piątek, 30 stycznia 2015

Słodka rozprawa o cukrze

 O soli już było, więc tym razem chciałabym o innej używce spędzającej sen z powiek wszystkim matkom. Cukier, bo o nim mowa to substancja, która od pierwszych dni życia kojarzy nam się z przyjemnością i zazwyczaj tak już nam zostaje. Oczywiście, że są wyjątki, ale nie zapomnijmy o tym, że to właśnie wyjątki stanowią regułę. Więc z założenia przyjmijmy, że cukier to przyjemność.
Cukier po względem chemicznym jest związkiem organicznym z grupy węglowodanów (sacharydów). Według badań do normalnego funkcjonowania organizmu potrzebujemy jej zaledwie w ilości 7 g dziennie - co daje przeciętnie około 210 g miesięcznie. Skoro jednak go potrzebujemy zastanówmy się tak jak w przypadku soli czy warto jest go eliminować z diety całkowicie i definitywnie?!
Wyróżnia się kilka stopni rozdrobnienia cukru. To głównie od tego czynnika zależy jego zastosowanie.
Cukier kryształ - najbardziej popularny, tzw. klasyczny. Najczęściej spotykany w naszych kuchniach.
Cukier puder - rozdrobniony/zmielony cukier stosowany zazwyczaj przy przygotowywaniu deserów, ciast, lodów, kremów i polew.
Cukier kandyz lodowy - polecany do słodzenia herbaty i przyrządzania domowych nalewek i likierów. Cechą charakterystyczną jest powolne rozpuszczanie się w alkoholu, przez co nie mętnieje. Dodatkowo opisywany jest w literaturze jako podkreślający naturalny aromat owoców.
Cukier o dużych kryształach - używany głównie do dekoracji wyrobów cuierniczych.
Muscovado - drobnokrystaliczny cukier z dużą zawartością melasy, o ciepłym miodowym kolorze i aromacie pomady. Miękki. Często wykorzystywany jest do przyrządzania polewy toffi, tiramisu, losów i ciast owocowych. Dodawany do marynat do grillowania, chilli i sosu bolognese.
Demerara - porównywalny do muscovado jednak charakteryzują go większe kryształy.

Zaczynając studiować literaturę na temat cukru nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego jak podział. Oprócz podziału ze względu na stopień rozdrobnienia podanego powyżej, wyróżnia się także podział substancji słodzących uwzględniający ich pochodzenie.

1. Biały cukier - to cukier oczyszczony, czyli sacharoza.
2. Cukier brązowy - jest to cukier trzcinowy lub buraczany. Choć pozyskiwany jest w identyczny sposób jak biały, ma dodatek melasy co tłumaczy jego zabarwienie. Choć cukier trzcinowy uważany jest za bardziej ekskluzywny to w rzeczywistości różni go od buraczanego tylko pochodzenie i zazwyczaj wyższa cena. Nie dajmy się więc wodzić za nos i oszukiwać producentom.
3. Cukier nerafinowany - nie jest poddawany oczyszczaniu rafinacyjnemu więc zawiera w swym składzie melasę. Ponadto literatura głosi, że zawiera w swym składzie także minerały m.in. żeazo, wapń, magnez, potas. Jednakże poziom zawartości składników mineralnych nie czyni z niego od razu istotnego ich źródła.
4. Melasa - naturalny, ciemnobrązowy cukier zwany "czarnym złotem". Produkt uboczny z produkcji cukru białego, w postaci słodkiego syropu. Rozróżnia się melasę buraczaną zawierającą do 50% sacharozy i trzcinową 38-40% sacharozy. W obu z nich zawarte są aminokwasy, związki azotowe, rafinoza i cukry redukujące.
5. Syrop klonowy - otrzymywany za pomocą odparowywania wody z soku wydzielonego z pnia klonu.  Rzekomo bogaty w składniki mineralne jak wapń, magnez, potas, fosfor, mangan, ponadto zawiera witaminy z grupy B, niacynę, biotynę, oraz kwas foliowy. Jest mniej kaloryczny niż biały cukier i miód. Używany zazwyczaj jako polewa, dodatek do owoców, ciast, lodów, deserów, jogurtów i płatków śniadaniowych, a także sałatek i sosów.
6. Syropy słodowe - pozyskiwane są z ryżu i jęczmienia. Słody zbożowe określanę są w literaturze jako substancje poprawiające trawienie, uwalniające od zastojów pokarmowych i wzmacniające żołądek. Zawierają witaminy z grupy B.
7. Syrop z agawy - jest substancją słodzącą produkowaną głównie w Meksyku oraz Afryce. Smakiem rzekomo przypomina rozrzedzony miód. Agawa zawiera spore ilości inuliny - naturalnego probiotyku, sprzyjającego rozwojowi naturalnej flory bakteryjnej w przewodzie pokarmowym, obniżającego poziom cholesterolu. 
8. Ksylitol - cukier brzozowy - polecany dla diabetyków gdyż jest metabolizowany przy niewielkiej ilości insuliny. Ksylitol określany jest jako związek przeciwdziałający procesom starzenia, skuteczny przy zaparciach, zwiększający przyswajalność wapnia, ponadto określany jest jako substancja o właściwościach bakteriobójczych, hamujących rozwój grzybów i drożdżaków, chroniący dziąsła, przeciwdziałający próchnicy i wzmacniający szkliwo.
9. Stewia - "słodkie zioło Paragwaju", jest to roślina której liście zawierają słodkie glikozydy.  Wiele substancji słodzących tzw. słodzików jest produkowanych na bazie tej rośliny ze względu na jej słodki smak i niekaloryczność. Poza tym roślina ta jako naturalny słodzik wykorzystywana jest już od ponad 1500 lat.


