piątek, 10 kwietnia 2015

Rodzicielstwo strachu.

Mówili że to trudno, że w tych czasach ludzie po 10 lat się starają i nic. Mieliśmy szczęście. Jak postanowiliśmy tak sie stało. Zaszłam w ciążę od razu gdy tylko sobie wymyśliliśmy, że to już czas.

Niestety zamiast cieszyć się i wychwalać pod niebiosa mój błogosławiony stan odkryłam w sobie strach, ten sam, który towarzyszy mi nadal i zapewne do końca mych dni towarzyszyć mi będzie.

Mówią, że dziecko to cud, ja się z tym oczywiście zgadzam w 100%. Tak samo jak z tym, że oprócz cudu jest też trud, najpierw donoszenia ciąży, później szczęśliwego rozwiązania, potem wychowania.

Kiedy usłyszałam, że jeden z naszych bezdzietnych znajomych powiedział, że odbiło nam odkąd mamy dziecko, bo jedną diagnozę lekarską potwierdzaliśmy u 3 lekarzy wpadłam w szał. Nikt inny jak mój małżonek nie potrafi mnie tak wprowadzić na równe tory po ataku furii. Wystarczyło tylko, że powiedział - uspokój się, zrozumie jak będzie miał swoje. Więc się uspokoiłam i liczę na to, że zrozumie, właściwie na nic już nie liczę....mam to gdzieś....

Zachodzisz w ciążę i nic innego w tym momencie się nie liczy. Jedyne co zaczynasz liczyć to godziny w dniu, dni w tygodniu, a tygodnie w miesiącu.... i to kiedy wreszcie zobaczysz ten swój cud, który tyle czasu kopał Cię po żebrach.  Liczysz, czytasz, przeglądasz, poszukujesz informacji. Emocje sięgają zenitu. Tym bardziej, że internet i telewizja bombardują historiami, których bym po prostu ciężarnym zabroniła puszczać i opowiadać. I rodzi się w tobie ten cholerny strach, rozwija się razem z Twoim dzieckiem, na równi.... I tak przez całe jego życie. Im większe dziecko, tym większy strach o nie.

Zaczynasz myśleć o sobie jak o rodzicu. Mając na uwadze swoich rodziców, a przynajmniej jedno ze swoich rodziców (oczywiście pod warunkiem, że nie pochodzisz z rodziny dysfunkcyjnej) wiesz, że to nie jakaś tam zabawa. To prawdziwa odpowiedzialność. Niektórzy nazywają to hamulcem, inni balastem, obowiązkiem dla mnie to po prostu miłość.... A normalnym jest, że jak coś kochasz to o to dbasz, żeby tego nie stracić.

Pierwsze schody zaczęły się w ciąży. Pięciu lekarzy mnie przebadało zanim się okazało, że to coś co znajduje się obok mojego dziecka nie zagraża mu. Nie tych pięciu lekarzy nie było naszym wymysłem - zaczęło się od mojego, poprzez celową konsultację wyznaczona przez mojego lekarza, a skończyło w szpitalu gdy dostałam krwotoku..... Hm, ale prościej jest powiedzieć, że stuknięci bo do 5 lekarzy poszli....niech tak zostanie.

Później był poród. Każda, która rodziła na pewno słyszała 1000 historii o nim i każdą inną oczywiście. Dodam tylko, że wszystkie doprawione pieprzem do smaku, coby za szczęśliwym na tą porodówkę nie dotrzeć.... Najlepsze jest to rozczarowanie po wszystkim kiedy okazuje się, że nic z tych bajek tysiąca i jednej nocy się nie sprawdziło. Za to sprawdził się koszmar z komplikacjami, bo dziecko zaparło się barkiem stwierdzając, że decyzja o przedwczesnym porodzie była pochopnie podjęta....hm za późno, matka wyrzuciła, stwierdziła, że jak postanowiło wyjść to ma wyjść. Co się strachu najadła słuchając panicznego krzyku pani doktor do stażystki, coś w stylu "leć po Malinowskiego" tylko ona wie.... No może jeszcze ojciec wie, bo nikt jak on nie zna matki lepiej. Więc trwali sobie tak w tym strachu razem, na tej białej sali wyłożonej po sufit płytkami. Udało się....
Później miało być już tylko dobrze i pięknie. Zaczęło się od płaczu i braku mleka..... Przebrnęliśmy i przez to myśląc, że góry możemy przenosić.

