środa, 29 kwietnia 2015

Przygody z książką 2 i Recyklingowe zabawy - czyli 2 w 1


Tym razem nie będzie elementu zaskoczenia i wielkiego wow. Znów pacynki choć inną metodą.
W ich robienie wpletłyśmy praktyczną naukę mieszania kolorów.

Zaczęłyśmy od książki Obrazki dla maluchów - Kolory. Polecam całą serię tych książeczek gdyż zawierają one wiele ciekawych i konkretnych wiadomości. Nie są za to przeplecione masą tekstu. Wszystkie informacje połączone są z obrazami dzięki czemu dziecko uzmysławia sobie lepiej czytane pojęcia. Obrazy są proste, bez udziwnień, z jasnym przekazem. Natomiast twarda oprawa i strony czynią z nich książki dla najmłodszych czytelników. Zaczęłyśmy je studiować - początkowo oglądając tylko obrazy - jak Żuk skończyła rok. Jak na razie dobijamy prawie do 3 i pół roku i nadal są aktualne i ciekawe. Można powiedzieć, że inwestycja w nie była długofalowa.

 Nie będę opisywać każdej z książek z tej serii, którą posiadamy gdyż podejrzewam, że znudziłoby się Wam po trzech pierwszych akapitach. Za to pokażę obrazki z tej, którą wykorzystałyśmy do naszych recyklingowych zabaw, mając na uwadze naukę poprzez zabawę.
Kolory bo o niej mowa zawiera podstawowe pojęcia związane z kolorami. Zaczyna się od krótkich wierszyków z zadaniem znalezienia na obrazku podanych w tekście elementów, po czym przechodzi do zadań na spostrzegawczość (np. gąsienica w kolorze/wzorze i pytanie jakiego koloru powinien być segment biały), zadania typu dopasuj kolorystycznie i znajdź nieprawidłowy kolor elementu. W środku znajdziemy także podstawy mieszania barw z pytaniem czy kolor który wyjdzie po zmieszaniu jest barwą podanego zwierzęcia. Łatwy i prosty sposób na naukę podstaw.
Żeby lepiej uzmysłowić Żukowi tekst zaczęłyśmy w praktyce mieszać kolory - farby. Jak zaczarowana patrzyła na zmieniające się barwy, a żeby ich nie marnować wykorzystałyśmy powstałe kolory do zrobienia kolejnych pacynek, do naszego domowego teatru.
Efekt możecie obejrzeć na zdjęciach.
Czego potrzebujemy do zrobienia pacynek?
Potrzebujemy do nich łyżek plastikowych, farb (my używaliśmy akrylowych - nie ze względu na fakt że są rewelacyjne, choć faktycznie są, ale ze względu na to, że tylko takie posiadamy w domu), kolorowy samorzylepny papier, mazaki.
Życzę miłej zabawy podczas czytania i tworzenia!
Pozdrawiam PR!


















piątek, 24 kwietnia 2015

Dlaczego zdarza mi się bywać wredną suką?

Nie raz i nie dwa powtarzałam, że cechuje mnie naiwne przeświadczenie na temat powracającego dobra. Pomagam ludziom, bo taką mam naturę, tak zostałam  wychowana i uważam, że po prostu tak trzeba. Nigdy nie wiesz co Cie w życiu czeka i czy Ty przypadkiem nie będziesz kiedyś potrzebował pomocy.... Więc lepiej narobić sobie przyjaciół, niż później umrzeć z głodu. 
Mam świadomość, że są różne sytuacje w życiu i czasami niezależnie od siebie nie ma się pracy i pieniędzy. Mimo szczerych chęci do pracy po prostu czasami jej brak. Dlatego staram się nie oceniać ludzi przez pryzmat jej braku.
Są jednak takie sytuacje w życiu, że zapieklam się w swoim stanowczym NIE i niech się wali i pali, a pomóc nie pomogę.
Ja też kiedyś potrzebowałam pomocy. Siedząc w autobusie zaczepiła mnie Pani - zagaiła rozmowę jak to starsze Panie mają. Pech albo traf chciał, że wylałam z siebie wszystkie żale, a ona mi pomogła. Było to bardzo dawno temu, pond 16 lat dzieli mnie od tej sytuacji, a ja dalej mam wrażenie, że była to dobra wróżka, która za jednym machnięciem magicznej różdżki odmieniła mój świat. Bezinteresownie. Po prostu, bo tak chciała i mogła mi pomóc. Będę jej za to wdzięczna do końca życia.
Między innymi dlatego też ja staram się pomagać innym. Jednak kiedy słyszę o ludziach, którzy mając kilkoro dzieci stoją w kolejce do MOPSU po pomoc, a stojąc w tej kolejce umilają sobie czas popalaniem papierosów zalewa mnie krew. Jest wiele osób, którym jest ciężko. Jednak jest też wiele takich, które tę swoją ciężką dolę ubarwiają tytoniowym dymem. Osoby takie są skreślone na mojej liście do pomocy. Takim co najwyżej mogę dać sezonową pracę i modlić się o to by choć część z zarobionych pieniędzy doleciała do żołądków ich małych dzieci. 
Dlaczego jestem tak wredną suką?
Będąc ostatnio w sklepie wydałam niecałe 23 zł na:
 2 chleby, 
6 bułek,
 1 kapustę pekińską,
2 pomidory,
2 ogórki,
2 papryki.
Dodając do tego 1 masło za 3,59 i mleko za 2 zł mamy materiał na śniadania i kolacje na przynajmniej 3 dni dla naszej 3 osobowej rodziny. Wydając kolejne 10 zł na porcję rosołową, którą można podzielić na pół i kilka warzyw, oraz najtańszy makaron zyskujemy skromny obiad. 
Za około 40 zł można wyżywić się przez kilka dnia.
Dla przykładu podam teraz cenę papierosów. Słyszałam, że te zza wsch. granicy lepsze chodzą po 7,5 za paczkę, gorsze po 5. Polskich poniżej 10 zł za paczkę chyba się już nie kupi. Jedna osoba dorosła zazwyczaj wypala paczkę dziennie - wiem bo paliłam (dawno temu i nieprawda). Jak pali oboje w związku, robi się z tego niezła sumka pieniędzy. Ja się pytam więc dlaczegóż miałabym pomagać komuś kogo stać na palenie papierosów? Czy naprawdę zachcianka jest ważniejsza niż nakarmienie własnego dziecka?
Nie krytykuję w tym poście palaczy. Nie moja d... nie mój interes. Nic mi do tego co ludzie robią ze swoimi częstokroć ciężko zarobionymi pieniędzmi. Mi nikt do portfela nie zagląda i ja staram się robić tak samo. Krytykuję tu osoby, które wyciągają rękę po pomoc - czy to od państwa, czy od organizacji pozarządowych, czy od zwykłych obywateli i nie widzą nic złego w tym, żeby palić papierosy. 
Gdy zaczyna się być odpowiedzialnym za życie dzieci należałoby sobie je przewartościować i zastanowić się co w Twoim życiu jest ważne, a co ważniejsze. Bo częstokroć wychodzi na to, że ludzie wolą sobie puścić dymka, niż nakarmić własne pociechy. Przykre - ale niestety prawdziwe.
Dlatego właśnie bywam wredna.....
Pozdrawiam PR!


