poniedziałek, 30 marca 2015

O 7 w 13 zdaniach

7 lat temu (dokładnie 28 marca) zaczął się najlepszy okres w moim życiu. Zostałam żoną męża mego jedynego. Wskoczyliśmy w wypożyczony, lekko przyciasny samochód i pomknęliśmy ulicami Morąga by w Urzędzie Stanu Cywilnego przypieczętować nasz związek, zmienić moje nazwisko i zacząć nową planszę w grze zwanej życiem.

Bilans zysków i strat po tych 7 latach? 
Proszę bardzo!

1. Po 7 latach nadal przynajmniej raz dziennie słyszę i wypowiadam słowo kocham.

2. Po 7 latach nadal w naszym słowniku goszczą określenia "Misiek, Kochanie, Kotek".

3. W ciągu tych 7 lat weszliśmy na najwyższy, a zarazem najtrudniejszy level gry zwanej życie o nazwie rodzice.

4. W ciągu tych 7 lat dorobiliśmy się wspaniałego dziecka, które przysłoniło nam świat.

5. Po tych 7 latach mamy także 1 wspólnego kota i 1 wspólnego psa - dołączając do nich nas i nasze dziecię wychodzi rodzinka w komplecie.

6. W ciągu tych 7 lat nasze grono przyjaciół i znajomych przerzedziło się do tego stopnia, że zostały tylko osoby najwytrwalsze, którym nie przeszkadza nasz świr na punkcie dziecka (1 diagnoza potwierdzona u 3 lekarzy, kupki, kroczki, ząbki itd.) i którzy cenią nas za to jakimi jesteśmy ludźmi, a nie ile możemy im dać.

7. W ciągu tych 7 lat zyskaliśmy wiele, ale wiele też straciliśmy - bezpowrotnie.

8. Po 7 latach razem nadal naszym największym nałogiem są słodycze i my sami.

9. Po 7 latach mój mąż nadal dziękuje mi za obiad słowami "dziękuję Kochanie było pyszne" - bez względu na to czy stałam i przyrządzałam dwa wykwintne dania, czy przybiegłam z pracy 10 min. przed nim i wstawiłam parówki, albo pizzę.

10. Po 7 latach doszliśmy wreszcie do wniosku, że pora także coś posadzić, bo niedługo nie starczy nam materiału do wycinania.

11.  Po 7 wspólnych latach wreszcie odkryliśmy co nas w sobie denerwuje - mnie w nim okruszki na blacie kuchennym; jemu we mnie moje niedopijanie kawy.

12. Przez te 7 lat zrobiliśmy wspólnie tyle kilometrów, że spokojnie okrążylibyśmy ziemię....pewnie ze 3 razy....

13. Po 7 wspólnych latach mamy nadzieję, że przed nami jeszcze przynajmniej z 70 wspólnych lat!

Pozdrawiam PR!

piątek, 27 marca 2015

Blogerowe ciasto.

Jadąc na ostatnie spotkanie blogerów do Galin dostałam od Klaudyny zadanie bojowe. Upiec ciasto! Zważywszy na fakt takiej ilości ludzi, którym nie sprawia trudności krytyka było to nie lada wyzwanie. Zostać obsmarowanym na TYLU blogach....nie, zdecydowanie nie jest to moim marzeniem....
Pomysł wyszedł od A. i powiem szczerze, że bardzo mi się spodobał, gdyż niepowtarzalny smak smak ciasta i jego ekstrawagancki wygląd wcale nie idą w parze z trudnością jego zrobienia (no dobra trochę mnie poniosło). Niestety blogerowe ciasto nie zostało obfotografowane, jednak przyrządziłam w domu specjalnie dla Was jego drugą wersję - z tymże orzechy zastąpiłam słonecznikiem.
I tak wyszło pyszne.

Krok pierwszy - ciasto. Przepis na biszkopt mojej mamy podałam Wam już dawno TU więc przepisywać go po raz kolejny nie będę. Jedyną jego modyfikacją w przypadku słonecznikowca/orzechowca, na który dziś podam przepis jest dodanie 2-3 łyżek ciemnego kakao. Czyli krok pierwszy za nami.

Krok drugi - masa. Gotujemy 1 budyń na 1 szklance mleka. Najlepszy taki bez cukru. Gdy budyń będzie już zimny miksujemy go z 2/3 miękkiej kostki masła i puszką masy kajmakowej.