Zważywszy na fakt iż od pierwszych chwil naszego życia mamy styczność ze słodkim smakiem, który zawdzięczamy laktozie zawartej w mleku matki nie jest wielkim zdziwieniem, że smak ten warunkowo kojarzy się nam z przyjemnością.  W końcu karmienie piersią oprócz zaspokojenia potrzeby jedzenia stanowi dla niemowlęcia ceremonię dzięki, której dziecko czuje się bezpieczne, kochane, wyjątkowe (nie krytykuję tu osób, które nie karmią piersią). Odczucia te pozostają nam już do końca życia.
Dlatego też gdy nasze dzieci proszą o słodką herbatę nie powinniśmy zarzekać się i upierać, że najzdrowsza to woda, a napoje typu herbata tylko gorzkie. Czasami warto jest znaleźć odpowiednik cukru, który oprócz chwili przyjemności może wpłynąć także korzystnie na cały organizm.
Ja choć Żuka uczyłam od początku pić wodę i gorzką herbatę nie miałam większego wpływu na posiłki serwowane w przedszkolu. Teraz gdy chce słodką herbatkę - dostaje ją, tyle, że zamiast cukru znajduje w niej miód, o którym opowiem następnym razem. I wcale nie czuję się przez to gorszym rodzicem.
Pozdrawiam PR!

środa, 28 stycznia 2015

Małe grzeszki - wielkie przyjemności!

Nawiązując do mojego tekstu o grzeszkach rodziców chciałabym się trochę usprawiedliwić.
Choć staram się pracować z dzieckiem (lubię to przede wszystkim) to nie ukrywam, że tak jak każdy z rodziców bywam zmęczona. Tak, tak, wiem, wbrew powszechnej opinii, która twierdzi, że rolnik śpi, a mu rośnie, a żona rolnika to nierób patentowany do potęgi n-tej, kura domowa z certyfikatem - bywam zmęczona. Nie umiem siedzieć na d....e i jeśli akurat nie mam nic do zrobienia w gospodarstwie (o  ile w ogóle istnieje takie pojęcie - Ci którzy są w mojej sytuacji wiedzą o czym mówię) to zawsze potrafię sobie znaleźć zajęcie w domu. Tak, tak praca w domu to nie praca dla niektórych, ale komentować po raz kolejny nie mam zamiaru - ten kto zażył tego lenistwa domowego choć raz wie  o czym mówię.
Pisząc o grzeszkach nie miałam zamiaru się z nikogo nabijać, bo sama je popełniam - nagminnie.
Nie jestem rodzicem idealnym. To co pokazuję na blogu to tylko ta ciekawsza część z naszego życia. Reszty nie pokazuję nie dlatego żeby wykreować się na ideał cnót rodzicielskich tylko dlatego, że nie ma w niej nic ciekawego o czym można by było pisać. 
Choć  jak każdy rodzic dziecię swe uważam za chodzący ideał, na dnie mojego wielkiego, dumnego i zaślepionego JA drzemie taka myśl, że alfą i omegą do końca nie jest i jeszcze sporo wody w rzekach upłynie zanim nią zostanie (hehe). Cieszę się z jej każdego postępu, pękam wręcz z dumy i dlatego chwalę się tym jak opętana.
A żeby udowodnić swą rodzicielską nieidealność chciałabym Wam przedstawić listę bajek, które nagminnie z Żukiem oglądamy - tak potrafimy ślęczeć przed tv pół dnia, gdy nie mamy ochoty na nic innego, bo nie mam parcia na to żeby moje dziecko posiadało wiedzę 15 latka w wieku lat 5 i mówiło w 6 językach  zanim pójdzie do szkoły....