środa, 22 kwietnia 2015

Ekoterroryzm przedszkolny cz.2

 Jak to moja mama miała w zwyczaju powtarzać - byłby z Ciebie poeta, tylko głowa nie ta.....

Oczywiście nikt inny jak panie przedszkolanki i własne dziecko nie potrafi zmotywować rodzica do zrobienia rzeczy niemożliwych. Tak oto za sprawą jednej z Pań z przedszkola i jej biednego wzroku po raz kolejny zostałam wykorzystana. Nic nie poradzę, że mam do nich słabość. Na potrzeby przedszkola zostałam na jeden dzień poetką (myślę, że to trochę za duże określenie, ale co tam raz się żyje) i napisałam ekologiczny wiersz. Z drugiej strony kto jak nie mama po ochronie środowiska nie?

Rozsiądźcie się wygodnie i stabilnie coby nie spaść z krzesła, nie polecam picia i jedzenia podczas czytania bo można się zadławić. Stwierdziłam, że skoro całe przedszkole zobaczy moje marne wypociny to i Wam poprawię nimi humory.

Miłego czytania i może lepiej nie komentujcie dziś wpisu, bo jednorazowa krytyka spływa po mnie jak po kaczce, ale jak przeczytam 20 negatywnych komentarzy to pewnie zamknę bloga.....

Woda życiem jest na ziemi,
Wszyscy o tym dobrze wiemy,
Dzięki niej istnieje człowiek,
I całe oblicze przyrody.

Życiodajne źródła wody,
Istnieć mogą dla przyrody,
Tylko wtedy gdy z człowiekiem,
W zgodzie będą żyć na wieki

Zanim w otchłań rzucisz papier,
Zanim w lesie  śmieć zostawisz,
Stań, zastanów się i powiedz,
Da się wyżyć z brudnej wody?

Choć przyroda zniesie wiele,
Bądź jej wielkim przyjacielem,
Szanuj dary dzięki którym,
Żyć możemy wśród natury.

Woda życiem jest na ziemi,
Wszyscy o tym dobrze wiemy,
To przyrody podarunek,
W zamian dajmy jej szacunek.

A co Wy jesteście w stanie zrobić dla własnego dziecka?
Pozdrawiam PR

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Ekoterroryzm stosowany.



Zaczynając studia 10 la temu na jednym z pierwszych wykładów usłyszeliśmy wiele patetycznych pojęć. Wtedy wydawało się, że ważnych. Przewijały się one przez cały tok studiów i wszystko sprowadzało się do nich. Tak właśnie perspektywa globalnego ocieplenia i braku ropy za 40 lat stały się naszym credo życiowym, a nasze studia zostały na nich oparte. 
Teraz, 5 lat po studiach, gdy oglądam czasem telewizję i widzę pięknego chłopca wypowiadającego się w identyczny sposób jak 10 lat temu moi wykładowcy, że za 40 lat zabraknie nam ropy, czuję się jakby mnie ktoś oszukał, jakby zabrał mi 5 lat mojego życia i śmiał mi się w twarz z tego, że mu uwierzyłam. Do tego z każdym mijającym miesiącem globalne ocieplenie staje się coraz to większą farsą. Zaczyna się odnosić wrażenie, że pojęcie to zostało wymyślone głównie na potrzeby komercji i handlu rzeczami, które bez niego by się nie sprzedały.
Jestem z tych ekologów nieekologicznych. Mam wielki szacunek do miejsca, w którym mieszkam i do przyrody. Wiem, że każdy element przyrody odgrywa jakąś rolę i wszystko gra tylko dlatego, że żyje ze sobą w symbiozie. Dlatego też uważam, że o środowisko należy dbać w miarę możliwości. Jednak nigdy nie miałabym odwagi przykuwać się do drzewa dlatego, że ktoś chce wybudować drogę. Wiem, że drogi są nam tak samo niezbędne w tych czasach jak lasy i czyste powietrze i osobiście za każde wycięte drzewo kazałabym posadzić 3 nowe bez możliwości ich wycięcia przez najbliższe 30 lat, a nie kazała prowadzić drogę wokół np. dębu, który i tak umrze ze względu na podcięte  korzenie, zanieczyszczenie terenu wokół niego i zmniejszony dostęp wody ze względu na utwardzenie gruntu.
Ale to jestem ja- szary człowiek, którego się nie słucha. Lepiej więc bezmyślnie przeklepywać zagraniczne ustawy, nakazy i przykaz niż kreatynie pomyśleć nad rozwiązaniem problemu.... Przyroda nie raz pokazała, że potrafi przystosować się do nowych warunków, tak jak my przystosowujemy się do niej. Wystarczy tylko odrobina wzajemnego szacunku.
Choć studia moje w dużej mierze teraz wydaja mi się farsą, wniosły w moje życie także wiele korzystnej i cennej wiedzy. Pamiętam jak uczono nas w jaki sposób najlepiej jest dotrzeć do świadomości społeczeństwa, tak żeby osiągnąć zamierzony cel nie walcząc z wiatrakami. 
Jak? Oczywiście poprzez dzieci. Tłumacząc dzieciom jak ważna jest ochrona środowiska przyrodniczego i co jest zawarte w szeroko pojętą ochronę. Umiejętne wbicie tej wiedzy w świadomość młodego pokolenia sprawia, że dorośli/rodzice nie mają wyjścia i muszą robić tak jak zostały nauczone dzieci. Przecież żaden z rodziców nie odważy się powiedzieć, że Twoja Pani w szkole wygaduje głupoty i wcale nie trzeba robić tak jak mówi. Mając na uwadze świętość jaką dla małego dziecka jest nauczyciel i autorytet jakim się u ów dziecka cieszy byłoby to równoznaczne z powiedzeniem, że matematyka, język polski i całe to chodzenie do szkoły też nie są dziecku potrzebne i w ogóle są głupotami, które wygaduje Pani w szkole.
Takim oto sposobem zaczyna się ekoterroryzm, którego oczywiście nie będę krytykować, bo prawdopodobnie zarzucilibyśmy się śmieciami gdyby nie on, a piękne krajobrazy cechujące nasz kraj oglądalibyśmy tylko na zdjęciach.
Ponadto jak widzę, że dzięki mojemu wywiezieniu raz w miesiącu przeczytanych gazet, zebranych kapsli i baterii przedszkole, do którego chodzi moje dziecko dostaje pieniądze na rozwój zaczynam czerpać satysfakcję z mojego porządkowania własnego światka. Mam świadomość i pewność, że na segregacji, którą prowadzę faktycznie ktoś skorzysta.
Tak wiec moi drodzy, może warto jednak postawić słoik na kapsle i baterie i wysegregować śmieci. Świata od razu nie zbawimy, za to możemy pomóc naszym dzieciom rozwijać swoje zainteresowania i umilić im jeszcze bardziej czas spędzony w przedszkolnych i szkolnych szeregach. Nie wszystkie działania są prowadzone tylko po to by nas terroryzować.
Pozdrawiam PR!