Krok trzeci - słonecznik/orzechy na wierzch ciasta. Zagotowujemy w garnku pół kostki masła, z 3 łyżkami cukru i 3 łyżkami mleka. Gdy masa będzie jednolita wrzucamy do niej 30-40 dag. (ja dałam na oko, ale tak miałam w przepisie) orzechów (oczywiście wyłupanych i najlepiej trochę pokruszonych) lub słonecznika. Gotujemy to przez chwilę, po czym blachę - tą po cieście lub o identycznych wymiarach wykładamy pergaminem. Wysypujemy orzechy/słonecznik równomiernie na całej jej długości i szerokości i wstawiamy do piekarnika. Pieczemy do momentu zabrązowienia się orzechów/słonecznika. Ja słonecznik piekłam w 160 st. przez około 40 min - ale należy wziąć pod uwagę, że mój piekarnik jest niezrównoważony psychicznie i wszystko w nim jest inaczej niż u innych. Należy pilnować żeby nie spalić i tyle. Z tego co pamiętam orzechy piekły się krócej.

Ciasto przekrajmy na pół. 2/3 masy wkładam w środek, przykrywamy drugą częścią ciasta. Wierzch przykrywamy cienką warstwą masy i wystudzonymi orzechami, słonecznikiem. Ja starałam się przełożyć pestki w całości. Wstawiamy do lodówki. Ot i cała filozofia.

Zachęcam do zrobienia gdyż ciasto jest na prawdę pyszne i proste w przygotowaniu.
Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego weekendu  PR!









środa, 25 marca 2015

Wejdź, rozgość się, nie zdejmuj butów.... jedząc obiad umyję brudną podłogę!