1. Ciekawski George -  pierwsza miłość naszego Żuka. Bajka o perypetiach małej małpki zwanej Georgem i jego Pana - Pana w żółtym kapeluszu. Choć małpka jest traktowana trochę jak dziecko, w rzeczywistości nadal jest małpką. Oprócz tego w bajce tej pies jest psem, kot - kotem, kura - kurą i wszystkie inne zwierzęta tylko zwierzętami  i to tymi, które prezentują wizualnie. Dzięki temu nie zaburza się naturalnej, dziecięcej percepcji świata i nie wprowadza się chaotycznych bodźców. Ponadto każdy odcinek jest wielką przygodą i to nie tylko dla małego widza. Ja osobiście uwielbiam oglądać tę bajkę na równi z moim dzieckiem.
http://serialnet.pl/serial-online/1-1812/curious-george

2. Bolek i Lolek; Reksio; Miś Uszatek; Kasztaniaki - o fenomenie starych polskich bajek chyba nie muszę opowiadać, zwłaszcza tym, którzy się na nich wychowali. Nie wiem czy bardziej z sentymentu czy po prostu z wielkiej wartości fabuły zaczęliśmy oglądać je namiętnie  - oczywiście my (ja i A. ) na równi z Żukiem. Niemniej jednak córka nasza pokochała je miłością bezgraniczną i bezwarunkową, co cieszy mnie niezmiernie, bo teraz razem zasiadamy przed telewizorem lub komputerem i oglądamy. Jakoś przełykam fakt mówiących kasztanów i staram się tłumaczyć, że bajka to tylko bajka i częstokroć z życiem się nie pokrywa wcale.
https://www.google.pl/search?q=bolek+i+lolek&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ei=DN_HVKnMNYXbaojjgbgI&ved=0CAkQ_AUoAg&biw=1525&bih=734&dpr=0.9#imgdii=_&imgrc=1HDTGp7QxGhc0M%253A%3BGvqqhkpunBdnBM%3Bhttp%253A%252F%252Fmagalandia33.strefa.pl%252Fbolek%252Flogo.jpg%3Bhttp%253A%252F%252Farchiwum.allegro.pl%252Foferta%252Fpileczka-pilka-gumowa-pompowana-bolek-i-lolek-i4110178083.html%3B1024%3B647

3. Dora poznaje świat - choć nie bardzo lubię bajki typu "mówiąca małpka" to jest to jedna z tych, która oprócz przepychu kolorów wnosi jeszcze element nauki. Dzięki tej bajce Żuk zna angielskie słówka i ćwiczy je za każdym razem ją oglądając. Mnie natomiast cieszy fakt, że nikt się tam nie morduje, nie tłucze i nie robi sobie na złość, no oprócz małego delikatnego epizodu o lisie złodziejaszku zwanym Rabusiem, ale to da się przeżyć.
http://allthingsd.com/20130423/adios-dora-why-netflix-can-afford-to-get-pickier-about-its-content-deals/

Więcej grzechów nie pamiętam, za to żadnego z powyższych nie żałuję :)
W końcu my też byliśmy dziećmi, a ja w dodatku pamiętam jaką radość sprawiało mi oglądanie bajek, więc dlaczego miałabym zakazać tej radości mojemu dziecku? Po prostu wszystko z głową i w granicach rozsądku, a reszta sama się ułoży!
Pozdrawiam PR!