Kolejny policzek od losu - dysplazja i wizja wiszenia naszego 7 tygodniowego dziecka na wyciągu w szpitalu. Potrafisz to sobie wyobrazić....? Bo ja nawet nie próbuję, gdyż za każdym razem łzy napływają mi do oczu i powraca mój cholerny męczący od dzieciństwa sen - paskudne metalowe łóżeczko i ta gruba pielęgniarka pytająca się czemu się tak drę....Ok teoretycznie nie powinnam tego pamiętać, za mała byłam....teoretycznie....

Nie bagatelizujemy sprawy, bo wiemy, że to czy będzie miała zdrowe nogi w przyszłości zależy właśnie w tym momencie tylko od nas. Pierwsi lekarze tak się nami zajęli, że dodatkowo pojawiło się zwichnięcie....Dzięki Bogu wpadliśmy na pomysł konsultacji z drugim lekarzem....Bo inaczej gdybyśmy przy tamtych pierwszych lekarzach zostali szpital by nas nie ominął.... 

AAAA zapomniałam o strachu - oczywiście urodził się wprost przeciwnie cały i zdrowy razem z naszym dzieckiem i rósł dwa razy szybciej niż ono. Teraz wyszedł, bo z opowieści innych rodziców słyszy się wciąż, że jak szpital to przywleczecie do domu coś lepszego...Jedno wyleczą, a dwa do domu przywieziecie - rotawirus, bakteria, wysypka....niby nic, ale nie dla niemowlęcia.

Drugi lekarz pocieszył, podał chusteczkę, żeby wytrzeć łzy i podyktował metodę leczenia. Powiedział, że jak będziemy współpracować będzie ono krótkie. Teraz z perspektywy czasu wiemy że było, jednak wtedy 5 czy 6 m-cy w tej cholernej frejce (poduszka filcowa do leczenia dysplazji stawów biodrowych) wydawało się wiecznością. Co miesiąc słyszeliśmy o wielkich postępach i co miesiąc, że kolejny spędzi w poduszce. Normalnie zakłada się pieluchę dziecku wieczorem i może z raz w nocy zmienia jeśli zrobi coś grubszego. Gdy dziecko nosi na tyłku wielki, gruby kawał filcu pieluchę zmieniasz za każdym razem, bo wizja odparzeń przy filcu nie wchodzi nawet w grę. Więc cała ceremonia co 3 godz - przebieranie, karmienie, odbijanie, zasypianie - zostało Wam jakieś 1,5 godz. snu.... Zaciskacie zęby i wiecie, że dacie radę....a po 4 m-cach pomysł jeszcze jednej konsultacji, choćby po to żeby pozwolili już tylko pieluchować zamiast frejki sam wchodzi wam do głowy, idziecie za ciosem  i konsultujecie. Nie przestaniecie przecież leczyć dziecka, bo jak się okaże, że w wieku 25 lat ma biodro do wymiany, albo że w wieku 3 lat kołysze się na nożkach to będziecie wiedzieli, że to tylko i wyłącznie wasza wina....Strach trochę co?!

Leczenie się kończy, Wasz radosny bobasek może wreszcie zacząć nim być, ale cóż to? Zaczynają mu wychodzić ząbki....Pach paracetamol, ibuprom, cokolwiek byleby przestało płakać i cierpieć. Słyszysz i czytasz o uszkodzeniach organów przez środki przeciwbólowe i siedzisz i zastanawiasz sie pół nocy nosząc płaczące dziecko - dać i ulżyć w bólu, czy zaszkodzę swojemu dziecku?

