trzy wspaniałe kobiety i ich teksty. Przewijka i jej debata z Introversją na temat dwulatkówSłodko-Gorzka o tym, że śmierdząca kupa jest dla niektórych  tęczą fiołkami pachnącą; i jeszcze raz Introversja tyle, że nie o dzieciach a zmiennej naturze ich matek.
Życzę miłej lektury i udanego weekendu.
Do przeczytania wkrótce PR!



środa, 13 maja 2015

Przygody z książką 2: mistrzem dzięki praktyce.


Kolejny tydzień z Przygodą z Książką. Dzika Jabłoń zaopiekowała się o kreatywne wpisy na naszych blogach. Dziś krótko - coś do zabawy i nauki. Zapraszam!

Był już patriotyzm, poszanowanie przyrody, zabawa kolorami, nauka literek i cyferek. Tym razem postanowiłam pokazać Wam jak ćwiczymy liczenie, świetnie się przy tym bawiąc.
Z góry uprzedzam, że nie, nie jestem z tych matek, których ambicja sięga samodzielnego liczenia do stu u 3 latka.... Uważam, że liczenie ze zrozumieniem do 10 jak na razie wystarczy, choć do 20 też nam się zdarza....co prawda gubiąc czasem po drodze 17 lub 19 ale liczy się fakt i chęci.

Z cyframi zapoznawałyśmy się dzięki książeczkom "Cyferkowo" (TU) i dzięki książce "Obrazki dla maluchów - Cyfry". Proste łatwe i przyjemne można rzec akurat o tych lekturach.

Gdy Żuk pojęła już zasadę liczenia  zaczęłyśmy ją uskuteczniać na liczydle oraz dzięki dwóm bardzo lubianym przez nią książeczkom.
Pierwsza z nich, tania, skromna pozycja "Liczby" wydawnictwa Zielona Sowa. Twarde strony bardzo ułatwiają użytkowanie i minimalizują ryzyko uszkodzenia książki. Jej tzw. bajerem są otwierane okienka, na każdej ze stron, z odpowiedziami do zadań przedstawionych na danej stronie. 8 stron, 8 zadań do rozwiązania - oczywiście matematycznych, polegających na liczeniu wybranych elementów. Polecamy obie z Żukiem, bo na prawdę warto.


Druga książka, którą używamy do ćwiczenia liczenia to "Mały Uczeń 123" wydawnictwa Wilga S.A. Twarda oprawa, piękne rysunki, krótka historyjka wpleciona w treść zadań. Na każdej stronie zadanie, a do rozwiązania używane są otwierane i przesuwane okienka. Ponadto bonusem są kartoniki, do których zadanie znajduje się na końcu książki. Piękna oprawa czyni z niej książkę idealną na prezent. Cieszy oko, bawi i uczy.



Obie książki godne są polecenia ze względu na wartość merytoryczną, oraz na wydanie. Druga zdecydowanie odbiegała ceną od pierwszej, ale nie żałuję wydanych na nią pieniędzy. W końcu radość dziecka jest bezcenna. 
Dane techniczne można znaleźć w internecie - nie umieszczam ich żeby zbędnie nie przeciągać treści.
Moim celem było pokazanie Wam naszej praktycznej nauki poprzez zabawę - bez spięcia i nadgorliwego wkładania do głowy. Wychodzę z założenia, że na wszystko przyjdzie czas, a wspomagacze do nauki mają sprawiać dziecku radość i nie wywoływać w 3 czy 4latku poczucia obowiązku. Polecane przeze mnie książeczki zdecydowanie takie są.
Pozdrawiam PR!

poniedziałek, 11 maja 2015

Dogonić marzenia.