wtorek, 27 stycznia 2015

Spotkanie po Mazursku

Choć założyłam sobie optymistycznie dobry początek roku to wcale nie zaczął się on tak jakbym tego chciała. Właściwie nie muszę za bardzo o tym opowiadać, bo kilka postów  wstecz wylałam część swoich gorzkich żali na blogu. Na szczęście kilka tygodni wcześniej zapisałam się na Mazurskie Spotkanie Blogerów i zabukowałam bilety na tygodniowy wyjazd do Szkocji. Trzeba mi było jednego i drugiego....
O Szkocji może innym razem - a może wcale, bo to dość osobisty wyjazd, nie zorganizowana wycieczka. Natomiast o Spotkaniu Blogerów będzie dziś. 
O prowodyrach zamieszania zapewne nawet jakbym nie napisała to i tak wszyscy by wiedzieli. Tak jak olsztyńskie zamieszania kojarzą się z Sylwią i Olą tak wszelakie Mazurskie Spotkania Blogerów podsuwają na myśl wesołe trio Ania, Natalia i Roksana. Tym razem było smacznie, wykwintnie i pobudzająco zmysły pod nazwą Gotowanie u Kalicha.
 Spotkanie odbyło się w restauracji Gościniec u Kalicha w Węgorzewie. Moje pierwsze wrażenie odnośnie miejsca to WOW. Mowę mi odjęło gdyż miejsce to jak na sezonowe życie miasteczka jest bardzo ekskluzywne i wykwintne i trzeba być odważnym żeby w tak małej miejscowości jak Węgorzewo postawić taki lokal. Oczywiście robi wrażenie nie tylko pod względem estetyczności, smaki, które proponuje są na równi ekskluzywne, a przystawka zrobiła na mnie wrażenie do tego stopnia, że do tej pory jej smak śni mi się po nocach.
Jak większość spotkań blogerów i to opatrzone było wykładami. Pierwszym zajęła się urocza Pani prezentująca sprzęt thermomix. To taka cudowna maszyna do robienia wszystkiego, jakby jeszcze sama sobie produkty z lodówki wyjmowała to była by idealna. Sprzęt thermomixa podczas krótkiej prezentacji przygotował nam zupę, masło, bułki, sok, i kilka surówek. Mówię sprzęt bo operatorzy jego choć zmieniali się przy każdym daniu byli tylko dodatkami upiększającymi przygotowanie posiłku, a większość rzeczy robiło się samo.
Kolejnym etapem naszego kulinarnego spotkania były warsztaty praktyczne w kuchni restauracji, poprzedzające nasz suty  posiłek. Miałyśmy okazję zobaczyć prawdziwą reatauracyjną kuchnię i proces przygotowywania posiłku. Jeśli któraś chciała mogła także wraz z Szefami Kuchni pobrudzić sobie ręce....  oczywiście jak na  blogerki przystało żadna się nie skusiła, gdyż nie da się gotować i jednocześnie robić zdjęć, a widział ktoś kiedyś blogera bez aparatu? Choćby tego w telefonie....
Po obiedzie zaserwowanym na pięknie przygotowanym stole Ania zaprezentowała nam jeszcze produkt do robienia wody sodowej SodaStrem - to westchnienie blogerek na myśl o dzieciństwie i syfonie do jej przygotowywania.
Oczywiście całe spotkanie, jak każde spotkanie  blogerów przebiegło w cudownej atmosferze wspólnych ploteczek i dyskusji o wszystkim i o niczym. Jak zwykle skończyło się za szybko, czas uciekł niepostrzeżenie. Dziewczyny na prawdę świetnie się przygotowały i zorganizowały nam cudowną mazurską sobotę, którą każda z nas zapamięta na długo. 
Oczywiście nie były byśmy sobą z Sylwią gdybyśmy nie uwieńczyły tak udanego dnia wspólną wieczorną kawką. Więc na polecenie mojego męża uprowadziłam ją do siebie, a że jej mąż ją chyba kocha mocno i nie chciał jej zostawić także poczuł się uprowadzony i pojechał za nami. Dzieci nasze cudne zajęły się sobą i praktycznie ich nie było, a my trwałyśmy w tym błogostanie, który zaczął się o 12 w Goscińcu u Kalicha, do samego wieczora.
Z perspektywy czasu i patrząc z boku na mój zły nastój towarzyszący mi od początku roku stwierdziłam, że właśnie tego mi było trzeba. Znalazłam lekarstwo na całe zło świata - doborowe towarzystwo....
Dzięki dziewczyny za wspólnie spędzony czas, który jak zawsze okazał się świetnie spędzonym czasem!
Pozdrawiam PR!










Uczestniczki spotkania:




Szczególne podziękowania  dla sponsorów, którzy umilili nam wspólnie spędzony czas:

Patroni medialni:


środa, 21 stycznia 2015

Moje Top 5

Moje TOP 5 blogów, które z czystym sumieniem polecam poczytać? Jeśli jesteście ciekawi to zapraszam do przestudiowania poniższego tekstu.

Czytuję wiele, choć nieregularnie gdyż nie mam na to czasu. Moja lista blogów, które odwiedzam znajduje się na dole mojego bloga, ciągle ją uzupełniam o nowe pozycje, jednak nadal nie ma tam wszystkich. Każdy przedstawia inną historię i innych ludzi, ale tak na prawdę wszystkie są wyjątkowe.

1. Sabina, Pan P. i ich córeczka Gaja to włosko - polska rodzina, którą możecie spotkać na  http://mamakluseczki.blogspot.it/ . Małe i duże radości, przemyślenia i wpadki, a wszystko to ubarwione łatwoprzyswajalnym, aczkolwiek czystym i schludnym językiem. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się w jaki sposób żaba zamieniła się w potwora nocnego i urosła do rangi włoskiego dramatu musicie koniecznie ich odwiedzić.