Wreszcie upragnione pierwsze kroki. Cieszycie jak jak nienormalni z postępów, nagrywacie, fotografujecie..... Po czym widzicie siniaka na główce dziecka i przez następne 12 godz modlicie się żeby to był tylko zwykły siniak, żeby jakieś wymioty i zawrtoty głowy obecne przy wstrząśnieniu mózgu wie wystąpiły. Dziecko zaczyna radośnie stąpać na tych małych chwiejnych nóżkach a wy zaczynacie spoglądać świat przez pryzmat strachu. Szafka=kant; stół=kant, krzesło=kant, próg=kant.... i tak można w nieskończoność. Strach o bezpieczeństwo Waszego dziecka zaczyna dławić.

Później jest już tylko gorzej, bo zaczyna się żłobek, place zabaw, przedszkole i pierwsze katarki, które okazują się zapaleniem oskrzeli. W międzyczasie ktoś rzuca Ci nad głową to straszne słowo szpital, którego się tak panicznie boicie. Dajesz leki i modlisz się żeby pomogły....i nie zaszkodziły. Bombardują Cię na każdym kroku antybiotyk to zło, szkodzi organizmowi, a później okazuje się, że bez tego ani rusz i podajesz temu biednemu małemu człowiekowi z nadzieją, że robisz dobrze. Przełykając łzy i wyrzuty sumienia, doprawione strachem oczywiście. Przy każdym katarku czy kichnięciu zaczynacie mieć przerażenie w oczach i modlitwę na ustach - oby to nie była choroba, mając wizję męczącego się dziecka zaczynacie błagać Boga, nawet nie wierząc w niego, żeby darował dziecku cierpień. Wy już wiecie co to znaczy chore dziecko, wiecie że nie życzycie tego najgorszemu wrogowi, bo to ciężki czas i dla tego małego człowieka i dla Was. Inni widzą tylko spanikowanych, nadgorliwych rodziców.... Pal licho - kolejna selekcja znajomych.

W międzyczasie wydarza się jeszcze kilka nieprzewidzianych wypadków - na przykład 3krotne zwichnięcie ręki w tym samy miejscu i przestroga lekarza, że trzeba na nią uważać, a najlepiej w ogóle za nią nie prowadzać dziecka. Dziecko wyrośnie z tego ale potrzeba czasu. Znów wychodzicie na nadgorliwych rodziców panikujących, bo dziecko miało zwichniętą rękę i nie każecie za nią prowadzać...no przecież miało, no co może się takiego stać. No właśnie co?

Mija dopiero niecałe 3,5 roku a inni śmieją się wam w twarz mówiąc o tym jacy to jesteście nadgorliwi i panikujący....czasem chciałoby się rzec zapomniał wół.... albo przyjdzie koza..... Nie mówicie nic, zaciskacie zęby, selekcjonujecie znajomych i odkrywacie dlaczego rodzice przyjaźnią się z innymi rodzicami. Okazuje się, że inni cię nie zrozumieją, niektórzy nawet nie próbują.... Przykre....ale niestety prawdziwe.

Nawet nie mogę sobie wyobrazić tego co czują rodzice dzieci przewlekle chorych. Oni nie tylko żyją strachem, oni są strachem. Drżą w każdej minucie dnia o zdrowie i życie swoich pociech, które są dla nich całym światem.

Więc dlaczego Ci bezdzietni nie próbują nawet zrozumieć rodziców? Czy na prawdę nie wiedzą czym jest miłość i poczucie obowiązku? Czy na prawdę nasza może czasami wybujała wyobraźnia i strach w oczach są dobrym powodem do ubarwiania zakrapianych imprez? Nie wierzę w to....Mam nadzieję, że tak nie jest....

Pozdrawiam PR i mój strach o Żuka!