piątek, 17 kwietnia 2015

O profanacji i przemycie jedzenia.

"Nie baw się jedzeniem!"
"W Afryce dzieci głodują a Ty wybrzydzasz...!"
"Jedzenie to nie zabawka!"
"Na chleb trzeba ciężko pracować!"

Znacie takie powiedzonka? Ja oczywiście oprócz tego, że pamiętam bardzo dobrze ze swojego dzieciństwa, potrafię nawet wtrącić je w swoje monologi i to nie wiedząc kiedy.
Wcale mi się nie podobały i nie podobają, są jednak tak głęboko zakorzenione w mojej podświadomości, że częstokroć niekontrolowane wypływają z moich ust... A, że dawno temu zapadłam na przypadłość "najpierw mówi, później myśli" - pomyślę dopiero później jak już je wypowiem, że wcale nie chciałam takiego określenia używać. No nic, jak to się mówi nikt nie jest idealny...i lepiej chyba używać takich określeń niż bluzgać na lewo i prawo....

Momenty kiedy dziecko jest przeziębione i nie czuje smaku przez katar są chyba najgorszymi momentami dla każdego rodzica. Z jednej strony wiesz, że chore, że katar, smaku nie czuje....samej/samemu nie chce Ci się w takich sytuacjach jeść. Z drugiej jednak strony masz świadomość, że jak nie będzie jeść to nie będzie zdrowieć. Organizm musi mieć siłę żeby walczyć z chorobami, a niedożywiony organizm walczy głównie o przeżycie, siły na nic już poza tym nie ma.

Żuk z jedzeniem problemów raczej nie ma, wystarczy na nią spojrzeć. W sumie ma to po rodzicach, którzy jeść także uwielbiają. Jednak jak każde dziecko podczas wychodzenia zębów, a później podczas przeziębień jedzeniem gardziła. Nazywaliśmy to zazwyczaj mleczną dietką, bo mleko było i jest jedyną rzeczą, którą daje w siebie w takich sytuacjach wlewać. Jednak jako nadgorliwa matka nie mogłam nigdy znieść tej myśli, że ona nie zje nic, nawet kanapeczki.... Choćby z tą przeklętą nutellą, byleby coś jeszcze oprócz tego mleka.

Wtedy właśnie wpadła mi do głowy myśl, że dlaczego by na potrzeby przemycenia jedzenia nie zabawić się nim. W końcu to nie marnotrawstwo i nie profanacja lecz zabawa z korzyścią głównie dla dziecka. Z okazji zimowej pory, przeziębienia i braku możliwości zrobienia pikniku, Żukowi owego się właśnie zachciało. Chwyciłam okazję i wykorzystałam ją w 100%. Oprócz małych, szybkozjadalnych kanapek, zaserwowałam jej mrożone (już rozmrożone oczywiście) owoce i kilka rzeczy, które lubi, na ręcznikach kąpielowych, na podłodze w jej pokoju. Leżałyśmy tak wyobrażając sobie zacieniony trawnik w parku i konsumowałyśmy nasze kolorowe kanapeczki.

Inną odmianą naszej zabawy jedzeniem, którą możemy już spokojnie nazwać swoim prywatnym rytuałem są owocowe koreczki. Bierzemy wszystko co tylko  mamy dostępne w domu i robimy z tego kolorowe koreczki. Czasami są to tylko dwuskładnikowe korki z bananem i jabłkiem, a czasem są kolorowe jak pisanki w koszyczku wielkanocnym. Efekt jest taki, że nawet te mniej chętnie zjadane owoce są pochłaniane.

Oprócz tego, że moje zamierzenie zostało osiągnięte, Żuk dobrze się przy tym bawiła. Oczywiście ja spełniłam obowiązek nadgorliwej matki - nakarmiłam dziecko! 