5 rano dzwoni budzik....w myślach proszę Boga i męża żebym nie musiała jeszcze wstawać. Nie o 5, jeszcze choć z 5 minut snu. Tym bardziej, że Żuk znów łaziła po nocy i kopała po żebrach jak już wreszcie dostała się do naszego łóżka. Oczywiście teraz leży w poprzek, między nami. 
A. wyłącza telefon i idzie po cichu robić sobie śniadanie. 5 minut dla mnie - marzenia się spełniają.
5.30 zwlekam się z i kieruję do łazienki - zaczyna się kolejny wariacki dzień.
W kuchni siedzi mój mąż wraz z jakimś obcym mężczyzną i spożywają śniadanie. Dobrze, że nie postanowiłam ściągnąć pidżamy, głupio byłoby tak w majtkach przed obcym mężczyzną....
 O 6.30 są już w pełnej gotowości, po śniadaniu i z odpalonymi silnikami - wyjeżdżają ważyć samochód, a później mężczyzna zabiera nasze zboże i rusza z nim w świat. Przez najbliższe kilka tygodni będziemy żyli myślą - oby zapłacili....
Budzę Małą, robię jej mleko. 
Dzwoni telefon. 
A. zapomniał faktur i pieczątki - a ja w dresach, Mała nieubrana...wkładam kurtkę, zostawiam ubrania Małej i znikam. Dobrze, że jest babcia. w 20 min. robię trasę Olsztyn - dom. Wchodząc do domu widzę, że Żuk już gotowa. 
Szybkie szykowanie - mam 10 min do wyjazdu. Zważywszy na fakt, że ludzie traktują mnie niepoważnie zajeżdżając na moje podwórko i prosząc o szefa muszę się stosownie ubrać. Wybieram ciemne spodnie, koszulę, buty na obcasach i płaszcz. Jeszcze czerwona szminka. Tak czerwona szminka to zdecydowanie +5 lat więcej i +10 do powagi...
Znowu nie dopiłam kawy. A. często zastanawia się po co w ogóle ją rano robię skoro nie zdążam jej wypić....Sama nie wiem...Śniadania też nie zdążyłam....
Wychodzimy do przedszkola, bunt! Teraz? Serio? Tłumaczę.... po 10 minutach spędzonych na podłodze przekonuję ją do wyjścia.
W przedszkolu szybkie przebieranie i uciekam.
Oczywiście nawigacja nie może załadować map, kolejne 5 min. Tak pomimo, że mieszkam tu już 8 lat gdy jadę bardziej na wschód, za Biskupiec, nadal używam nawigacji...
OOO okazuję się, że według nawigacji jadę czołgiem... Mój mąż wie jak poprawić mi humor. Jadę więc...czołgiem. Kierunek Mrągowo.
Elektroniczna Pani doprowadziła mnie do celu, jednak jakoś tak nie do końca do tego, który ja chciałam. Błądzę na skrzyżowaniu i dopiero na końcu, trzecia droga to ta odpowiednia. Idę do Hurtowni załatwiam sprawy. Teraz fabryka....
Baba w fabryce, pfff, traktorów.... Buty na obcasach po bruku to złe buty. Ochroniarz kieruje mnie do biura, a tam 8 ludzi w jednym maleńkim pokoiku wielkości mojej łazienki... Załatwiam sprawy męża...w sumie jego sprawy to i moje sprawy. Załatwiam nasze sprawy. 
Dzwoni telefon - A. prosi o wyszukanie najbliżej placówki naszego banku, bo faktura do zapłacenia czeka. Stwierdził, że jak nie znajdę na miejscu mam się udać do Szczytna, bo paraliż komunikacyjny w Olsztynie zachęca tylko do strzelenia sobie w łeb i prędzej zajadę do Szczytna niż tam coś załatwię. Szukam, jest, jadę!
Ostatni raz byłam w banku jak zakładałam konto, serio, nawet nie wiem gdzie mam iść. Jakaś miła Pani się do mnie uśmiecha i zaprasza do siebie. Na pytanie czy mogę tu wypłacić pieniądze patrzy na mnie jak na lekko nienormalną i mówi, że służy do tego bankomat. Mówię kwotę, przypominam, że mam limit dzienny. Pani przestaje patrzeć na mnie jak na czubka.
Załatwiłam, jadę do domu. Po drodze przypominam sobie, że trzeba zrobić zakupy. No i jeszcze mój żołądek sobie przypomniał, że nic nie jadł. Samochód przydałoby się umyć, bo dziecko wysiadając brudzi kurtkę....ach ta szutrówka, kara Boska.....
Myślałam, że zdążę do 10, ale dojeżdżając do Barczewa jest 9.45. Jadę umyć auto - komicznie wyglądam na myjni ręcznej w płaszczu i butach na obcasach. 
Zakupy! Zaparkowałam na słońcu żeby wyschło. Nie pomyślałam, że mieszkając na zadupiu robi się duuużo zakupów. No nic Matka Polka Wielbłądzica da radę...nawet na tych przeklętych obcasach. Dom!
Po drodze pochłaniam 2 suche bułki, jestem tak głodna, że nie przeszkadza mi to, że suche, że bułki i w ogóle nic mi nie przeszkadza. Dobrze, że to zrobiłam bo okazuje się, że jest zamówienie i trzeba je przygotować. Przebieram się i w bój. 
O 13 kończymy. Dziadki w domu to takie nasze prywatne szczęście. Nieopisana pomoc.
Zupa! Dobrze, że zrobiłam dzień wcześniej wielki garnek! Jem i sprzątam, albo sprzątam jedząc. Nie ważne jak, ważne, że choć trochę chaos zostaje opanowany. 
14 - trzeba jechać po Małą. Wstawiam jeszcze pranie w drodze do wyjścia i jadę. Przywożę ją do domu i tradycji musi stać się zadość -  jedzenie, 1 bajka i wio na spacer. Zadziwiające jest to, że przed 14 je podwieczorek, a wracając do domu musi coś zjeść....choćby 1 małą kanapkę. Taki rytuał.
Po spacerze przychodzimy do domu, jest po 16. Żuk idzie się bawić ja zabieram się za prasowanie. 
O 17 kończę. Szybki luk na fejsika i idziemy kolorować, bawić się klockami, dinozaurami....
18 - idę pobiegać, 30 min. tylko dla mnie, 30 min. oddechu. 
18.30- kąpiel Żuka - szybka. Później idziemy szykować kolację. Przychodzi A. zasiadamy wspólnie do stołu. Zakomunikował mi, że właśnie wyjechał kolejny samochód z Gdańska....Kolejna noc nieprzespana, przynajmniej dla niego i kolejny poranek z obcym człowiekiem w kuchni. Dobrze, że mówi mi teraz.
Zanim Żuk pójdzie spać jest 20; albo 20.30. Przecież trzeba jeszcze przestudiować kilka książeczek... Zostaje mi trochę siły na komputer i kilka stron książki. Sięgnęłam po wyjątkowo nudną tym razem, ale jak już dobrnęłam do połowy to szkoda mi rzucać. No cóż będę ją czytać jeszcze z miesiąc po 2 str. dziennie....
Po 22 gaszę światło. 
A. przychodzi grubo po północy. 
Okazuje się, że Żuk już u nas śpi...nawet nie wiem kiedy przyszła....
O 5 znów dzwoni budzik....
Kolejny wariacki dzień przed nami.
Mówisz mi, że nic nie robię całymi dniami? 
A ja się pytam kto dał Ci prawo do oceniania mojego życia?
Witaj w moim świecie - świecie Pani Rolnik!
PR!

poniedziałek, 23 marca 2015

Gej, lesbijka, ekshibicjonista - a kim będzie Twoje dziecko?