43 komentarze:

  1. U mnie to samo. Najlepsze było to, że mi ludzie wmawiali, że wymyślam i dziecku krzywdę robię bo nie siedzi w wózku tylko leży, że nie prowadzam Młodej za rękę- szybciej nauczyłaby się chodzić, że nie ma chodzika....nie piszę więcej bo mi się ciśnienie podnosi. Buty profilaktyczne i rehabilitacja są niepotrzebne bo szkoda kasy...kurde- że tak ładnie powiem - chyba lekarze i rehabilitanci wiedzą lepiej niż pani Krysia z warzywniaka. O trochę mi lżej bo to z siebie wyrzuciłam i wiem, że mnie rozumiesz ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paweł też wychowany bez chodzika. Na szczęście akurat tych rzeczy nikt nam nie wymawiał. Ale jak wszędzie znalazło się wiele osób, które wszystko wiedziały lepiej. I moja zmora: teściowa "rób tak, tak nie rób, czemu to tak, troje dzieci wychowałam...", a teraz jej córka urodziła pierwsze dziecko i teściowa mnie pyta; "a jak to robiłaś, jak tamto, jakie lekarstwo itp".

      Usuń
    2. chodziki spędzają mi sen z powiek, masakra jakaś! Wiecie na coś później trzeba narzekać - że zaniedbała i dzieciak teraz cierpi, albo coś na podobę. A jak będziemy takie idealne i zapobiegliwe od poczatku to nie będzie później na co narzekać....nudne się staniemy ;)

      Usuń
    3. Nam przy kontroli ortopedycznej ortopeda kategorycznie odradził chodziki, bo dla dzieci po dysplazji są one niebezpieczne.

      Usuń
    4. Sabinka Kochana - ortopedzi jak diabeł wody święconej się tego boją - każdy tak mówi że najgorsze dla stawów dziecka są chodziki i nosidła w których nóżki nie są na żabkę tylko wiszą. Tyle że ludzie sobie z tego nic nie robią....

      Usuń
    5. A potem latają spanikowani po specjalistach...

      Usuń
  2. Ilonka powiem szczerze dziwnych macie znajomych. Jak wiesz my nie mamy dzieci, ale do głowy by nam nie przyszło nabijać się ze strachu znajomych o dzieci. Sami czasem uczestniczymy w tym strachu, bo odbieramy takie chorujące dzieci ze szkoły, jak rodzice nie mogą urwać się z pracy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Karolina zgadzam się z tobą w 99%, ten 1% zostawiam na słowo mieliśmy! Trochę głupio napisałam bo wiem że są wśród tych bezdzietnych tez Ci normalni, powinnam to dodać.

      Usuń
    2. Mnie się w ogóle w głowie nie mieści krytykowanie i pouczanie ludzi bez względu na to czy są moimi znajomymi czy przyjaciółmi. Ja takich wszech mądrzących nie rozumiem i nie wiem co wnosi w ich życie takie pouczanie każdego. Staram się żyć i dać żyć innym nawet jeśli ich postępowań życiowychnie rozumiem. Bo wiem, że każdy żyje i podejmuje decyzje na podstawie własnych doświadczeń życiowych o których inni nic nie wiedzą.

      Usuń
    3. niektórzy mówią że to z powodu kompleksów. nie wiem nie mi to oceniać. wiem jedno - życzyłabym sobie więcej takich Karolin w swoim towarzystwie i bardzo żałuję że gdy ja się wprowadziłam Ty się wyprowadziłaś.

