piątek, 2 stycznia 2015

Strachy porodowe.

W 5 m-cu ciąży wylądowałam przez przypadek w szpitalu w Morągu. Były to czasy gdy jeszcze istniał tam oddział ginekologiczno - położniczy. Badał mnie wtedy lekarz, chyba arabskiego pochodzenia. Wiele dobrych rzeczy o nim słyszałam, ponoć potrafił idealnie, co do dnia przewidzieć datę porodu. Po przejrzeniu mojej karty i zrobieniu USG stwierdził, że da sobie rękę uciąć, że będę rodzić 29 listopada. Moja pani doktor prowadząca wyliczyła datę najpierw na 14, później na 12 grudnia.
Pamiętam jakby to było wczoraj, że 29 listopada byliśmy w Olsztynie - usiedzieć na miejscu nie mogliśmy, poza tym zachciało mi się kurczaka z KFC - dziwne, bo całą ciążę zachcianek nie miałam. Wieczorem wróciliśmy do domu i stwierdziłam, że jak mam jechać rodzić mężowi na imieniny to jeszcze pomogę teściowej złożyć puzzle, które teść kupił jej dla zabicia czasu podczas bezsennych nocy. Ułożyliśmy, co do ostatniego kawałka.
Wykąpałam się i poszłam spać, śmiejąc się że 29 mija. O 2 nad ranem obudziło mnie parcie na pęcherz - nic nowego, jak co noc i to o stałych porach. Załatwiłam potrzebę i poszłam dalej spać, o 3 znowu to samo. A, że przybrałam już posturę małego czołgu stęknęłam sobie zwlekając się z łóżka. A. dla żartu wydusił z siebie w półśnie słowa "co rodzisz?" i oczywiście poszedł dalej spać, a ja poczułam, że robi mi się niesamowicie ciepło.... Stałam i śmiałam się jak nigdy dotąd mówiąc, że właśnie wody mi odeszły. Mój małżonek otworzył oczy, a po 30 sekundach wyrwał z łóżka jak poparzony ze słowami i co dalej? Sama nie bardzo wiedziałam, ale pamiętając słowa kochanej Pani Wiesi - położnej ze szkoły rodzenia kazałam mu podać mi ubrania i iść sobie zrobić kanapki do szpitala żeby głodny nie był....
TAK DOBRZE CZYTACIE - kazałam mu zrobić sobie kanapki....
Wszystko miałam spakowane już dawno więc nie było większych problemów z szykowaniem czy pakowaniem. śmiejąc się jak opętana pożegnałam zaspanych teściów i wsiadłam do samochodu. Oczywiście nie omieszkałam rzucić do mojego małżonka tekstu żeby się nie spieszył za bardzo bo ślisko jest....
Weszłam na izbę przyjęć z wielkim uśmiechem na twarzy, a Pani która mnie przyjmowała widząc moje rozbawienie zapytała co mnie do nich sprowadza. Szczerząc się rzuciłam - no chyba rodzę, bo wody mi odeszły. Koło 5 leżałam już na sali, którą wybraliśmy sobie z A. podczas zwiedzania porodówki na szkole rodzenia. Położna powiedziała mi na samym początku, że pójdzie nam sprawniej jak będę słuchać tego co do mnie mówi. Słuchałam więc. Nie kłamała, poszło sprawnie! 
Myślę, że dużą zasługą było to, że chodziliśmy na szkołę rodzenia. Byliśmy merytorycznie przygotowani w 100%. Praktyczna lekcja właśnie nadciągała.
O 9.40 przywitaliśmy na świecie naszą wspaniałą małą córeczkę. Imię miała wybrane już od prawie pół roku więc przywitaliśmy się po imieniu. A. stwierdził, że jest najpiękniejsza na całym świecie i ma nos po moim dziadku!
I tak oto minęły nam pierwsze chwile naszej już w tedy 3osobowej rodziny.
Przypomniałam sobie leżąc już w normalnej sali jak koleżanka opowiadała mi o porodzie i o tym jaki jest straszny. Porównywała go do takiego bólu przez, który chodzi się po ścianach i gryzie parapet.... Bałam się, jak każda kobieta. Czekałam na gryzienie parapetu....a gdy położna zapytała mnie czy chcę znieczulenie, odpowiedziałam jej pytaniem na pytanie czy będzie jeszcze bardziej boleć? Powiedziała mi że w skali do 10 boli już na 8 do 9 i niewiele. Nie wzięłam znieczulenia, nie chodziłam po  ścianach, nie gryzłam parapetu.... Strach ma wielkie oczy, a ubarwiony opowieściami życzliwych wzrasta do rangi końca świata. Czasami sobie myślę, że nie warto słuchać, bać się trzeba bo jest to nieznane i bolesne doświadczenie, jednak nie należy słuchać i ubarwiać tego strachu. Żeby nie zapominać o słuchaniu położnej...bo to na prawdę połowa sukcesu.
Pozdrawiam PR!