Nie wiem jak to jest mieszkać z niejadkiem, ale może spróbować wraz z nim zabawić się jedzeniem? Dzięki temu może odkryje uroki jedzenia, a matkom wróci spokojny sen...? Czemu by nie spróbować? W końcu jak to mówią tonący się brzytwy chwyta!

Pozdrawiam PR!

środa, 15 kwietnia 2015

Przygody z książką : Zapach i smak lasu.

Ponoć czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Założyłam sobie więc, że starość mojego dziecka będzie wyznaczało trącanie książek.... Właściwie czytanie i to nie z racji tego, że będzie potrafiła czytać, tylko z racji tego, że Ona po prostu będzie kochała to robić.... I tak odkąd tylko pojawiła się na świecie macham jej namiętnie książkami i gazetami przed nosem, a Ona chłonie jak gąbka wiedzę i miłość do nich. 

Dzika Jabłoń startuje z kolejną edycją Przygód z Książką. I po raz drugi ów przygody nas nie ominą oczywiście. W końcu gdzie książki tam i my.



Dla przypomnienia poprzedniej edycji krótki skrót tego co proponowałyśmy przeczytać poprzednim razem. Zachęcam do zapoznania się z naszymi poprzednimi wpisami i do odwiedzania nas w kolejnej serii Przygód z Książką.

1. Zaczęliśmy patriotycznie i z wielkim szacunkiem i miłością do przyrody. Konopnicka i jej zbiór wierszy dla dzieci - Co słonko widziało wędrując po niebie.

2. Później była niesamowita podróż po Europie, podróż z perspektywy pingwina - Europa pingwina Popo.

3. Gdy zapoznałyśmy się już z miejscem, w którym mieszkamy przyszła pora na naukę podstaw czyli czytania, liczenia i pisania - Cyferkowo i Literkowo.

4. Wiersz okazał się dla nas najbardziej przyswajalną formą poznawania otaczającego świata więc wierszem go badałyśmy - ABC...Uczę się .

6. Było także wiele czasu na kreatywne zabawy, dzięki którym ćwiczyłyśmy sprawność manualną i rozwijałyśmy wyobraźnię tworząc własne historie - Książka z naklejkami.

7. Ćwiczenie rączki to jedna z naszych podstawowych zabaw więc kolejny wpis także poświęciłyśmy na rozwinięcie tego tematu, tym razem ułatwiły nam to książki - Szablony.

 8. Na koniec oczywiście tak jak na początek solidna dawka wierszy, gdyż wychodzimy z założenia że tego nigdy dość, tym razem dodałam jeszcze coś od siebie, dla tych starszych, lekturę do poduszki - Polscy poeci dzieciom.

Bardzo dobrze bawiłyśmy się tworząc wpisy z serii Przygody z książką. O dziwo nie były one dla nas przymusem, a wyłącznie dobrą zabawą. Mam nadzieję, że dzięki nam wiele osób mogło spojrzeć na świat za pomocą piękna wierszy i pokochać je na równi z nami. 

Nasza propozycja na pierwszy rzut nowej serii to opowieść o trollach, skrzatach, olbrzymach, wiedźmach i owocach lasu. Choć przedstawione postaci nie brzmią zachęcająco z każdą stroną dowiadujemy się że trolle przyjaźnią się ze skrzatami i wcale nie są paskudne, że olbrzymy mają dobre serca, wiedźmy są tak naprawdę zielarkami, potrafiącymi wyleczyć bolący brzuch, a wielki, mroczny las to skarbnica pyszności i zdrowia.
Owocowe bajki Barbary Gawryluk to zbiór pięciu bajek przenoszących czytelnika w świat magicznej Północnej Krainy. Czytając każdą z nich czuje się zapach i smak konfitury jagodowej, poziomkowej i soku z malin. Im głębiej "wchodzimy" w las tym bardziej czujemy zapach kwiatów na leśnej polanie, a pod stopami miękki dywan z mchu. 
Magia książki z każdym wersem staje się coraz większa, a niesamowite opisy sprawiają, że są to prawdziwe bajki, takie które kojarzy się z dzieciństwa, takie które zostają magiczne nawet wtedy kiedy czyta się je już swoim dzieciom.
Ilustracje w książeczce są przyjemne dla oka zarówno rodzica jak i dziecka. Choć przeplecione są całą paletą barw, są one stonowane na tyle żeby nie rozpraszać małego czytelnika. Wszystkie postaci o strasznych nazwach pokazane są w sposób zachęcający do dalszej lektury. Ponadto nie są jak ja to mam w zwyczaju nazywać alternatywne - choć przedstawiają typowo bajkowe stwory nie są pokraczne. Prostota przekazu - kolejne moje ulubione określenie, które doskonale oddaje sens obrazów wplecionych w tekst książki.
Książeczkę polecam już od 3 roku życia.
Jest odpowiednią lekturą do poduszki, czytaną z przyjemnością przez nas i słuchaną z przyjemnością przez Żuka. 
Obiecuję, że nie będziecie się nudzić!

Polecam i pozdrawiam PR!









poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Kwiecień w ogrodzie

 Niejednokrotnie podkreślałam, że ogródkiem warzywnym w domu, w którym mieszkam zajmuje się moja teściowa. Nie bez przyczyny oczywiście - ma większy zasób wiedzy na ten temat i po prostu to lubi. Ja nie pałam miłością do pielenia małych grządek - chyba za szybko się nudzę podczas takich precyzyjnych prac.

W związku z wieloma pytaniami dotyczącymi wysiewu i zakładania ogródka przejrzałam kilka książek i gazet i napisałam krótką notkę o tym co wiem. Nie bierzcie jej za wyznacznik ale jako podpowiedź. Specjalistą w tej dziedzinie nie jestem. A jeśli macie jakieś sugestie i spostrzeżenia możecie umieścić je w komentarzach - wtedy Ci którzy potrzebują będą mieli większe pole do popisu.

Praktycznie od początku kwietnia można rozpocząć wiosenne prace w ogrodach. Zaczynamy oczywiście od sprzątania i usuwania starych zbutwiałych części roślin, przycinania drzewek i krzewów owocowych i spulchniania i użyźniania gleby pod warzywnik i rabaty (w zależności od tego co planujemy).