      Usuń
  3. Ja o tym myślę ciągle. Słowa nie chciały mi przejść na papier, nawet bałam się pisać. Ślub, pierwsza ciąża, szczęście i nagłe krwawienie w trzecim miesiącu. Diagnoza "ciąża obumarła, trzeba zrobić łyżeczkowanie". Dla mnie to nie była ciąża obumarła, to było życie, które już zdążyłam pokochać i wymarzyć nam wspólną przyszłość. Wiele przepłakanych dni. Nikt nie potrafił zrozumieć "przecież jestem jeszcze młoda, będę mieć kolejne, czym ja się przejmuję". To chyba najgorsze, co można powiedzieć. Tylko mąż rozumiał chociaż po części co czuję, siedział przy mnie całymi dniami w szpitalu, przytulał, całował, wspierał. Potem kolejna ciąża, podejrzenie toksoplazmozy, po dwóch tygodniach strachu przychodzą wyniki badań - jednak nie, USG w 7 mc - małowodzie, kilka dni strachu, wizyta u mojego lekarza - jednak nie. Rodzi się Paweł - a ja nie czuję bezgranicznego szczęścia, czuję się jakbym wykonała zadanie, jest dziecko 10 punktów, udało się. Karmienie, droga przez mękę, ogromne piersi, masa pokarmu, a on z tym swoim malutkim dziubkiem nie chce ssać. Walka przegrana po 2 i pól miesiąca. W międzyczasie depresja poporodowa, strach o każdy kolejny dzień, siedzenie przy śpiącym maluchu, wyczerpanie. Szczepienie - kończy 3 miesiące - reakcja poszczepienna krzyk mózgowy. Dziecko po kilku dniach wysokiej gorączki, płaczu przestaje gaworzyć, bawić się rączkami, kopać nóżkami, na dwa tygodnie wszystko zanika, mam leżącego, niewydającego innych dźwięków poza płaczem malucha, siedzę przy łóżeczku dziękując Bogu za to, że przeżył. Później częste zapalenia oskrzeli, notoryczne biegunki, brak apetytu. Jeść nie chce do tej pory, mówić więcej zaczął w wieku 3 i pół roku. Kolejna ciąża, kolejny strach o donoszenie, krótka szyjka, stawiający się brzuch i masa miłości, której spokojnie wystarczy i dla tego drugiego malucha. Rozumiem Cię bardzo dobrze. Mamy jeszce kilka innych problemów, o których nie będę pisać, ale wychodzę z założenia, ze będzie dobrze :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy z nas ma jakieś swoje powody do tego żeby panikować i być tym "nadgorliwym" rodzicem, nie powinno się nas oceniać tylko przez pryzmat tego że zakładamy dziecku grubszą kurtkę na plac zabaw a przeciez wszystkie biegają bez czapki bo już 15 st. Zapewne mamy swoje powody do takiego a nie innego postępowania i zazwyczaj wcale nie są one śmieszne.... Pozdrawiam Cię Moniko i 3mam za Was kciuki!

      Usuń
    2. Szczepiłaś w pierwszej dobie? Teraz drugie dziecko tez byś szczepiła w 1 dobie mimo np. takich faktów jak http://szczepienie.blogspot.com/p/szczepienia-w-pierwszej-dobie-bcg-i-wzw.html

      Usuń
  4. Zgadzam się w 100% z tym postem i podpisuję pod nim obiema rękami i nogami :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ilonka, jak zwykle trafiłaś w sedno! Rzeczywiście ten lęk rodzi się razem z dzieckiem. I nie zrozumie tego nikt, kto rodzicem nie jest. Nie ma sensu tłumaczyć i przekonywać. Tak po prostu jest... Czasem tylko usłyszy się "jesteś nadopiekuńczą matką..." lub "ja na Twoim miejscu..." Cóż, trzeba to puścić mimo uszu i kierować się własną intuicją, rodzicielską intuicją. I nie pozwolić, by ten strach kierował naszymi czynami, bo on nie jest dobrym doradcą. Ważne, by kierować się miłością.
    Pozdrowienia dla Ciebie i Żuka (Strach ma wielkie oczy - tak sobie mówmy jako mamy, a może będzie nam ciut łatwiej :) )

    zmotylemnadloni.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja myślę Aga ze trochę pogeneralizowałam i rozumieją też Ci bezdzietni - choć penie jest ich ułamek. Niektórzy mają wyobraźnię. Żal tylko się robi jak Twoi "znajomi" robią sobie z Ciebie ubaw za Twoimi plecami. Bo to przeciez takie zabawne że z 3 lekarzami konsultowałaś stan zdrowia Twojego dziecka...