Nie mogę powiedzieć, że była to pijacka fatamorgana gdyż 1 (czyt. jedno) miodowe piwo sączone przez pół dnia nie powoduje takowych. Nie był to także wysiłkowy amok, bo choć intensywnie myślę o przynajmniej 10 kilometrach, to na swoich 3 kończę, gdyż na więcej po prostu nie mam odwagi. Widziałam na swe własne, niebieskie oczy objawienie....... objawienia..... 
Wyszedłszy z domu wieczorową porą w celu zamknięcia kurnika oczom mym ukazał się obraz dwóch (mych oczywiście), patrzących w niebo jak zaczarowane, kotów. 
Chciałoby się rzec, że siedziały tak bez ruchu, jednak ten mniejszy był pod tak wielkim wrażeniem zjawiska, że przebierał łapkami nie kontrolując za bardzo tego ruchu.... Siedziały tak i patrzyły, a oczy ich były tak wielkie, że prawie całe łebki im zakrywały. Dwa wstrętne, małe (znaczy jeden mały drugi duży) kurwiszony, które mając jedzenia pod dostatkiem namiętnie wyjadają wszystkie wróbelki i jaskółki w okolicy, ujrzały nic innego jak bociana w swej własnej, majestatycznej osobie. Siedział tak na dachu, właściwie siedziały, bo było ich dwa i dumnie patrzyły w oczy mym wstrętnym ptaszkozjadaczom. A ptaszkożercy w swej niemocy i nieumiejętności szybkiego wspięcia się na dach, ze łzami w oczach przełykali ślinę, marząc o TAAAAAKIEJ kupie mięsa!
Bez względu na to jak bardzo kocham koty, jak bardzo kocham swoje koty, stałam i cieszyłam się jak głupia, że bociany zrobiły im na złość poderwawszy się do lotu w momencie gdy one nawet nie zdążyły mrugnąć powiekami. 15 kg. worek kocich chrupków stoi otworem w ogólnodostępnym miejscu, miska u babci pełna, miska u  nas pełna, a tym wrednym sierściuchom zachciało się ptaszka.... 
Bociany poleciały, a koty jeszcze 5 min, nie potrafiły wyjść z szoku. Siedziały tak i patrzyły w niebo, a smutek na stałe zagościł w ich durnych spojrzeniach. Dogonić niedoścignione, osiągnąć nieosiągalne.....Moje koty mają nowy cel w swym głupkowatym życiu. Może wreszcie ostanie nam się jakiś wróbel i jaskółka....nie wspomnę o słowikach.
Pozdrawiam PR!



piątek, 8 maja 2015

Bohaterom pod pseudonimem anonim.

Nigdy nie zamieszkam w lepiance, takiej z gliny, słomy, może trochę drewna....
Pomijam fakt, że nawet bym nie chciała!
Dlaczego?
Bo jestem wygodna!
Niewiele się pomylę mówiąc o Tobie, że też jesteś wygodny.
Twierdzisz, że nie?
To czemu miedzy nogami zamiast majtek i spodni nie nosisz kawałka zająca? 
Czemu nie polujesz codziennie na posiłek? 
Dlaczego idziesz do supermarketu po warzywa?
Tak, jestem wygodna.
Lubię mieszkać w domu, takim z centralnym ogrzewaniem, kąpać się w gorącej wodzie, ubierać się w bawełniane ubrania i spać w czystej pościeli, dodam tylko, że oczywiście w łóżku. Lubię to i jeżeli los mnie do tego nie zmusi nie mam zamiaru tego zmieniać.
Tak, jestem wygodna.
Co robię żeby choć trochę zagłuszyć swe eksploatacyjno-konsumpcyjne wyrzuty sumienia? Wyłączam światło gdy nie jest mi potrzebne, ba! zdjęłam nawet firanki żeby dłużej było jasno w domu,  segreguję odpady - może nie tak jakby ode mnie oczekiwał tego wysoki rangą ekolog na najwyższym stanowisku świata - ale baterii nigdy nie rzucam do śmieci ogólnych, leki deponuję w aptece, kapsle i makulatura lądują w przedszkolu, elektro śmieci w sortowni, a organiczne na kompostowniku.
Niewiele?
Być może.
Dodam tylko, że dziecko często kąpie w misce, żeby zminimalizować zużycie wody, nie wstawiam dodatkowego płukania prania, jeśli nie jest potrzebne, nie wylewam szamba do rowu bo mi się szambiarki zamówić nie chce.
Pracę swoją też staram się szanować. W sumie pracę i pieniądze.... 
Nie wylewam środków ochrony roślin na zapas. Idę i szukam szkodników w kapuście....Przez 8 lat nauczyłam się czego szukać i jak. Mili Panowie z PIORINu nauczyli mnie obliczać próg szkodliwości szkodników na rzepaku - liczyłam, czemu by nie.... Dbamy o pszczoły, których z roku na rok ubywa. Mój A. nie opryska kwitnących upraw póki nie zlecą, nie opryska upraw gdy wieje, gdy pada, gdy za mocno praży słońce. A jak już pryska, to środkami selektywnymi.
Na zakupach zazwyczaj mamy jakieś płócienne torby, na te podstawowe, codzienne chodzę z koszykiem - to nic, że nie wyglądam z nim poważnie, lubię swój koszyk.... Gdy Pani w sklepie obuwniczym czy odzieżowym chce nam zapakować pudełko z butami, czy koszulkę w reklamówkę zawsze ładnie dziękujemy mówiąc, że się obejdzie.
Tak, jestem wygodna.
Być może według Ciebie nie robię nic w kierunku zmniejszenia eksploatacji środowiska. Ale uwierz mi 1 reklamówka, która notabene zostanie później wykorzystana powtórnie, czy to jako wkład do kosza na śmieci, czy jako materiał do zamrożenia mięsa, czy po prostu powtórnie jako reklamówka na zakupy, nie czyni ze mnie gorszego człowieka.
Jestem w pełni świadoma swojego konsumpcjonizmu i przywiązania do wygody. 
Gdybyś poznał mnie lepiej wiedziałbyś, że nie bez powodu nazywam siebie nieekologiczną ekolożką. 
Ja mam odwagę przyznać się do swoich niedociągnięć, Ty nawet nie potrafisz się podpisać.... bohaterze!
Pozdrawiam PR.