Tego posta miało nie być, ale w sobotę wieczorem położywszy dziecko spać zasiadłam z kompem i zaczęłam przeglądać blogi. Trafiłam do Tymoszków, przeczytałam listę prezentów dla Tymka, który wkrótce kończy 2 lata i nie mogąc dodać komentarza na blogu weszłam na FB żeby napisać Klaudynie, że jest ona bardzo oryginalna i uniwersalna. Tymczasem Klaudyna na swoim profilu opublikowała komentarz jednej z czytelniczek, która pod postem z zabawkami zasugerowała jej, że kupowanie chłopcu lalki jest niepoważne. Serio?

Nawet przez moment nie przyszło mi do głowy, że coś z listy może nie pasować do chłopca, no bo przecież jak to? Zabawki to zabawki i nie raz widziałam i widzę jak chłopcy chodzą z wózkami i lalkami (w przedszkolu to zjawisko nagminne), a mój Żuk z koleżankami jeżdżą koparką, skuterem, samochodem, czy ciężarówką. Czy mamy takie sprzęty w domu posiadając dziewczynkę? Oczywiście! Mamy nawet więcej bo dodatkowo w zeszłym roku pod koniec sezonu do grona zabawek podwórkowych dołączył wielki traktor z przyczepą, a wcześniej mieliśmy jeszcze dwie przyczepki do ciągania wszystkiego.

Czy na prawdę chłopiec nie może bawić się lalką z wózkiem, zestawem małego fryzjera, czy zastawą stołową i kuchenką? Czy wszystko co odbiega od dawno ustanowionych w społeczeństwie i nie do końca logicznych i wytłumaczalnych norm musi być wypaczeniem?

Postęp, tolerancja, szacunek, wyrozumiałość, kreatywność - takie ładne słowa, które każdy choć raz użył wypowiadając się o sobie i swoim domu. Jeżeli jednak uważasz , że zabawki są dedykowane tylko dla dziewczynek i tylko dla chłopców to do swojej listy domu idealnego nie zapomnij dodać takich pojęć jak  staroświeckość i stereotypy! 

Podczas naszego dzieciństwa może nie było dużo lepiej niż teraz. Częstokroć jak już pojawiały się na rynku jakieś "wybajerzone" zabawki to i tak rodziców nie było na nie stać. Nie mieliśmy tylu możliwości rozwoju. Nikt nie przykładał aż tak wielkiej uwagi do tego żeby ułatwić nam start w życiu. Jednak pod jednym względem mieliśmy dużo szczęśliwsze dzieciństwo niż nasze dzieci. Nikt nie wyszukiwał się gejów, lesbijek, ekshibicjonistów i pedofili w bajkach dla dzieci. To dorośli ludzie, ludzie w naszym wieku i starsi stworzyli zboczony obraz wielu postaci z bajek doszukując się w większości ukrytych podtekstów i drugiego dna. 15 lat temu nikomu nie przeszkadzał Kubuś P. pseudonim Miś o Małym Rozumku , bez majtek. Wszyscy go oglądaliśmy i kochaliśmy i nikomu z nas do głowy nie przyszło że jego postać ma w sobie coś gorszącego. Jesteśmy w większości przypadków normalnymi ludźmi, którzy pozakładali własne rodziny i chcą je pielęgnować na wszelkie możliwe sposoby - tak jak nasi rodzice albo i lepiej. Dlatego też pytam się dlaczego i  jakim prawem ktoś wmawia naszym dzieciom, że Tinkiłinki jest gejem bo ma czerwoną torebkę? Kubuś jest ekshibicjonistą bo chodzi bez majtek? A Żwirek i Muchomorek....lepiej nie mówić!

Osobiście uważam, że zwracając uwagę naszych dzieci na takie nieistniejące fakty Ci ludzie, którzy je wymyślają dają im taką możliwość do wyboru. Nie oszukujmy się w czasach kiedy ja miałam 7, 8, 9, 10 lat ktoś kto był gejem był traktowany jak osoba z dysfunkcją psychiczną. I choć nie mam nic do gejów i lesbijek to nie chcę żeby ktoś nakierowywał moje dziecko na tor myślowy z ewentualnym wyjściem w tym kierunku.
Dajmy naszym dzieciom być po prostu dziećmi. Niech z godnością i błogością przypisaną temu wiekowi poznają świat wraz z Kubusiem, teletubisiami, Kasztaniakami i innymi stworkami z bajek. Nie zaśmiecajmy im głów rzeczami nieistotnymi i nieistniejącymi. Nie czyńmy z nich dorosłych na siłę. Niech same zadecydują o tym co chcą, a czego nie chcą oglądać (oczywiście w granicach rozsądku).
A to, że chłopiec będzie chodził z wózkiem i lalką wcale nie musi oznaczać, że będzie np.gejem - może po prostu okaże się w przyszłości czułym i troskliwym ojcem, albo świetnym pedagogiem, ten z zestawem fryzjerskim dla lalek być może będzie w przyszłości wziętym stylistą, fryzjerem gwiazd, a ten przy garach - kucharzem na sławę światową. Dziewczynka natomiast... czy dziewczynka nie może być zawodowym kierowcą, mechanikiem? Ja nie mam z tym problemu, a Wy?
Pozdrawiam PR!

piątek, 20 marca 2015

Masz problem? Dlaczego?