      Co do strachu - na szczęscie przeciwieństwa sie przyciągają i jedno z rodziców zazwyczaj trzeźwiej myśli niż drugie. A. potrafi stłumić moje lęki i paniki, logicznie tłumacząc mi sytuację.....

      Usuń
  6. Najgorsze jest to, że Ci co dzieci nie mają oceniają. Często nie słusznie, ot tak. Pamiętam siebie przed ciążą...jak ktoś by mi powiedział, że oszaleje na punkcie swojego dziecko rzekłbym, że idiota. Miałam mnóstwo rad jak wychować dziecko i co? Teraz je mam i popełniam błędy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszyscy je popełniamy, ale nie sztuką jest je wytknąć sztuką jest się uczyć na błędach własnych i cudzych.

      Usuń
  7. Też się z tym spotykam, że ludzie dziwią się, ze się boimy o dziecko. Że boję się podac coś, co ma w składzie mleko ("oj troszkę to nic się nie stanie", a w efekcie wysypka i dziecko cierpi), że pilnujemy, zerkamy itd. Niby z jednej strony to wygląda na nadopiekuńczość, ale z drugiej gdy zaniedbamy - ucierpi na tym Córa. Najlepiej każdy niech się zajmie sobą, swoimi sprawami. Bo ocenić zawsze łatwo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. najprościej za to oceniać jest tym którzy takich akurat problemów nie mieli.
      Naszym credo życiowym jest - nie nasza d... nie nasz interes i na prawdę staramy się z A. tego trzymać. Tak jest prościej.

      Usuń
  8. Eh, niestety, strach jest cały czas i czasem ma go tak strasznie dość. Mnie chyba najbardziej przeraża nieprzewiywalność, o której nawet mam gotowy wpis, więc pewnie niedługo zamieszczę. To, że w każdej chwili może stać się coś strasznego, co rozwali cały mój piękny świat.
    A u mnie też strach był od początku, bo ciążę miałam zagrożoną:/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. myślę że wiele osób tak ma. Zastanawiam się tylko czy Ci którzy się z tego śmieją na prawdę są tak odważni i niczego się w życiu nie boją?

      Usuń
  9. My niestety też musieliśmy się zmierzyć z dysplazją bioderek i to był horror, bo synek musiał przez kilka miesięcy chodzić w specjalnym aparacie który trzymał mu nóżki szeroko. Ja też się bardzo boję o moje dzieci nawet w nocy wstaję i sprawdzam czy oddychają, Ale bycie matka nie jest łatwo i bezdzietni tego nie rozumieja. Pzdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale przynajmniej wiesz że zrobiłaś wszystko żeby Twój syn miał zdrowe nogi, tak jak my. a co do tego nocnego wstawania podejrzewam, że nie jedna matka się do tego przyzna. Ja dalej tak robię - pod pretekstem sprawdzenia czy jest przykryta łażę po nocy sprawdzić czy u niej wszystko w porządku :)

      Usuń
  10. Ilona, ja całą ciążę dostawałam pierdolca, sorry, ale tak było, rozumiem o czym piszesz, mówisz, o tym strachu, który towarzyszył, towarzyszy mi codziennie, bardzo, bardzo dobry test.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pierdolec to moje ulubione słowo :) myślę że strach ma tak na nazwisko :)