35 komentarzy:

  1. Ja żałuję, że nie poszłam do szkoły rodzenia, chociaż poród nie był najgorszy. Przy kolejnym dziecku i tak chciałabym skorzystać. Warto wydać te parę złotych. Niby byłam spokojna, lekarz chwalił, wody mi nie odeszły więc zastanawiam się kiedy bym dotarła do szpitala, gdyby nie fakt że już tam leżałam. Ale karmienie było drogą przez mękę :-(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. u mnie poród lajtowy, karmienie książkowe za to kolki i niespanie (to aż do dziś włącznie)...za to szkoła rodzenia to jest coś co będę polecać wszystkim przyszły rodzicom. Super sprawa!

      Usuń
  2. Ja całą ciążę wizualizowałam sobie, że będę miała łatwy, szybki poród.
    Wiadomo, wiele czynników ma na to wpływ ale mi się udało. I łatwo, i szybko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja się bałam przeraźliwe, na szczęście również nie mam złych wspomnień.

      Usuń
  3. Słuchanie położnej jest bardzo ważne. Ja jednak miałam przyjemność rodzić z lekarzem ordynatorem w Ostródzie i dostałam od niego wiele cennych rad:) Wszystko skończyło się cc...a lekarza z Morąga nie polecam...chodzilam do niego- całe szczęście, że skończyło się wszystko dobrze, ale bardzo wiele rzeczy zaniedbał. Termin porodu sama sobie przepowiedziałam:) Miałam wyznaczony na 19 kwietnia a powiedziałam mamie, że na bank będzie mi święconkę do szpitala wiozła :) I tak też było Mloda urodziła sie w Wielki Piątek:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. moja styczność z lekarzami morąskimi trwała zaledwie tydzień, ale po tym tygodniu mam bardzo miłe wspomnienia i narzekać nie mogę, bo nie mam na co. Ja też wiedziałam że urodzę 30 listopada....

      Usuń
  4. Ja tam już 3 raz nie chciałabym rodzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a ja jeśli miałabym takie porody jak pierwszy to mogłabym jeszcze z piątkę :) ale na to to mnie chyba nie stać ;)

      Usuń
  5. Ja miałam trudny poród, z komplikacjami i widmem kleszczy. Na szczęście miałam dobry kontakt z położną, z którą słuchałyśmy siebie wzajemnie, a oddychanie naprawdę pomogło w chwilach największego bólu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie zazdroszczę tym z Was które mają złe wspomnienia z porodówki. Ale cieszę się że potwierdzasz moje słowa, że grunt to słuchać położnej. pozdrawiam!

      Usuń
  6. Ja byłam przekonana, że urodzę naturalnie, a skończyło się cesarką.Pozytywne nastawienie jest kluczowe, a ja nawet nie zdążyłam się przestraszyć. Do szkoły rodzenia chodziłam, ale była to niestety strata czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a ja bardzo miło wspominam szkołę rodzenia, z resztą mój A. również. Wiele się nauczyliśmy, poznaliśmy grupę ciekawych osób.

      Usuń
  7. Pierwszego bałam się panicznie mimo szkoły rodzenia. Nam obojgu szkoła rodzenia sporo dała. Mąż do tej pory mówi że po filmie z porodu wiedział jak się poruszać po sali, żeby nie widzieć pewnych rzeczy. U mnie dwa bez znieczulenia, po dostałam kroplówki bo kończyło się szyciem... Poszło całkiem sprawnie, drugi jeszcze szybszy.
    o dziwo bardzo miło wspomina ten czas:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mój A. był jedyny tatusiem który nie wyszedł z sali podczas projekcji tego filmu. Jakbym zdecydowała się na drugie pewnie bałabym się tak samo mocno porodu jak przy pierwszym, bo choć po Żuku mam dobre wspomnienia ze szpitala to jednak ta niepewność pozostaje...A w ogóle matki wielodzietne są dla mnie boginiam, wielbię je i podziwiam!