Spulchniona gleba musi osiąść więc należy zachować odstęp czasu (kilka dni) między spulchnianiem, a wysiewem.

W pierwszej połowie kwietnia wysiewa się: groch, szpinak, bób, rzodkiewka, rzeżucha, rukola, sałata, pietruszka, marchew, koper, kapusta.

W połowie miesiąca: buraki,  marchew na letni zbiór.

Wszystkie te najwcześniej wysiane warzywa są na pierwszy wczesny zbiór, żeby zachować ciągłość i mieć co zbierać jesienią do przechowywania należy zaopatrzyć się w nasiona odmian późniejszych i wysiać je zgodnie z instrukcją podaną na opakowaniu.

Ponadto w kwietniu wysadza się cebulę z dymki oraz czosnek jary. Jest to także dobry czas na wegetatywne rozmnażanie niektórych warzyw - m.in. także rabarbaru.

Można posadzić na wcześniejszy/letni zbiór już pora z rozsady. Na jesienny można spróbować wysiać go już bezpośrednio do gruntu - choć ta metoda nie jest do końca polecana gdyż trzeba go później przerzedzać przerywając lub rozsadzając. Rozsadę lepiej przygotować wcześniej w domu lub w szklarni i wysadzać rośliny bezpośrednio z rozsady za jakiś czas.

Druga połowa miesiąca to dobry moment na przygotowanie sobie także sadzonek cukinii i jeśli ktoś bardzo lubuje się w dyni można także przyspieszyć jej zbiór przygotowaniem sadzonek. Wysiewamy po 2 nasionka np. w kubeczkach po śmietanie. Wysadzamy je dopiero po długim majowym weekendzie - mając na uwadze występowanie, a raczej nie wystąpienie przymrozków.

Z końcem kwietnia w gruncie mogą znaleźć się już także ziemniaki.

Mam nadziej, że pomogłam!
Pozdrawiam PR!




piątek, 10 kwietnia 2015

Rodzicielstwo strachu.

Mówili że to trudno, że w tych czasach ludzie po 10 lat się starają i nic. Mieliśmy szczęście. Jak postanowiliśmy tak sie stało. Zaszłam w ciążę od razu gdy tylko sobie wymyśliliśmy, że to już czas.

Niestety zamiast cieszyć się i wychwalać pod niebiosa mój błogosławiony stan odkryłam w sobie strach, ten sam, który towarzyszy mi nadal i zapewne do końca mych dni towarzyszyć mi będzie.

Mówią, że dziecko to cud, ja się z tym oczywiście zgadzam w 100%. Tak samo jak z tym, że oprócz cudu jest też trud, najpierw donoszenia ciąży, później szczęśliwego rozwiązania, potem wychowania.

Kiedy usłyszałam, że jeden z naszych bezdzietnych znajomych powiedział, że odbiło nam odkąd mamy dziecko, bo jedną diagnozę lekarską potwierdzaliśmy u 3 lekarzy wpadłam w szał. Nikt inny jak mój małżonek nie potrafi mnie tak wprowadzić na równe tory po ataku furii. Wystarczyło tylko, że powiedział - uspokój się, zrozumie jak będzie miał swoje. Więc się uspokoiłam i liczę na to, że zrozumie, właściwie na nic już nie liczę....mam to gdzieś....

Zachodzisz w ciążę i nic innego w tym momencie się nie liczy. Jedyne co zaczynasz liczyć to godziny w dniu, dni w tygodniu, a tygodnie w miesiącu.... i to kiedy wreszcie zobaczysz ten swój cud, który tyle czasu kopał Cię po żebrach.  Liczysz, czytasz, przeglądasz, poszukujesz informacji. Emocje sięgają zenitu. Tym bardziej, że internet i telewizja bombardują historiami, których bym po prostu ciężarnym zabroniła puszczać i opowiadać. I rodzi się w tobie ten cholerny strach, rozwija się razem z Twoim dzieckiem, na równi.... I tak przez całe jego życie. Im większe dziecko, tym większy strach o nie.

Zaczynasz myśleć o sobie jak o rodzicu. Mając na uwadze swoich rodziców, a przynajmniej jedno ze swoich rodziców (oczywiście pod warunkiem, że nie pochodzisz z rodziny dysfunkcyjnej) wiesz, że to nie jakaś tam zabawa. To prawdziwa odpowiedzialność. Niektórzy nazywają to hamulcem, inni balastem, obowiązkiem dla mnie to po prostu miłość.... A normalnym jest, że jak coś kochasz to o to dbasz, żeby tego nie stracić.

Pierwsze schody zaczęły się w ciąży. Pięciu lekarzy mnie przebadało zanim się okazało, że to coś co znajduje się obok mojego dziecka nie zagraża mu. Nie tych pięciu lekarzy nie było naszym wymysłem - zaczęło się od mojego, poprzez celową konsultację wyznaczona przez mojego lekarza, a skończyło w szpitalu gdy dostałam krwotoku..... Hm, ale prościej jest powiedzieć, że stuknięci bo do 5 lekarzy poszli....niech tak zostanie.

Później był poród. Każda, która rodziła na pewno słyszała 1000 historii o nim i każdą inną oczywiście. Dodam tylko, że wszystkie doprawione pieprzem do smaku, coby za szczęśliwym na tą porodówkę nie dotrzeć.... Najlepsze jest to rozczarowanie po wszystkim kiedy okazuje się, że nic z tych bajek tysiąca i jednej nocy się nie sprawdziło. Za to sprawdził się koszmar z komplikacjami, bo dziecko zaparło się barkiem stwierdzając, że decyzja o przedwczesnym porodzie była pochopnie podjęta....hm za późno, matka wyrzuciła, stwierdziła, że jak postanowiło wyjść to ma wyjść. Co się strachu najadła słuchając panicznego krzyku pani doktor do stażystki, coś w stylu "leć po Malinowskiego" tylko ona wie.... No może jeszcze ojciec wie, bo nikt jak on nie zna matki lepiej. Więc trwali sobie tak w tym strachu razem, na tej białej sali wyłożonej po sufit płytkami. Udało się....
Później miało być już tylko dobrze i pięknie. Zaczęło się od płaczu i braku mleka..... Przebrnęliśmy i przez to myśląc, że góry możemy przenosić.