      Usuń
  11. Ja na szczęście nie miałam znajomych, którzy by tak mi mówili, bo wszyscy znajomi zostali w Polsce. Dysplazję przeżyliśmy (później okazało się, że to było zwichnięcie stawu biodrowego). Było to już ponad dwa lata temu, a ja do tej pory pamiętam emocje z tym związane i moje dziecko na tym cholernym wyciągu. Kiedy w końcu mogliśmy wrócić do domu z zagipsowaną od prawie szyi w dół Gają, odetchnęłam z ulgą, a aparat ortopedyczny to dla nas był już tylko pikuś. Po jego zdjęciu panikowaliśmy, to fakt. Gdy pojechaliśmy do rodziny męża i wszystkie ciotki chwytały małą za lewą nóżkę (jakby się uparły), dostawałam normalnie palpitacji serca, choć niektórzy patrzeli na nas jak na idiotów, że niby tacy nadopiekuńczy etc. Często ludzie pytali mnie, czemu ją wciąż na rękach noszę, bo przecież skoro skończyła pierwszy rok życia, to powinna sama chodzić . Nie chciało mi się opowiadać całemu światu o dysplazji, bo byłam zmęczona tym tematem, Do szpitala poszliśmy miesiąc po porodzie, a ja używałam laktatora i ciągle widzę siebie pompująca mleko mimo tych wszystkich gapiów. Rozumiem Cię dobrze Ilonko, za to nie bardzo rozumiem reakcję Twoich znajomych. Ja cały czas drżę o Gaję i to z wielu powodów. To normalne, jesteśmy matkami...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja od 3 m-ca życia do roku i 2 m-cy byłam na wyciągach, w gispach i aparatach. Mama mnie przestrzegła żebym w żadnym wypadku nie bagatelizowała słów ortopedy i nie robiłam tego. Kiedy inni rodzice śmieli się że słucham się lekarza i zakładam frejkę ja z uporem maniaka to robiłam. Wiem że są tacy którzy tego nie robili i teoretycznie jest wszystko dobrze, mówię teoretycznie bo tak jak pisałam wcześniej w wieku 25 czy 30 lat może okazać sie że młody człowiek ma biodro do wymiany. Nie rozumiem jak można lekkomyślnie do tego podchodzić i wcale się nie dziwię że panikowałaś bo ja tez nie dawałam ciągać i machać Żukowi za nóżki. A. jak lew bronił jej przed stawianiem i nauką chodzenia przez innych.....opłaciło się moim zdaniem. I bardzo Wam współczuję tego wyciągu!

      Usuń
  12. Miałam to szczęście, że nikt- ani z rodziny, ani ze znajomych- nie mówił mi, że jestem jakaś przewrażliwiona, czy nadgorliwa. Też każdego dnia drżę o swoje dziecko. Mimo, że wiem, że nic niebezpiecznego w jej zasięgu ręki nie ma, to i tak muszę kontrolować. Muszę mieć dziecko na oku, bo dopiero wtedy jestem spokojna.
    Wszystko co napisałaś, jest prawdziwe. To nie żadne Nasze wymysły, przewrażliwienie... nosiłyśmy pod sercem 9 miesięcy ten Nasz mały cud i tyle się dzieje w tym okropnym świecie, że trzeba mieć oczy dookoła głowy, czy w domu, czy na podwórku...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. odkąd się dowiadujecie że zostaniecie rodzicami zaczynają się zmiany w mózgu takie nieodwracalne. pewne zmysły sie wyostrzają i zaczynacie postrzegać świat przez pryzmat potencjalnych niebezpieczeństw. Moim zdaniem to raczej instynkt rodzicielski niż przewrażliwienie, ale tak jak dziewczyny piszą zrozumie ten kto tego doświadczył.

      Usuń
  13. Moja mama kiedy byłam już dorosła, a jeszcze nie miałam dzieci powiedziała mi, że rodzice zawsze będą się bali o swoje dziecko, nie ważne czy jest maleńkie czy ma 15, 25 czy 45 lat. Wtedy myślałam, że przesadza, ale kiedy pierwszy raz zobaczyłam mojego syna wiedziałam już, że ma rację. Ktoś kto nie ma dzieci nie jest w stanie tego pojąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. do tej pory jak wyjeżdżamy musimy się meldować swoim mamom bo biedne siedzą i myślą czy szczęśliwie dojechaliśmy do celu. I wcale im się nie dziwię również.