Wydawałoby się, że czasy małżeństwa z przymusu (bo rodzina chce, bo dziecko w drodze) już dawno i bezpowrotnie minęły. Większa świadomość społeczeństwa zaskutkowała tym, że ludzie mają w głębokim poważaniu co pomyśli sobie pół, albo nawet cała "wioska" jak zamieszkają ze sobą bez ślubu....ba! z dzieckiem! W końcu prawidło - człowieka poznaje się w momencie jak się z nim zamieszka - dopchało się do władzy i może to lepiej, bo wiele osób najpierw chce spróbować, a nie skakać od razu na głęboką wodę zwaną małżeństwem.

Po lutowych Walentynkach i marcowym Dniu Kobiet wiele blogerów i profili na FB bije na alarm by pamiętać o sobie we wszystkie dni w roku nie tylko w te dwa, które już dawno za nami. Wszystko fajnie - zmyślna idea - lecz czy to nie jest oczywiste?
W prawdziwym, realnym życiu nie jest jak w bajce, ani też chociażby w dobrym filmie. Mężczyzna nie wraca z pracy na białym rumaku, a kobieta nie obsługuje kuchni w pełnym makijażu i na szpilkach. W prawdziwym życiu jest ciężko czasami spotkać się między zajmującymi nas zajęciami. W prawdziwym życiu nie warto jest zatracać się w swoich niespełnionych marzeniach ubarwiając je dodatkowo powieściami romantycznymi rodem z Harlequina. W prawdziwym życiu, to że Twój mąż czy Twoja żona o Tobie nie pamięta nie jest tylko jego/jej winą, o czym wiele osób zdaje się zapominać.

Rzymu nie zbuduję tym zdaniem, Ameryki nie odkryję - ale proszę Państwa kij ma zawsze dwa końce, a wina zazwyczaj leży po obu stronach. Nie wypada iść drogą poszukiwania problemu w dziecku "bo odkąd pojawiło się ono...." to tylko nieumiejętne tuszowanie własnych win. Dziecko nigdy nie jest problemem, a decydując się na nie powinniście być świadomi obowiązków za tym płynących. W problemach rodziców dziecko zawsze jest ofiarą - niestety...:(
Wróćmy jednak do małżeństw i związków partnerskich. Zanim zaczniesz narzekać na drugą połowę zatrzymaj się na moment i zastanów najpierw nad swoim postępowaniem. Ile razy tygodniowo (powinnam napisać dziennie, ale użyję tej łagodniejszej wersji) okazujesz miłość i czułość swojemu partnerowi/partnerce? Czy wiesz jak lubi być dotykany/na? Czy wiesz jakie słowa są dla niej/niego budujące, dzięki którym czuje się kochany/ana?
Żądając zysków dla siebie, czy to w postaci okazywania uczuć, czy na przykład poprzez zmienianie kogoś na własne potrzeby należałoby najpierw stanąć i zastanowić się nad własnym postępowaniem i nad tym ile ja daję z siebie żeby osiągnąć wyznaczony cel. To, że zostałeś/łaś nauczona miłości i okazywania uczuć nie znaczy wcale, że je okazujesz należycie i z szacunkiem osobie, z którą zdecydowałeś/łaś się spędzić resztę życia. Poza tym wchodzi w grę wychowanie w różnych rodzinach, częstokroć dysfunkcyjnych i możliwość, że Twój partner/erka takiej wiedzy i umiejętności nie posiadają. Może zmiany należałoby zacząć od pokazania jak wygląda miłość w moim mniemaniu i życie, którego się od drugiej osoby oczekuje. Oczywiście pamiętając o tym, że pokazać nie oznacza  tego samego co narzucić komuś swoją wolę, co ściśle wiąże się z wzięciem pod uwagę i uwzględnieniem potrzeb tej drugiej osoby.