Kolejny policzek od losu - dysplazja i wizja wiszenia naszego 7 tygodniowego dziecka na wyciągu w szpitalu. Potrafisz to sobie wyobrazić....? Bo ja nawet nie próbuję, gdyż za każdym razem łzy napływają mi do oczu i powraca mój cholerny męczący od dzieciństwa sen - paskudne metalowe łóżeczko i ta gruba pielęgniarka pytająca się czemu się tak drę....Ok teoretycznie nie powinnam tego pamiętać, za mała byłam....teoretycznie....

Nie bagatelizujemy sprawy, bo wiemy, że to czy będzie miała zdrowe nogi w przyszłości zależy właśnie w tym momencie tylko od nas. Pierwsi lekarze tak się nami zajęli, że dodatkowo pojawiło się zwichnięcie....Dzięki Bogu wpadliśmy na pomysł konsultacji z drugim lekarzem....Bo inaczej gdybyśmy przy tamtych pierwszych lekarzach zostali szpital by nas nie ominął.... 

AAAA zapomniałam o strachu - oczywiście urodził się wprost przeciwnie cały i zdrowy razem z naszym dzieckiem i rósł dwa razy szybciej niż ono. Teraz wyszedł, bo z opowieści innych rodziców słyszy się wciąż, że jak szpital to przywleczecie do domu coś lepszego...Jedno wyleczą, a dwa do domu przywieziecie - rotawirus, bakteria, wysypka....niby nic, ale nie dla niemowlęcia.

Drugi lekarz pocieszył, podał chusteczkę, żeby wytrzeć łzy i podyktował metodę leczenia. Powiedział, że jak będziemy współpracować będzie ono krótkie. Teraz z perspektywy czasu wiemy że było, jednak wtedy 5 czy 6 m-cy w tej cholernej frejce (poduszka filcowa do leczenia dysplazji stawów biodrowych) wydawało się wiecznością. Co miesiąc słyszeliśmy o wielkich postępach i co miesiąc, że kolejny spędzi w poduszce. Normalnie zakłada się pieluchę dziecku wieczorem i może z raz w nocy zmienia jeśli zrobi coś grubszego. Gdy dziecko nosi na tyłku wielki, gruby kawał filcu pieluchę zmieniasz za każdym razem, bo wizja odparzeń przy filcu nie wchodzi nawet w grę. Więc cała ceremonia co 3 godz - przebieranie, karmienie, odbijanie, zasypianie - zostało Wam jakieś 1,5 godz. snu.... Zaciskacie zęby i wiecie, że dacie radę....a po 4 m-cach pomysł jeszcze jednej konsultacji, choćby po to żeby pozwolili już tylko pieluchować zamiast frejki sam wchodzi wam do głowy, idziecie za ciosem  i konsultujecie. Nie przestaniecie przecież leczyć dziecka, bo jak się okaże, że w wieku 25 lat ma biodro do wymiany, albo że w wieku 3 lat kołysze się na nożkach to będziecie wiedzieli, że to tylko i wyłącznie wasza wina....Strach trochę co?!

Leczenie się kończy, Wasz radosny bobasek może wreszcie zacząć nim być, ale cóż to? Zaczynają mu wychodzić ząbki....Pach paracetamol, ibuprom, cokolwiek byleby przestało płakać i cierpieć. Słyszysz i czytasz o uszkodzeniach organów przez środki przeciwbólowe i siedzisz i zastanawiasz sie pół nocy nosząc płaczące dziecko - dać i ulżyć w bólu, czy zaszkodzę swojemu dziecku?

Wreszcie upragnione pierwsze kroki. Cieszycie jak jak nienormalni z postępów, nagrywacie, fotografujecie..... Po czym widzicie siniaka na główce dziecka i przez następne 12 godz modlicie się żeby to był tylko zwykły siniak, żeby jakieś wymioty i zawrtoty głowy obecne przy wstrząśnieniu mózgu wie wystąpiły. Dziecko zaczyna radośnie stąpać na tych małych chwiejnych nóżkach a wy zaczynacie spoglądać świat przez pryzmat strachu. Szafka=kant; stół=kant, krzesło=kant, próg=kant.... i tak można w nieskończoność. Strach o bezpieczeństwo Waszego dziecka zaczyna dławić.

Później jest już tylko gorzej, bo zaczyna się żłobek, place zabaw, przedszkole i pierwsze katarki, które okazują się zapaleniem oskrzeli. W międzyczasie ktoś rzuca Ci nad głową to straszne słowo szpital, którego się tak panicznie boicie. Dajesz leki i modlisz się żeby pomogły....i nie zaszkodziły. Bombardują Cię na każdym kroku antybiotyk to zło, szkodzi organizmowi, a później okazuje się, że bez tego ani rusz i podajesz temu biednemu małemu człowiekowi z nadzieją, że robisz dobrze. Przełykając łzy i wyrzuty sumienia, doprawione strachem oczywiście. Przy każdym katarku czy kichnięciu zaczynacie mieć przerażenie w oczach i modlitwę na ustach - oby to nie była choroba, mając wizję męczącego się dziecka zaczynacie błagać Boga, nawet nie wierząc w niego, żeby darował dziecku cierpień. Wy już wiecie co to znaczy chore dziecko, wiecie że nie życzycie tego najgorszemu wrogowi, bo to ciężki czas i dla tego małego człowieka i dla Was. Inni widzą tylko spanikowanych, nadgorliwych rodziców.... Pal licho - kolejna selekcja znajomych.

W międzyczasie wydarza się jeszcze kilka nieprzewidzianych wypadków - na przykład 3krotne zwichnięcie ręki w tym samy miejscu i przestroga lekarza, że trzeba na nią uważać, a najlepiej w ogóle za nią nie prowadzać dziecka. Dziecko wyrośnie z tego ale potrzeba czasu. Znów wychodzicie na nadgorliwych rodziców panikujących, bo dziecko miało zwichniętą rękę i nie każecie za nią prowadzać...no przecież miało, no co może się takiego stać. No właśnie co?