2. Gosia - świeżo upieczona  żona, w tle jej mąż, a na piedestale (jak u każdej matki) Mała L. - to nikt inny jak http://antyterrorystka.blogspot.com/ . Za co ją lubię? Mam nadzieję, że się nie obrazi - lubi się wymądrzać tak samo jak ja. Wiadomo, że ciągnie swój do swego więc chyba więcej dodawać nie muszę.

3. Sara - mama Kocórki, żona Big Muffina. Ma czas na to żeby opisać swoje przemyślenia, czas spędzony z dzieckiem, mężem, poruszyć tematy ważne, potrzebne i te (jak dla mnie) mniej istotne - np. najpiękniejsze suknie ślubne czy kreacje gwiazd. Dzięki niej mogę obejrzeć rzeczy, na które najzwyczajniej w święcie nie zwróciłabym uwagi. Znajdziecie ją na http://muffincase.in/ . No i ta surówka z czerwonej kapusty, do końca życia będę ją z nią kojarzyć! Pycha!

4. Klaudyna, Filip i Lilka - takie niesamowite trio, które na każdym kroku udowadnia, że z dzieckiem się da, a jak nadal nie wierzysz i śmiesz powątpiewać to patrz znów na punkt pierwszy, że z dzieckiem się da. Wchodzę do nich po to by nacieszyć oczy estetycznością i pięknem strony - takie moje niedoścignione pragnienie mieć pięknego bloga, nad którym wszyscy będą się zachwycać. Teksty oczywiście na równi z wyglądem estetyczne, konkretne i fachowe, a to wszystko na http://skomplikowane.pl/

5. Ten punkt przeznaczony jest na całą resztę blogów, o których nie wspomniałam wcześniej, a które znajdują się na dole mojego bloga. Wszyscy, którzy tam są zasługują na szczególną uwagę, każdy jest ciekawy i do każdego lubię wracać. I w ogóle jest ich więcej tylko muszę uzupełnić....! Niechaj to będzie moim noworocznym postanowieniem!

Pozdrawiam PR!

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Czytu tu, Czytu tam : o wspomnieniach dzieciństwa.

 Czytacie swoim dzieciom? Głupie pytanie, pewnie że czytacie, bo oprócz tego, że jest to świetną zabawą stało się także bardzo modne. Prawie tak modne jak moda na eko. I dobrze! Choć jedna mądra moda wdarła się w nasze komputerowo- zapracowane życie. Na pewno korzystna dla naszych dzieci!
A gdy cofacie się naście, dzieścia, dzieści lat wstecz i pomyślicie o dzieciństwie, jakie lektury od razu stają Wam przed oczyma? Na pewno każdy z Was ma takie bajki czy wiersze, które kojarzą mu się z jego własnym dzieciństwem. Wszyscy znamy przecież Królewnę Śnieżkę, Czerwonego Kapturka, Tomcia Paluszka, czy Śpiącą Królewnę.
Ja choć bajki te znałam z dzieciństwa i oczywistym dla mnie było to co wydarzy się w nich na następnej stronie nie uważam ich za wspomnienie. Nie wzdychałam gdy zaczęłam je czytać po raz pierwszy mojej córce. Powiem szczerze, że oczywistym było dla mnie, że ją z pozycjami tymi zapoznam, ale nie uważam ich za niezbędne w naszym życiu. Być może grzeszę mówiąc tak o klasyce, ale ile nas na świecie tyle gustów i upodobań i tylko to mam na swoje usprawiedliwienie.
W cyklu przygody z książką opisywałam zbiór wierszy M.Konopnickiej "Co słonko widziało wędrując po niebie". Jest to książeczka, którą Żuk dostała w prezencie od mojej mamy. To właśnie ta książeczka powoduje u mnie wielkie wzruszenie i sprawia, że łza kręci mi się w oku. Przez moment czuję się jak mała dziewczynka. 
Gdy Żuk zaczęła klepać na pamięć niektóre z wierszyków z tej pozycji pękałam z dumy. Może to głupie, ale nie potrafię nawet dokładnie wytłumaczyć i opisać emocji jakie mi towarzyszą gdy sięgamy po tę lekturę. 
Choć wiele z wierszy utrzymanych jest w patetycznym, silnie patriotycznym tonie, bije z nich dobro i miłość. Zapewne moja trzylatka niewiele rozumie teraz z podniosłości tekstów, ale być może dzięki temu w tej chwili są dla niej magiczną podróżą przez "cudny kraj" pełen krasnoludków, a później gdy sama dorośnie będzie sięgać po nie z sentymentem i dumą jak ja.
Właściwie nie o tej książce dziś chciałam rozprawiać. Żuk mała pełen regał książek nie ukończywszy jeszcze 6 m-cy. Czytywaliśmy jej już dużo wcześniej dlatego naturalnym stało się kupowanie książeczek. Największą radością było (właściwie jest do tej pory) gdy ktoś przyjeżdża do nas i wręcza jej kolejną pozycję w prezencie. To jak dostać bilet na wycieczkę do odległej krainy, magicznej, w której napięcie rośnie wraz z każdą następną przeczytaną stroną, a gdy powrót jest już bliski czuje się żal, że to koniec i niedosyt magii. Znów odbiegam od tematu....
Żuk wzbogaciła się dość wcześnie w dwie książki, nawet nie wiem czy sami jej kupiliśmy, czy dostała. Napisane są wierszem. Dość abstrakcyjne, bo w pierwszej jest mówiący osioł, pies i świstak, a w drugiej jeszcze lepiej mówiące owoce w sadzie..... Obie napisał ten sam pan R.Wejner - być może dlatego obie czyta się tak dobrze. 
Najlepszy przyjaciel to opowieść o osiołku, który spotyka na swej drodze (dosłownie i w przenośni) pieska, pomaga mu i dzięki temu zyskuje najlepszego przyjaciela. W sadzie natomiast jest historią owoców, które po wielkiej awanturze i niemożności dojścia do wniosku, który z nich jest najlepszy, najpiękniejszy i przede wszystkim najsmaczniejszy, trafiają wreszcie do jednego gara babci Hani i powstaje z nich przepyszna marmolada. 
Wiersze są tak przyjemne i łatwo przystępne, że po którymś razie czytania ich doszłam do wniosku, że nie muszę już sięgać po książkę gdyż umiem jej treść na pamięć. Ponadto z pozoru błaha historyjka była i jest tak ciekawą i wyciszającą opowieścią dla mojego dziecka, że do tej pory gdy nie może opanować swoich emocji leżąc w łóżku, te wyryte w pamięci dwa wiersze, powodują opanowanie emocji, skupienie się na ich treści (choć jestem pewna że zna ją tak dobrze jak ja) i wyciszenie. 
Jestem pewna, że to właśnie te dwie wierszowane opowiastki będą jej wspomnieniem dzieciństwa i pozostaną w naszej rodzinie na dłużej niż mi się mogło nawet wydawać.
Pozdrawiam PR!