Przede wszystkim jednak podstawą w małżeństwie powinna być komunikacja werbalna, czyli nic innego jak zwykła rozmowa. Być może nie powinnam tego pisać, jednak fakt jest taki, że tyczy się to przede wszystkim Pań, które częstokroć zapominają, że ich mężczyzna nie jest jakimś tam Dzwoneczkiem z Nibylandii, czy innym wróżem Garym i nie potrafi czytać w myślach, ani przewidywać przyszłości. Mężczyzna nie czyta  romansów, nie wie co zrobiłby na jego miejscu Wasz ulubiony bohater tychże powieści. Zajmują go zazwyczaj przyziemne sprawy pt. praca, chęć zaspokojenia podstawowych potrzeb rodziny i regeneracja sił przed następnymi dniami zaspokajania potrzeb wszelakich. Drogie Panie z pomocą wtedy przychodzi zwykła rozmowa, bo nie jest wstydem powiedzieć czego się oczekuje (nie krzyczeć!), pragnie i o czym się marzy. Kwestia ta tyczy się nie tylko zwykłych spraw codziennych, jest uniwersalna i można ją zastosować także do spraw łóżkowych.

Wisienką na torcie w moim monologu będzie poruszenie kwestii zwracania się do siebie. Często słyszę z ust znajomych i nieznajomych słowa mój/moja Stary/Stara...Chłop/Baba. Czy na prawdę sprawia Ci przyjemność gdy Twój partner/partnerka tak Cię nazywa? Czy chcesz być tak nazywany/na publicznie? Ja niekoniecznie! Nie wyobrażam sobie także mówić tak o moim mężu. Nie mówię żeby wylewać lukier i "misiować" sobie na lewo i prawo, jednak nasz partner/partnerka posiadają imiona i czują tak samo jak my. I choć może nie zwrócił/ła Ci uwagi na sposób zwracania się do swojej persony to wcale nie oznacza, że nie może mu/jej to przeszkadzać.
Szanujmy się!

 Pozdrawiam PR!

środa, 18 marca 2015

Niepechowy piątek 13 - BlogiWeekend

Piątek 13 wcale nie zaczął się pechowo - może dlatego, że w zabobony nie wierzę. Piątek 13 okazał się wstępem do świetnej zabawy i cudownie spędzonego czasu. Piątek 13 to był ten dzień, który wspomina się z wielkim "ach" i chciałoby się powtarzać go w nieskończoność. W piątek 13 zaczął się BlogiWeekend - czyli weekend pomimo, że błogi, pełen wrażeń.
Choć od Galin dzieli nas zaledwie 60 kilometrów całą drogę zdążyłam ubarwić mojemu małżonkowi nieustającym monologiem - gadanie wychodzi mi w życiu najlepiej. Dojechawszy na miejsce i ujrzawszy kompleks wypoczynkowy, w którym mieliśmy spędzić najbliższe 3 dni dziwnym trafem zaniemówiłam i nie bardzo mogłam wydusić z siebie słowo. Stanąwszy przed drzwiami Gospody należącej do Pałacu i Folwarku Galiny jedyne co udało mi się wydusić to ciche wow.
Pierwsze co uderza w ciebie wchodząc do Gospody to sielskość. Mówią, że miejsca mają klimat, być może tak jest, ale ja twierdzę, że klimat miejsca tworzą między innymi ludzie tam obecni. Niezwykle uprzejma obsługa, cechująca się przede wszystkim wysoką kulturą osobistą i niesamowitą uprzejmością i klasyczny warmiński wystrój miejsca  dodały magii temu weekendowi, który i tak zdawał się być magiczny z samego założenia.
Co do samego kompleksu ich historię i opis możecie przeczytać na stronie internetowej TU - do czego oczywiście zachęcam. Od siebie napiszę jak matka - matkom, żona - żonom, blogerka - blogerom i człowiek - człowiekowi - choć cennik zdaje się być dość wysoki nie jest on wygórowany. Na równi z ceną idzie wysoka jakość - począwszy od sprzętów hotelowych, poprzez personel, a na jedzeniu skończywszy. Choć chciałam się do czegoś przyczepić żeby nie wyglądało to jak lanie lukru takiej rzeczy nie znalazłam. Dla mnie jest to miejsce idealne do wypoczynku i chwili oddechu. Do spędzenia błogo czasu z rodziną, przyjaciółmi, a także do złapania dystansu do życia, w samotności. Jest to miejsce przyjazne w 100% rodzinie, w którym jest przewidziane, że dzieci nie tylko śpią i jedzą, ale potrzebują przestrzeni dla siebie. Jest to miejsce godne polecenia!
Pomysł wyszedł od Klaudyny i Tomka - małżeństwa z pasją. Klaudyna - niesamowicie utalentowana persona, w pełni oddana swojej pasji, którą jest szycie, pałająca miłością do otaczającego ją świata, emanująca spokojem i opanowaniem to nikt inny jak mama Tymka i autorka przytulanek tworzonych z miłości do dzieci. Klaudyna to żona Tomka, a Klaudyna i Tomek to na prawdę zgrany team. To właśnie nikt inny jak Klaudyna wymyśliła sobie błogi czas BlogiegoWeekendu, spędzony w towarzystwie rodziny, blogowej rodziny. Włączyła do swojego planu męża i wspólnie zrealizowali tę wizję wykazując się przy tym niesamowitą precyzyjnością i dokładnością.
 Ich plan nie ujął i nie dodał nikomu, był czas na integrację (wspólne ogniska, posiłki, ploteczki do późnych godzin wieczornych), czas dla dzieci (farma zwierząt miniaturowych, przytulanki- czyli własnoręczne tworzenie maskotek), dla mam/kobiet/blogerek i blogerów (wykład z Marcinem Wójcikiem - moim idolem i warsztaty szycia na maszynie), dla ojców/mężczyzn (paintball, strzelanie z łuku), a także czas dla całej rodziny (wspólne ognisko, przejażdżka bryczką, spacer ścieżką edukacyjną Lasów Państwowych). Wszystko to z zegarkiem w ręku, co w moim mniemaniu świadczyło głównie o ich dobrym zorganizowaniu i chęci dopracowania planu do perfekcji. Uwierzcie mi, że było perfekcyjnie!
Reasumując - jesteśmy:
  •  oczarowani miejscem, które nas ugościło i Organizatorami za ich perfekcyjność. 
  •  szczęśliwi, że mogliśmy spotkać się z innymi blogerami i ich rodzinami,  bo to dowód na to, że nie jesteśmy tylko snobami za sterami naszych klawiatur, że potrafimy wyjść i funkcjonować w realnym świecie i  świetnie się przy tym bawić.
  • pod wielkim wrażeniem naszych pociech, które dały nam przykład integracji idealnej, bawiąc się wzajemnie nie spytawszy wcześniej o imię kompanów.
  •  szczęśliwi, że spotkaliśmy nasze osobiste Olsztyńskie blogowe grono, z którym dzieliliśmy się już śniadaniami i mamy nadzieję podzielić się jeszcze nie jednym posiłkiem.
  •  wdzięczni za stworzenie nam możliwości wypoczynku.
Dziękujemy! Pani i Pan R. oraz Żukowa Panienka