Mija dopiero niecałe 3,5 roku a inni śmieją się wam w twarz mówiąc o tym jacy to jesteście nadgorliwi i panikujący....czasem chciałoby się rzec zapomniał wół.... albo przyjdzie koza..... Nie mówicie nic, zaciskacie zęby, selekcjonujecie znajomych i odkrywacie dlaczego rodzice przyjaźnią się z innymi rodzicami. Okazuje się, że inni cię nie zrozumieją, niektórzy nawet nie próbują.... Przykre....ale niestety prawdziwe.

Nawet nie mogę sobie wyobrazić tego co czują rodzice dzieci przewlekle chorych. Oni nie tylko żyją strachem, oni są strachem. Drżą w każdej minucie dnia o zdrowie i życie swoich pociech, które są dla nich całym światem.

Więc dlaczego Ci bezdzietni nie próbują nawet zrozumieć rodziców? Czy na prawdę nie wiedzą czym jest miłość i poczucie obowiązku? Czy na prawdę nasza może czasami wybujała wyobraźnia i strach w oczach są dobrym powodem do ubarwiania zakrapianych imprez? Nie wierzę w to....Mam nadzieję, że tak nie jest....

Pozdrawiam PR i mój strach o Żuka!

środa, 8 kwietnia 2015

o pszczołach w konfesjonale

Jak już wiele z Was zdążyło powiedzieć - święta, święta i po świętach. Choć takich Świąt jakie ja miałam w tym roku nawet najgorszemu wrogowi nie życzę. Pozostał po nich ból żołądka, jadłowstręt i przeświadczenie, że nie mogę spojrzeć na moje popisowe ciasto. Choć czas ten spędziliśmy błogo, w  łóżku!, rodzinnie to niestety przeplotłam go wymiotami i bólem mięśni towarzyszącym tzw. żołądkowej grypie.
Z pozytywnych aspektów świąt - były to pierwsze, które spędzaliśmy w domu. Choć na śniadanie w niedzielę jechaliśmy do mojej mamy to postanowiliśmy, że i my pójdziemy w tym roku poświęcić jedzenie w kościele. Schody zaczęły się w sobotę rano jak się okazało, że w całym domu nie ma wiklinowego małego koszyka, w którym moglibyśmy zanieść nasze pęto i 2 jaja :) do święcenia. Na szczęście Żuk w swych licznych zasobach rzeczy wszelakich miała coś filcowego na podobę koszyczka....oczojebnie różowego, z żółtą rączką i białym zajączkiem. Choć strojem nie zabłyśliśmy w kościelnej rewii mody, to koszykiem na pewno. Ba! wchodząc do kościoła okazało się, że Żuk pobrudziła kurtkę - długa historia.... 
Jak wiadomo nie od dziś święcenie pokarmu trwa góra 15 min. dlatego też zapewne towarzystwo dało się namówić na to przedsięwzięcie i udaliśmy się tam rodzinnie. Ksiądz choć mówił przez mikrofon, robił to tak mało donośhnym głosem, że usłyszeliśmy z jego 3 min. wywodu tylko słowo jajko i wszystkiego dobrego - oczywiście jak rasowi bezbożnicy staliśmy z tyłu.... Za to wszyscy łącznie z pierwszą ławką i księdzem na pewno usłyszeli Żuka gdy po wejściu do konfesjonału krzyknęła - tato tu są takie dziurki w drewnie, przypuszczam, że mieszkają tu pszczoły..... Ech, cóż rzec... Na koniec jeszcze donośnym głosem dodała - woda do mnie doleciała. I tak zakończyła się nasza wspólna przygoda z kościołem.
Koszyk w domu ustawiliśmy na honorowym miejscu, mając na uwadze, że mamy w domu kota - znaczy się wysoko. Zapomniałam tylko o tym, że choć mój kot nie chodzi po meblach to koty teściowej w łącznej liczbie 3 nic nie robią sobie z mojego zakazu i na przekór gdy tylko nie widzę lub nie mam możliwości rzucenia w nie czymkolwiek robią to z premedytacją i wrodzoną przyjemnością robienia na złość... Także w niedzielę po przebudzeniu stwierdziliśmy brak kawałka naszej poświęconej kiełbasy. Na szczęście były bardzo życzliwe i uprzejme, zostawiając nam jeszcze 2/3 pęta do konsumpcji.....Jak tu nie powiesić na płocie ja się pytam.... ;) (żarcik taki oczywiście).
Z przyjemności Świąt to by było ogólnie na tyle, bo moje mdłości nasiliły się po śniadaniu i wróciliśmy do domu szybciej niż z niego wyjeżdżaliśmy. Później to już tylko pamiętam łóżko, kisiel, toaletę i skaczącego po mnie Żuka. Moje dziecko nijak nie dało sobie wytłumaczyć, że mama jest chora - zdawało się, że w jej słowniku nie ma miejsca na słowo chora i dokazywała ze zdwojoną siłą.
Reasumując jakie by nie były te Święta   wyszły nam w 100% na dobre. Spędziliśmy wspólnie mnóstwo czasu, nie narzekamy na świąteczne obżarstwo, a waga wreszcie pokazała upragnioną cyfrę z przodu (choć wiem że to tylko chwilowe i tak cieszę się jak głupia). Można powiedzieć że odkryliśmy tajemnicę - jak nie przytyć w święta i jak zafundować sobie na prawdę rodzinny czas. Choć przeplecione chorobą, były na prawdę udane.
Pozdrawiam PR

piątek, 3 kwietnia 2015

Czytu tu, czytu tam - czyli PR poleca!

Dziś nie będę oryginalna....
Wróć, a może jednak będę, bo takiego posta jeszcze nie było....
Będę czy nie będę, chciałabym Wam dziś przedstawić kilka tekstów godnych uwagi, zadumy.....przede wszystkim przeczytania (od tego chyba powinnam zacząć).