piątek, 16 stycznia 2015

O zepsutym zegarku, nieumiejętności przegrywania i potrzebie oddechu

Nasze życie ustawione jest jak szwajcarski zegarek. Tylko na pogodę nie mamy wpływu -  aczkolwiek cały czas mam nadzieję, że wymyśli ktoś guzik do sterowania tymże zjawiskiem i przypadkowo trafi on w moje ręce.... Takie marzenie ściętej głowy....
Zeszły rok można naznaczyć mianem klęsk, katastrof i kolizji - 3* K. Ten miał być inny, lepszy. 
 Po czym jeszcze dobrze się nie zaczął, a los postanowił sobie z nas zadrwić. W jednej chwili stało się coś co było niemożliwe i choć podchodziłam do tematu z dystansem i niedowierzaniem po pewnym czasie dałam się na to nabrać. Gdy zaczynałam się oswajać z pewnymi faktami,  uświadomiłam sobie, że o tylko głupi żart, a niemożliwe dalej jest niemożliwym.... Straciłam humor bezpowrotnie (ps. na marne starania o dowiedzenie się o co chodzi, bo właśnie z siebie to wyrzuciłam i temat uważam za zamknięty....).
W związku z tym, że wszystko idzie swoim własnym torem, a nie tym, który ja sobie obrałam, dochodzę do wniosku, że za bardzo przyzwyczailiśmy się do tego, że większość rzeczy szła po naszej myśli i teraz drobne potknięcia urastają do rangi katastrofy. Jedyną, pewną rzeczą w całej sytuacji jest fakt, że należy nam się urlop, który mieliśmy mieć w listopadzie, a który został haniebnie zaprzepaszczony.
Oczywiście to, że się nam należy nie jest powiązane z tym, że będzie nam dane. Jak na razie Żuk walczy z uporczywym suchym kaszlem doprowadzającym ją do wymiotów, ja zaplanowałam sobie spotkanie blogerów na 2 dni przed wylotem, czyli na jutro, a dziś A. ma urodziny, które mam zamiar razem z nim celebrować choćby nie wiem co, choć on wcale nie lubi takich ceregieli, dom w rozsypce, a ciasto jeszcze tylko w planach. Nie wspomnę, a właściwie to wspomnę tu jeszcze o walizce, która leży na najwyższej półce schowka zawinięta w wielką czarną torbę, a jej spakowanie - oczywiście moja działka - także jest w planach...
Jak widać plany mam ambitne, resztka uporu jeszcze gdzieś drzemie na dnie mego umysłu - być może uda mi się do niej dokopać- jedyne co jest pewne to fakt, że straciłam bezpowrotnie wraz z humorem umiejętność dobrej organizacji i będę musiała się tego nauczyć od nowa. Myślę, że przyczyną są głównie moje chore ambicje, trawiące mnie od środka i fakt, że nie umiem przegrywać. Jakiś telefoniczny lub internetowy kurs psychoterapii by mi się przydał, może wtedy poradziłabym sobie ze swoimi zmorami - ktoś? coś?
 Jednakże w tej chwili to wszystko o czym piszę jest mało istotne, najważniejsze to upiec ciasto - plan na dzisiejszy poranek!
Reasumując mój do niczego prowadzący wywód chciałam powiedzieć, że zaplanowany mam wyjazd na poniedziałkowy poranek i powrót w następny poniedziałek. Prawdopodobnie ilość wziętych na swoją głowę obowiązków spowoduje, że zostawię Was może z 1 tekstem na ten tydzień. To, że nie pojawiają się u Was moje komentarze nie oznacza, że mnie u Was nie ma, czytuję na telefonie, jednakże moja pogoń za idealnym porządkiem w domu doprowadziła do zubożenia zdolności technicznych i gdy mój telefon buntuje się podczas dodawania komentarzy pod Waszymi postami jestem mu uległa w 100% i nie potrafię wyciągnąć konsekwencji z nieposłusznego zachowania. Choć czasami mu grożę palcem i rzutem o ścianę on jak moje dziecko, dawno zorientował się, że rzucam to ja tylko słowa na wiatr i nic sobie z tego nie robi.
Życzę udanego weekendu i w ogóle wszystkiego dobrego. Zaglądajcie tu czasami być może uda mi się zostawić coś do poczytania. 
Pozdrawiam PR!