      Usuń
  8. Każdy znosi inaczej poród i to że dla Ciebie był on ok nie znaczy, że opowieści kobiet dla których to było okropne przeżycie są przesadzone. Tak jakbyś oceniała smak potrawy i twierdziła, że skoro tobie smakuje to każdemu będzie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie czuję się bohaterką bo rodziłam bez znieczulenia, nie twierdzę jak niektórzy że poród to jak dobre pierdnięcie (za przeproszeniem), głownie chodziło mi o to żeby zwrócić uwagę na fakt słuchania dobrych rad położnych - spotkałam się tylko z tymi dobrymi, nie krytykującymi, pomocnymi. Poza tym ja i tak sama z siebie bałam się strasznie porodu a barwna historia koleżanki o chodzeniu po ścianach i gryzieniu parapetu, zakończona słowami że w sumie to szybko było i pryszcz te jej porody wywołała u mnie drgawki ze strachu. Czasami lepiej nie słuchać... Nie zazdroszczę tym kobietom które mają złe wspomnienia z porodówki, dla których poród był koszmarem - one u mnie mają rangę bohaterek. Pozdrawiam!

      Usuń
  9. Ja pamiętam natomiast, jak dziś, pochwały położnej "jesteś stworzona do rodzenia", "świetnie ci idzie". Na końcu spytała czy chodziłam do szkoły rodzenia bo rodzę tak jakbym chodziła. Nie chodziłam do szkoły rodzenia. I nie żałuję. Ciało wie czym jest poród i potrafi rodzić. Trzeba tylko z tym ciałem współpracować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie chodziłam. I w zasadzie też nie żałuję;>

      Usuń
    2. mi na koniec i lekarka i położna powiedziały że marzeniem jest mieć takie pacjentki jak ja - miło mi się zrobiło. A co do szkoły rodzenia, oprócz porodu panicznie bałam się również i macierzyństwa, nie mieliśmy małych dzieci w swoim otoczeniu i pozwoliło mi to się ośmielić, uwierzyłam w to że potrafię i dzięki temu udowodniłam wszystkim że sama najlepiej zajmuję się własnym dzieckiem. Wspominam tę naukę bardzo dobrze i miło, choć nie uważam że jest to niezbędny element rodzicielstwa.

      Usuń
  10. Najważniejsze, że wszystko poszło w miarę sprawnie:)
    Ja chciałam rodzić w samotności (w sensie, bez męża) i ogólnie poród wspominam jako coś niezbyt estetycznego, ale dla kochanego malucha było warto:)
    Wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja także upierałam się na rodzenie bez A. , a co do czego przyszło nie pozwoliłam mu sie zostawić samej, nie żałuję że był, on na szczęście też nie... Dla tych ślicznych buziek, małych rączek i wpatrzonych w nas oczek warto dużo znieść :) Dziękuję za życzenia i również życzę wszystkiego dobrego!

      Usuń
  11. uwielbiam czytać wspomnienia z porodu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zaraz będziesz miała kolejne, trochę Ci zazdroszczę... (ale tak pozytywnie, bez żadnej zawiści...i tylko trochę)! Pozdrawiam!

      Usuń
  12. Zazdroszczę Twoich bóli ;). Ale prawda jest taka, że kobiety mają jednak różne bóle. Przede wszystkim chodzi czy są krzyżowo-lędźwiowe czy zwykłe, tylko brzucha. Te pierwsze są dużo bardziej bolesne, ja takie miałam. Nie gryzłam ścian ani parapetów, płakałam, ale u mnie to inna bajka, bo i tak skończyło się na CC.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana zdaję sobie sprawę że należałam do grupy osób z tymi lżejszymi bólami i tak jak napisałam wcześniej u którejś z dziewczyn pod komentarzem że dla mni matki które przeżyły cieżkie porody urastają do rangi bohaterek, a te które decydują się po takich porodach na kolejne dzieci... tym to bym ołtarze stawiała! Strasznie bałam sie porodu i macierzyństwa a koleżanka miała widoczny ubaw opowiadając mi takie historie - było ich więcej ale nie wiem czy warto to tu opisywać. Tak jak piszecie każdy poród jest inny i trzeba się obawiać bo jest to nieznane, ale nie warto moim słuchać akich opowieści i to a tydzień przed porodem, bo ma się ochotę od razu strzelić sobie w łeb, a na porodówkę trafiasz pełna pesymizmu a nie nadziei...