1. Nieskromnie oczywiście zacznę od siebie i od tekstu, nad którym każdy będący w związku (małżeńskim, partnerskim - do wyboru) powinien się zatrzymać. Jeśli macie problem i chcielibyście wiedzieć dlaczego zapraszam do czytania - Masz problem? Dlaczego?

2. Zestawienia by nie było oczywiście bez Gośki. Zastanawialiście się kiedyś kto jest waszym autorytetem? Czy chcielibyście być autorytetem dla kogoś? Kto to jest autorytet? A kim jest dyktator? Zajrzyjcie do Antyterrorystki żeby poznać jej punkt siedzenia...znaczy się widzenia ;) - Specjalista od wszystkiego

3.  Kolejna z mojej "czarnej listy" to Sabina i jej wywód na temat drażliwych rodziców. A jak Wy reagujecie na zwrócenie uwagi Waszemu dziecku przez obcą osobę? Polecam przeczytać - Drażliwi rodzice.

4. Wiecie kiedy Panda puszcza bąka? Ha! A ja wiem... Tego i jeszcze kilku dla jednych ważnych, dla drugich mniej ważnych rzeczy możecie dowiedzieć się z posta u Sary - Zrób dla mnie jedną rzecz. A najlepiej trzy.


5. Lubicie czytać blogi? Skoro tu zaglądacie to zapewne tak. Ja lubię jak autor odpowiada na moje komentarze - mam przeświadczenie że mnie dostrzega i czuję się tak jakby doceniał moją obecność u niego. Do przeczytania, szczególnie autorom blogów polecam tekst Matki Prowincjonalnej o tym, że komentarz komentarzowi nierówny.


 6. Czytaliście o metodzie kilku chwil płaczu u dziecka? Ponoć dziecko musi się wypłakać, żeby nauczyło się czekać na swoją kolej w życiu i noce przesypiać. Czy oby na pewno? Zajrzyjcie też do Polisz Mam  - jej punkt widzenia na wypłakiwanie się - Nie płacz kochanie.

7. Za każdym razem gdy widzę dziewczynki z kolczykami w przedszkolu staje mi przed oczami obraz pourywanych uszu....Dlatego na pytanie dlaczego Żukowi nie przekłuję uszu odpowiadam - bo chcę żeby je miała. Przedstawiam Słodko-Gorzką i jej Zakolczykowany tekst.

8. Na sam koniec wisienka na torcie, którą koniecznie musicie przeczytać! Brzydkie słowa w ustach 5ltaki. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć na własne oczy!


Mam nadzieję, że macie wystarczająco dużo pozycji do zabicia tej bezrobotnej, świątecznej nudy. Czytajcie, komentujcie i doceniajcie!

 Życzę Wam wesołych, pogodnych, spędzonych błogo w rodzinnym gronie Świąt Wielkanocnych.

Pozdrawiam PR!




środa, 1 kwietnia 2015

Nieefektywna szkoła obojętności

 Myślę, że drzemie we mnie aspołeczność. Jakiś zły gen odziedziczyłam -  choć nie bardzo wiem po kim bo tata rozrywkowy chłopak był, a mama z racji zawodu nigdy nie miała problemu z nawiązywaniem znajomości i kontaktów. Choć ja z tym problemów właściwie nie miałam i nie mam, to jakoś tak z przyjaciółmi mi nie do końca wychodziło. W sumie to we wczesnych latach szkolnych, bo teraz mogę już chyba powiedzieć, że trafił swój na swego i nie zapowiada się kolejna roszada wśród tych, którzy pozostali.
Choć normalnie nazwałabym to zaletą, to wiem, że jest moją największą wadą - dawanie czystej karty dla każdej nowo zapoznanej osoby. Staram się nie uprzedzać do ludzi. Daję im ten pierwszy moment, w którym to sami mnie do siebie przekonują lub zniechęcają. Szastam na lewo  i prawo także drugimi (trzecimi, czwartymi....i tak czasem do dziesiątych) szansami, bo mam świadomość, że każdemu zdarzają się lepsze i gorsze dni... Zazwyczaj ocenianie kogoś zaczynam od siebie i od tego, że często zacinam się w towarzystwie obcych mi ludzi. Częstokroć to właśnie decyduje o tym, że jestem źle odbierana.
Jak już się jednak do kogoś przekonam ma on we mnie na starcie przyjaciela. Nie potrafię przejść obojętnie obok kogoś kto jest dla mnie życzliwy i powiedzieć sorry na mnie liczyć nie możesz jeśli ma on problem. Jeżeli zaś się zaangażuję w jakąkolwiek pomoc - robię to w całości, w tzw. 100% - ślepo wierząc powiedzeniu, że dobro powraca. Jest to moją piętą Achillesową, bo okazuje się że właśnie to jest głównym powodem obrywania przeze mnie po tyłku.
Ludzka perfidność jak się okazuje nie zna granic i świętości. Im bardziej jest się dla kogoś miłym tym bardziej chce Ci on (za przeproszeniem) dosrać. W jednej chwili okazuje się, że ktoś kogo traktujesz na równi sobie, szanujesz za to co osiągnął w życiu i kim jest (choć są tacy, którzy stwierdzą, że mimo wszystko jest nikim) traktuje Cię jak rywala, wroga i sposób na ulżenie sobie przysłowiowego "bólu dupy". Zaczyna jeździć po Tobie, napawając się tym jaki jest zajebisty w tym, że może komuś dokopać.... 
A Ty siedzisz i zastanawiasz się czemu właściwie tak się stało.... I choć chciałoby się dać jeszcze jedną szansę, bo może zły dzień....to "cześć" jakoś tak coraz ciężej przez  gardło przechodzi. 
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że co byś nie powiedział/ła i nie zrobił/ła i tak wyjdzie na Ciebie... Bo przecież unosisz się, na żartach się nie znasz, rżniesz ważniaka.....
Twoje uczucia pozostają w głębokim poważaniu innych, za to że jesteś człowieku głupi i te kolejne szanse rozdajesz....
Jak nauczyć się obojętności?
PR!