środa, 14 stycznia 2015

O kuchennej białej śmierci

Nawiązując do moich matczynych  rozterek spowodowanych przeczytaniem w pierwszym okresie życia Żuka nadmierną ilością poradników wszelakich chciałabym Wam wytłumaczyć po krótce czym tak na prawdę jest sól i którą ze wszystkich dostępnych na rynku warto jest kupić.  

Czym jest sól, którą wszyscy/ prawie wszyscy stosujemy w swej kuchni? Niczym innym jak chlorkiem sodu - chlor wchodzi w skład soku żołądkowego, sód natomiast jest nam niezbędny w regulacji ciśnienia krwi, równowagi kwasowo - zasadowej i aktywowaniu niektórych enzymów. Ponadto w jej składzie można znaleźć także wiele dobroczynnych pierwiastków m.in.mangan, magnez, cynk, żelazo, wapń, potas, selen lit, a także ponoć śladowe ilości złota.  W jej stosowaniu jak we wszystkim jednak powinien nam towarzyszyć zdrowy rozsądek.

Nadmiar soli w naszej diecie może przyczynić się do wielu chorób. Najczęściej wymieniane w literaturze to miażdżyca, choroba niedokrwienna serca, zwiększenie ryzyka udaru mózgu, rak żołądka i osteoporoza. 

Jednakże każdy medal ma dwie strony jak to mawiają mądrzy ludzie i całkowite wyeliminowanie soli z naszego menu może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego. Najczęściej wymieniane choroby związane z niedoborem soli to te ze strony sercowo- naczyniowej, ponadto pobudzenie układu nerwowego, wzrost ciśnienia tętniczego, czy obniżenie wrażliwości na insulinę (co jest jednym z czynników składających się na szeroko pojętą cukrzycę). 

Sól jest zarówno minerałem skalnym, wydobywanym w kopalniach, jak i rozpuszczalnym składnikiem wody morskiej.
Do tej najzdrowszej formy soli, zalecanej przez lekarzy zalicza się właśnie sól morską, która obok selenu, magnezu litu i cynku jest także bogatym źródłem ważnego dla naszego zdrowia jodu. W przypadku tego rodzaju soli zalecane jest mniejsze jej stosowanie ze względu na jej mocniejszy smak.
Metodą górnicza wydobywana jest sól kamienna. Jedyne przetworzenie (jeśli w ogóle można to tak nazwać) to mielenie, kruszenie i sortowanie. W rzeczywistości jest ona solą nieprzetworzoną. Za to zawiera w swym składzie wiele drogocennych minerałów.
Sól jodowana/warzona/kuchenna - jest to przetworzona/oczyszczona sól kamienna poddana procesowi jodowania jodkiem lub jodanem potasu, w celu dostarczenia organizmowi tego niezbędnego i cennego pierwiastka jakim jest jod. Niestety bardzo łatwo jest utracić ów pierwiastek z takiej soli - zbyt wysoką temperaturą oraz dostępem światła.