      Usuń
    2. ps. ona opowiedziawszy mi te mrożące krew w żyłach historie podsumowałą że w sumie to łatwy poród miała szybko poszło i nie wspomina go źle....dostałam drgawek ze strachu i rozdwojenia jaźni...

      Usuń
  13. Witam poświątecznie :) Mimo, że dzieli nas całe pokolenie, lubię czytać Twojego bloga, a także zamieszczane komentarze. Jakoś tak cały czas" ciągnie mnie coś w górę" a nie do dołu, jakby się wydawało, że tak winno być, czyli zgodnie z peselem. Być może powoduje to stan umysłu,stan ducha, umiejętność dostosowywania się do galopujących zmian , a przede wszystkim radość i ciekawość życia, ciekawość ludzi i wiele, wiele innych czynników. To tak tytułem wstępu "uprawniającego" mnie do zabrania głosu nt. porodu. Nie, nie chcę opowiadać o swoich doświadczeniach, bo nic ciekawego nie mam do powiedzenia w tym temacie. Chcę powiedzieć o tym, że dzisiejsze mamy mają o całe niebo lepszą opiekę lekarską, szeroką gamę wyboru różnych artykułów spożywczych, gotowych do spożycia, na każdy miesiąc życia dziecka. Pampersy a nie tetrowe pieluchy, które trzeba było prać we "Frani", gotować w kotle na kuchni i prasować, a czasami były to podarte, stare prześcieradła. Do wyboru środki pielęgnacji maluszka. USG, którego jeszcze nie było kiedy rodziły się moje wnuki, (a wcale nie było to tak dawno) pozwala na bieżącą kontrolę rozwijającego się maluszka, zdiagnozowanie ewentualnych chorób, a tym samym w porę włączenie leczenia jeszcze w łonie matki łącznie z poznaniem płci. Jakże wiele się zmieniło w tej dziedzinie, a także w innych, komputeryzacja, internet, komunikacja itp. Jakże inna jest dzisiaj świadomość młodych matek. Chyba zanudzam tymi wywodami zatem opowiem historię pewnego porodu. Myślę, że nie zdradzę żadnej tajemnicy, a być może Pani Rolnik zna tę historię bowiem dotyczy jej babci Marysi i jej córki M. Była jesień roku (chyba) 1965. Kiedy zaczęły się bóle porodowe, w przygotowaniach swojej córce (czyli Twojej babci Marysi) pomagała jej mama Józefa czyli Twoja prababcia. Dziadek B. zaprzęgał konia do wozu by rodzącą zawieźć na porodówkę w Miłakowie. (Istniała przez wiele lat). Józefa zbierając potrzebne rzeczy dla rodzącej, w ostatniej chwili zwinęła koszulę, którą właśnie zdjęła z siebie Maria i wsunęła ją sobie za tzw. pazuchę. Wszyscy wsiedli na wóz i ruszyli w podróż na skróty by było szybciej. Ale dziecko nie chciało poczekać na lepsze warunki na przyjście na świat i poród zaczął się mniej więcej w połowie drogi, gdzieś w okolicach jeziora. Dalszą podróż trzeba było przerwać i odebrać poród - zrobiła to Józefa a dziecko zawinęła w zabraną przez siebie koszulę. Po zakończonym porodzie, konie zostały zawrócone do domu w K. Niestety nie wiem jakie miejsce urodzenia zostało wpisane maleńkiej dziewczynce, urodzonej na wozie, w okolicach jeziora Mildzie. Być może poród przyspieszyła jazda po wybojach wozem na tzw żelaznych kołach, a może to, że był piątym z kolei. :) Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam mojego ulubionego Anonima (który mam nadzieję że się kiedyś ujawni?). Bardzo miło mi czytać, że ktoś lubi tu wchodzić i czytywać - daje to przysłowiowego kopa do tego żeby nie przestawać pisać :) Co do macierzyństwa też uważam, że żyjemy teraz w bardzo wygodnym świecie, który ułatwia życie w wielu jego aspektach. Pamiętam pieluchy tetrowe z czasów gdy moje młodsze rodzeństwo było jeszcze maleńkie (choć nie całe, to starsze/młodsze rodzeństwo) i za nic w świecie nie chciałabym wychowywać dziecka w tamtych czasach zaznawszy wygód obecnego macierzyństwa. Co do historii mojej rodziny mam WIELKIE zaległości, nad czym strasznie ubolewam. I wszystkie takie opowieści są dla mnie szczególnym skarbem! Dziękuję!