poniedziałek, 4 maja 2015

Boczne drogi: z poradnika ch...... biegacza cz.2

Uczciwszy święto pracy rasowym nieróbstwem postanowiłam wieczorową porą wywlec się z domu i strzelić sobie swoje 3,5 km. Szału nie robi, ale mi wystarczy.... Biegając slalomem między kopulującymi ślimakami i kałużami nasunęło mi sie na myśl kilka kolejnych punktów poradnika ch.....o biegacza. Specjalnie dla Was z bocznych dróg, przemyślenia biegnącej Pani Rolnik:


 13. 11 tygodni biegania czyni Cię superbohaterem, bez względu na to czy biegasz po 15 km, czy tylko po 3.... Sam fakt mobilizacji w tak długim czasie Cię nim czyni.

14.  Każdy ukradkiem zjedzony batonik, cukierek, czy wiadro cukierków rozgrzeszasz wieczornym biegiem. Ochota na słodycze nie jest już tak przerażająca wiedząc, że masz "tę moc"....

15. Po 11 tygodniach polegną Ci pierwsze słuchawki w rozpadającej się MP3.....A wredna rozpadająca MP3 dalej działa, choć już upatrzyłeś/łaś sobie nowy sprzęt.

16. Najgorzej to wywlec się z domu, później już się samo biegnie...

17. Po 11 tygodniach ludzie zaczynają Cię podziwiać, a Ty zaczynasz wierzyć w swoje supermoce. 

18. Wcale nie chce Ci się biegać, ale próżność jest silniejsza od Ciebie i tak bardzo podoba Ci się ludzki podziw, że biegasz po to by się nim napawać i upajać.

19. Wiosenne wieczory cechuje jasność, nie ma wilków, dzików i zboczeńców w krzakach.

20. Wszyscy chcą się przyłączyć, a w efekcie dalej biegasz z psem sąsiada.

21. Możesz bezkarnie podglądać sąsiadów, w końcu Ty tylko biegasz... :)

22. Załatwiaj potrzeby fizjologiczne przed wyjściem z domu, gwarantuję, że zawsze kiedy Ci się zachce podczas biegania, wszyscy Twoi sąsiedzi będą akurat przejeżdżać drogą, którą dumnie kroczysz.

To kto dołącza do mnie i moich katuszy biegowych?
Ja choć nie codziennie, daję radę...(jeszcze!)
Pozdrawiam PR!

piątek, 1 maja 2015

Jesteś dorosły, czy tylko tak Ci się wydaje?

 Dorosłość, okres życia człowieka, w którym osiągnął odpowiedni rozwój fizyczny i psychiczny, pozwalający mu na decydowanie o swoim losie, odpowiadanie za samego siebie, podejmowanie działalności produkcyjnej i społecznej.

Zastanawialiście się kiedyś nad tym kiedy właściwie zaczyna się dorosłość?

1. Kiedy kończysz 18 lat?
Wydawałoby się, że wtedy człowiek staje się pełnoletni i zaczyna nowy etap w życiu zwany dorosłością.... Oczywiście wszyscy wiemy, że to g.... prawda, a 18 latek ma tak samo niepoukładane w głowie jak 17, 16 czy 15 latek..... (za chwilę okaże się że 20, 21, 22... latek też - ale zacznijmy od początku). Więc magiczna cyfra 18 nie zmienia właściwie niczego w naszym życiu. No może prawie niczego, bo gdy się na nią czeka czas dłuży się strasznie, za to po jej przekroczeniu zaczyna zasuwać nieubłaganie, każdy rok coraz szybciej.