      Usuń
  14. Aj, nic nie mów. Ten strach to zjada mnie od środka. Jesteśmy na etapie szczepienia na świnkę odrę i różyczkę. Czekamy prawie cztery miesiące na szczepionkę, bo tak się na nią ludzie rzucili, że wykupili wszystko. Bo ponoć nowsza, lepsza, bezpieczniejsza. Każde szczepienie to dla mnie traumatyczne przeżycie. Ba, szczepienie. Każdy upadek, płacz, niepokój Olusia powoduje, że w mojej głowie z prędkością światła pojawiają się czarne myśli scenariusze tego co może się zdarzyć. Masz rację, strach o własne dziecko będzie nam towarzyszyć do końca naszych dni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Instynkt rodzicielski - myślę że po prostu przyroda nam to sprezentowała w gratisie do dzieci inaczej ludzkość by wyginęła. A z tą szczepionką to jestem w szoku, żeby aż tak? ale za to przypomniałaś mi że muszę iść się przebadać czy mi się przeciwciała na różyczkę wytworzyły po powtórnym szczepieniu :)

      Usuń
  15. Ja już mgliście pamiętam jak to jest nie mieć dzieci. Ale ci którzy dzieci nie mają nie powinni się w tym temacie wypowiadać. Oni mogą tylko przypuszczać jak to jest z tym strachem i bezmiarem miłości. Ale jak im to wytłumaczysz? Porównać do posiadania psa, kota czy świnki morskiej? Nie da się. A jak się nie da to ich strata ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niektóre wspomnienia celowo chyba zacierają się w pamięci cobyśmy nie żałowali pewnych swoich decyzji :) z momentem pojawienia się ciąży mózg przestawia nam się na tryb rodzic, bezpowrotnie. W sumie to tylko dobrze o nas świadczy - że jesteśmy świadomymi i odpowiedzialnymi ludźmi.

      Usuń
  16. krotko powiem czysta prawda wzruszajacy wpis

    OdpowiedzUsuń
  17. Jak to czytam to pomyślałam sobie o tekście z ostatniej Polityki. O wcześniakach - o tym ile czasu, energii, zaangażowania i miłości trzeba im poświęcić żeby przetrwały i były zdrowej. Jaki to stres, kiedy nie wiesz czy twoje dziecko będzie widziało, słyszało. Zmroziło mnie. Odetchnęłam z ulgą, że nasze dzieci przez to nie przechodziły a potem sobie pomyślałam, że jeszcze tyle złych rzeczy może je spotkać. Często myślę o tym, że odkąd mam dzieci nie boję się o siebie. Boję się tylko o nie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na szczęście Żuk tylko 2 tyg. przed terminem wyszła i nie była wcześniakiem - ile stresu najadają się Ci którzy muszą patrzeć na swoje dzieci w inkubatorach wiedzą tylko oni. a co do strachu - na strach o siebie po prostu nie ma czasu - zwłaszcza jak się ma więcej niż jedno dziecko :)

      Usuń
  18. Jesteś wspaniała... Wiesz, z początkiem posta mogę się całkowicie z Tobą utożsamić... Niestety nie każdy ma potem tyle szcześcia, by ominąć szpitale, diagnozy, choroby, stres z tym związany... Ale nade wszystko liczy się MIŁOŚĆ! Ona nawet strach przezwycięży :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję za tak miłe słowa! a co do tego szpitala i chorób mam tego świadomość i tym bardziej denerwuje mnie gadanie o nadwrażliwych rodzicach. To musi być straszne siedzieć przy szpitalnym łóżku dziecka i modlić się o jego zdrowie. Nadwrażliwość i nadopiekuńczość to może być karmienie pięciolatka bo sam może sobie krzywdę zrobić widelcem, a ni dbanie o zdrowie dziecka i konsultowanie diagnozy u kilku lekarzy. Pozdrawiam!

      Usuń

Cieszę się drogi czytelniku, że chcesz pozostawić po sobie ślad. Proszę jednak o przemyślane dobieranie słów, gdyż odkąd mam dziecko oduczam się przeklinać :)