Wielkie wyrazy szacunku i uznania dla naszych sponsorów:
Zajrzyjcie również do naszych znajomych i przyjaciół i dowiedzcie się jakie wrażenie na nich wywarł BlogiWeekend (kolejność przypadkowa) :
  Tymoszko.pl
To zdj. jest rąbnięte Uli - pełen-zlew.blogspot.com

 Zapraszam na krótką fotorelację:
(tych zdjęć nie kradłam, są z mojego aparatu:))


























poniedziałek, 16 marca 2015

O sporach geograficzno-historycznych,zimie i krasnoludkach.

Matka na szczycie uświadomiła mnie ostatnio, że zima zaczyna i kończy się na szczycie i myliłam się uważając naszą część kraju za Polski Biegun Zimna. Ona chyba wie lepiej skoro na tym szczycie mieszka więc jakoś przełknę porażkę upadku z podium i przesunięcie się na miejsce drugie.
Po ostatnim wpisie Sary, w którym to była Ona niesamowicie uprzejma i poleciła mojego bloga swoim czytelnikom, zaczęła się dyskusja o Warmii i Mazurach i o małej wiedzy geograficznej naszego społeczeństwa. Faktem jest, że mieszkam w województwie Warmińsko - Mazurskim i nie obrażam się jak ktoś nazwie mnie Warmiaczką czy Mazurką czy warmiomazurką....... nie, zapędziłam się tak jak napisałam na końcu to nikt nikogo nie nazywa.  Ja wiem gdzie jest granica Warmii i Mazur, ale szczerze powiem, że nikt oprócz rdzennych i rodowitych Warmiaków tym się nie przejmuje więc dalej drążyć tematu nie będę.... No dobra będę, dodam jeszcze tylko, że jak ktoś nazwie Cię Mazurką pomimo tego, że czujesz się Warmiaczką to na pewno nie robi tego po to by Cię obrazić, bo nie jest wstydem pochodzić z Mazur....!!! Po prostu tak się utarło w społeczeństwie, że mieszkańców naszego województwa nazywa się mieszkańcami Mazur.
Wspominając miniony weekend nasunęła mi się złota myśl, dotycząca rodzinnych wyjazdów weekendowych -  wyjazd z dzieckiem jest tak wielkim logistycznym przedsięwzięciem, że nie zacząwszy jeszcze się pakować już zastanawiałam się czego zapomniałam.... Radzę ją zapamiętać, szczególnie przyszłym rodzicom.
Poza tym biegając między kuchnią, a pokojem komputerowym/biurem (jakby nie można było komputera do kuchni zabrać) i licząc na to, że bieganie te uwolni mnie od nadprogramowych kalorii spożytych przy pieczeniu ciasta doszłam do jeszcze jednego wniosku - krasnoludki są tylko wierszach Konopnickiej i walizka nijak sama spakować się nie chce.
Co do samego ciasta - jego robienie i pogaduchy przez internet zawsze kończą się niedopilnowaniem ciasta lub niedosłyszeniem plotek... I tak oto okazało się, że nie jestem do końca Perfekcyjną (jestem raczej tą nieperfekcyjną - żeby nie przeklinać tak ładnie napiszę) Panią Domu i orzechy na wierzch ciasta były niedosłodzone, a budyń do masy .... budyń do masy wcale cukru nie ujrzał.... Jeśli okaże się, że uczestnikom BlogiegoWeekendu nie smakowało to nie przyznam się, że było ono moje (choć śmiem podejrzewać, że pisząc to chyba się właśnie do niego przyznałam - może nikt z nich mnie nie czyta).
Reasumując jeśli liczyliście na post o spotkaniu to przykro mi, że Was zawiodłam, ale musicie jeszcze trochę na niego poczekać. Muszę zebrać myśli po TYLU przeżyciach i TAKICH emocjach!
Na osłodę wszystkim posiadaczkom brata powiem, że największym plusem z posiadania Brata jest fakt, że będzie się miało Bratową :)
Pozdrawiam i do przeczytania PR!