2. Kiedy kończysz szkołę średnią?
Kolejna bzdura oczywiście. Wychodzisz ze szkoły, która Cię do niedawna nużyła i okazuje się, że albo musisz iść na studia, nie mając pojęcia co chcesz w życiu robić i jakie wybrać, albo iść do pracy, bo na te studia Cię nie stać. Wcale nie jest to równoznaczne z byciem dorosłym....

3. Kiedy kończysz studia?
Taaaa studenckie życie nie sprzyja byciu poważnym człowiekiem - znam to z autopsji. A jak się je skończy to jakoś tak smutno człowiekowi się robi i żal, że to już koniec...No i człowiek stara się być choć trochę niepoważnym żeby zachować pozory, że nie jest stary/dorosły, a to że skończył 5 letni bal nie oznacza,  że coś w jego życiu się zmieniło.

4.Zawarcie związku małżeńskiego?
Hm nasz związek małżeński został zawarty na studiach, nie czułam się wtedy ani dorosła ani poważna..... Żaden to wyznacznik, bo Ci którzy przekroczyli tą przerażającą dla niektórych granicę, zwaną małżeńskim hamulcem wiedzą, że jak dwoje ludzi postanowi się dobrze bawić to obrączka na palcu im w tym nie przeszkodzi. Także to chyba też nie...

5.Pierwsza poważna praca?
Wstajesz rano, wbijasz się w garnitur, siedzisz 8 godz w pracy, wracasz do domu, myślisz oby do piątku. W piątek za to zaczyna się impreza, która kończy się w niedzielę wczesnym południem coby być w stanie wrócić do pracy w poniedziałek. Choć brzmi dość odpowiedzialnie to jakoś tak nie przybliża mi to człowieka do dorosłości....

6.Dziecko?
Oczywiście wszyscy posiadający dzieci przyznają się albo oficjalnie, albo tylko w duchu, że kupili przynajmniej jedną zabawkę dlatego, że oni chcieli bardziej niż ich dziecko. Mówcie sobie co chcecie ale to też znam z autopsji...Nijak się to ma do dorosłości. Ps. Ostatnio kolorowałam z moim dzieckiem. Ona poszła do swojego pokoju w międzyczasie i zasnęła bo jej się znudziło, a ja nie zauważyłam tego dopóki nie skończyłam obrazka, bo tak mi się podobało.... Odpowiedzialność za kogoś jest tylko częściowo powiązana z dorosłością.

Zastanawiając się tak nad tym kiedy zaczyna się to prawdziwe dorosłe życie doszłam do wniosku, że sama napiszę definicję. I dziw mnie bierze, że jeszcze nikt do tego nie doszedł przede mną.... Właściwie to ją wypunktuję, bo tak będzie prościej.

Według mnie dorosłym jesteś wtedy, kiedy okazuje się że:
1. Piwo naprawdę Ci smakuje.
2. Gorzka czekolada także Ci smakuje.
3. Potrafisz zasnąć w 30 sekund po położeniu głowy na poduszce.
4. Wstajesz rano i zastanawiasz się co dziś przyrządzić na obiad.
5. Przed wyjściem z domu układasz listę zakupów.
6. Pani za ladą w monopolowym już nie pyta Cię o dowód.
7. Nikt nie patrzy na Ciebie ze zgorszeniem na twarzy gdy między chlebem, a pomidorami na taśmie sklepowej leżą prezerwatywy.
8. Pierwszą czynnością na początku każdego miesiąca jest płacenie rachunków.
9. Wybierając nowy samochód zastanawiasz się ile się zmieści do bagażnika, a nie czy felgi, które posiada są wystarczająco imponujące do zrobienia szału na dzielni.
10. Głośna muzyka zaczyna Ci przeszkadzać, bo od tygodnia masz migrenę.
11. Po przebudzeniu jedyną myślą siedzącą w głowie jest - potrzebuję kawy!
12. Dodaj do tego spełnienie 6 warunków przytoczonych na początku tekstu.

Udanego długiego - choć krótkiego jakiegoś - weekendu życzę.
Pozdrawiam PR!