      Usuń
    2. ps. co do peselu historie, rady i opowieści starszej daty cenię najbardziej gdyż są one nie tylko bogatym źródłem wiedzy ale także niesamowitą historią której nam nigdy nie będzie dane przeżyć. A ponadto ponoć ma się tyle lat na ile się człowiek czuje a nie tyle ile ma zapisane w dowodzie - ja tam mam ciągle 22 ;)

      Usuń
  14. cieszę się, że miałaś lekki poród, moja znajoma też "wypluła" praktycznie dwójkę dzieci i w ten sam dzień po wyjściu ze szpitala kilkudziesięciu gości przyjmowała normalnie będąc na chodzie
    ja ledwo kontaktowałam już przy końcówce, mała była owinięta pępowiną dwukrotnie, parłam ona nic, zaczęło jej tętno spadać, użyto próżnociągu, to był zwierzęcy ból, ale było warto i powiem Ci, że kolejne też chciałabym urodzić sn (chociaż nie planujemy), potem 6 tyg z życia, bo tak mnie ponacinali do tego próżnociągu jak frankensteina...
    pozdrawiam ciepło ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ło a ja współczuję takich wspomnień, niemniej jednak dobrze że wszystko się dobrze skończyło. Nie twierdzę że Żuka wyplułam, ale nie było aż tak strasznie jak opowiadała mi to koleżanka. Do domu też wróciłam jak potwór bo na końcu źle parłam i naczynka mi na oczach popękały. Wyglądałam jak wampir z czerwonymi oczyma. Pozdrawiam również!

      Usuń
    2. nie nie na pewno nie wyplułaś, źle się wyraziłam - koleżanka tak o sobie mówiła :) z tym, że ona urodziła w ciągu 2h od początku akcji :) każdy poród jest bolesny to na pewno :)

      nie robię z siebie matki polki, bo tak szczerze mówiąc już w tym momencie już dawno o tym zapomniałam, ale chociaż teraz jak mnie coś zaboli to porównuję sobie z porodem i od razu mi lepiej (bo wiem, że jest gorszy ból)

      abstrahując fajnie jest być pierworódką bo człowiek nie wie, co go czeka tak naprawdę :)

      Usuń
    3. łał 2 h - Mistrzyni. ja co miesiąc mam namiastkę bóli porodowych - tylko tak z 15 razy lżej. dokładnie pamiętam które części ciała i w jaki sposób mnie bolały. Ale to takie miłe wspomnienie :) (masochistka ze mnie...? ;))

      Usuń
  15. Dwa porody przeżyłam. Starsza była malutka, idealna do rodzenia, ale Młodsza to już 4-kilogramowy Pulpet. Po obu porodach, jeszcze tego samego dnia po urodzeniu ich, ja juz marzyłam o kolejnym dziecku.

    Wiadomo, boli, bo boleć musi, ale dużo robi nastawienie. No i próg bólu. Ja mam niski próg bólu, ale ja się cieszyłam, że będę rodzić naturalnie (boję się cięcia, zawsze chciałam poczuć to jakie to jest uczucie, jak wychodzi dziecko). Przy dużym dziecku mam do cc okulistyczne wskazanie i tak naprawdę przy rodzeniu Oliwki powinnam być na stole. Przy pierwszej ciąży lekarz pod koniec zadecydował, że będziemy próbować naturalnie. Normalnie jakbym dostała skrzydeł :) Całą ciążę żyłam w przekonaniu, że będę cięta, a tu takie miłe zaskoczenie. I dzięki temu ja się cieszyłam na poród, nie mogłam się go doczekać. Gdy już wybiła godzina 0 napawałam się każdą chwilą, każdym skurczem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no wreszcie jakaś niepoprawna optymistka się włączyła do dyskusji. Ja też się cieszę że rodziłam siłami natury, choć wcale nie uważam, że te, które rodziły poprzez cc są gorszymi matkami, czasami nie ma się wyjścia, a te pocięte chyba jednak bardziej cierpią,

      Usuń

Cieszę się drogi czytelniku, że chcesz pozostawić po sobie ślad. Proszę jednak o przemyślane dobieranie słów, gdyż odkąd mam dziecko oduczam się przeklinać :)