piątek, 13 marca 2015

Idzie sobie wiosna, słychać świergot ptaka...

Sezon na "siedzę w traktorze i jeżdżę w kółko po polu" uznaję za oficjalnie otwarty. Znakiem takim, że niech się wali, pali, sypie, leje my mamy już wiosnę - koniec i kropka! (a nawet wykrzyknik)
Tym wszystkim, którzy ambitnie po raz  kolejny postanowili sobie założyć swój własny, osobisty, prywatny ogród warzywny i za nic mają gotowe sadzonki przypominam, że to już czas wysiać nasionka pomidorów i selera. Najpierw oczywiście w małych pudełeczkach na oknie w domu, a gdy już będą w takich rozmiarach, że nie zabije ich przesadzanie (moje niezgrabne ręce potrafią zabić roślinę w każdym stadium rozwoju - ale to szczegół) rozsadzamy je w pojedyncze doniczki/kubeczki po śmietanie, jogurcie, czy co tam sobie jeszcze wymarzcie.
 Kolejne przesadzanie będzie do gruntu, ale to dopiero w momencie gdy ryzyko przymrozków zmniejszy się do faktycznego minimum.
Ci, którzy mają zamiar sadzić pomidory w doniczkach np. na balkonie czy tarasie mogą przesadzić małą sadzonkę od razu do dużej donicy, żeby zaoszczędzić jej stresu związanego z przesadzaniem. 
Ja osobiście jeśli mogę się wypowiedzieć w tym temacie i Wam coś doradzić poszłabym na łatwiznę i pojechała na rynek za jakiś czas kupić gotowe dorodne sadzonki bez pierniczenia się z wysiewem z nasion - ale nie wszyscy mają pod tym względem tak małe ambicje jak ja więc życzę Wam udanych siewów i dorodnych zbiorów!
Jeśli jeszcze nie zaczęliście przycinać drzew owocowych to już czas, a nawet powiedziałabym, że to ostatni dobry moment na to - oczywiście wymądrzam się pisząc sobie posta, a moje też czekają na przycięcie.....kopa w cztery litery do pracy mi brakuje ;) 
Jutro czeka mnie ostatnie przed sezonem spotkanie blogerów, a później już tylko praca, praca, praca i tylko praca... Co prawda sama w to nie do końca wierzę, ale jakieś postanowienia trzeba mieć!
Jeśli znalazł się ktoś jeszcze kto nie wierzy moim słowom, że małymi kroczkami (co prawda trochę chwiejnymi) przyszła do nas wiosna wrzucam kilka zdjęć z naszego ostatniego spaceru, na którym to oczywiście szukaliśmy wszelakich jej oznak, żeby niedowiarkom udowodnić. Jeśli szykujecie się na modne stylizacje to w tym momencie polecam opuścić bloga i nie brnąć dalej - bo matka w starej kurtce, dresach i czapie i dziecko w gumakach nijak modnie nie wyglądają....nie tędy droga, nie ten adres....
Pozdrawiam serdecznie życząc miłego weekendu!
PR!