Ponadto z soli możemy przygotować tzw. sól ziołową/przyprawę ziołową mieląc ją z mieszanką zasuszonych ziół. Nadaje się do tego majeranek, rozmaryn, tymianek, lubczyk, bazylia, oregano, kminek, cząber, a nawet lawenda. Mielenie możemy zrobić w sposób bliski naturze za pomocą moździerza, a także w wersji dla leniwych przy pomocy młynka do kawy. Wychodzi z tego całkiem niezła przyprawa do różnych sałatek i sosów, a w porównaniu z tymi gotowymi mieszankami, tu my decydujemy o ilości dodanej soli (wcale nie musi być jej dużo). 

Reasumując - jak już wiecie wszystkie poradniki, łącznie z tymi żywieniowymi wyleciały u mnie na stos makulaturowy do przedszkola zanim jeszcze Żuk dowiedziała się o istnieniu tej instytucji. Choć początkowo stroniłam od soli w jej diecie i to drastycznie, głos rozsądku przemówił i przestałam gotować jej w osobnym garnku. Doszłam do wniosku, że odrobina soli, której używam w kuchni nam nie poszkodziła więc jej także  nie zaszkodzi. Jednakże muszę dodać, że w kuchni kieruję się zasadą - dosolić zawsze można w talerzu - odsolić nie bardzo, więc nie szaleję z jej dodawaniem. We wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek...
Pozdrawiam PR!

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Z ziołowej apteczki: kilka ważnych faktów.

O dobroczynności ziół wszelakich prawiłam na swoim blogu już tyle razy, że niektórzy mogą uważać mnie za czarownicę, szarlatankę i cóż tam sobie jeszcze wymyślić można.... W średniowieczu za znajomość ziół i ich stosowanie zapewne spłonęłabym żywcem na stosie obok wielu zdolnych i ambitnych kobiet.  Na szczęście czasy płonących stosów się skończyły. 
Na szczęście albo na nieszczęście, gdyż zaczęły się czasy mody na eko styl życia i doktora google, który wszystko wie najlepiej.  Dążenie do naturalności w naszym życiu powoduje odrzucanie wielu tzw. używek i zamienianie ich na te naturalne, rzekomo nieszkodliwe.
Nie mówię o tym dlatego żeby drwić, jednak wszystko co robimy w swoim życiu róbmy z głową, gdyż na opakowaniach herbat ziołowych nie znajdziemy wzmianki o tym, że każde leczenie wymaga konsultacji z lekarzem lub farmaceutą i może mieć skutki uboczne! Tym bardziej nie znajdziemy tej informacji na łąkach zbierając prawdziwe rośliny.
Dlaczego leczenie? Nie od dzisiaj wiadomo, że zioła mają wielką moc. Wiele leków i suplementów produkowanych jest na bazie tych roślin, lub na podobieństwo składników jakie zawierają. Zioła są roślinami leczniczymi, a każde ich spożywanie pociąga za sobą reakcję w naszym organizmie. 

Najważniejsze fakty, o których należy pamiętać stosując kuracje ziołowe:

1. Zioła to także alergeny. To, że ciocia, babcia, sąsiadka sąsiadki i siostra sąsiadki próbowały i pomogło nie znaczy, że pomoże także i nam. Do każdego nowego zioła należy podchodzić z takim samym dystansem jak przy rozszerzaniu diety u niemowląt . Powoli, po trochu i sprawdzając czy nie wywołuje ono u nas reakcji alergicznej - od wysypki, przebarwień skórnych, po tzw. rozstrój żołądka czy wymioty, a nawet objawy ze strony układu oddechowego np. duszności.  Szczególnie uważać muszą Ci, którzy mają alergię lub predyspozycję do niej.

2. Systematyczne picie ziół powinno trwać nie dłużej jak pół roku, po tym czasie należy zrobić sobie przynajmniej trzymiesięczną przerwę, gdyż zioła tak samo jak leki mogą mieć swoje skutki uboczne.  Pisałam już wcześniej o tym, że nie powinno się pijać naparu z dziurawca latem gdyż ekspozycja na słońce i regularne popijanie tego naparu mogą wiązać się z przebarwieniami na skórze, to samo tyczy się solarium - jak dziurawiec to nie sztuczne opalanie. Regularne i długotrwałe popijanie rumianku może spowodować zaburzenia w miesiączkowaniu, natomiast pokrzywa obrzęki powiek. Napary ze skrzypu polnego wywołują niedobory witaminy B1 w naszym organizmie, a nadużywanie mięty tzw. rozstrój żołądka.

3. Każda ziołowa kuracja powinna być stosowana odpowiednio do naszego stanu zdrowia. Niektóre z ziół mogą stymulować wchłanianie się lub przyswajanie się leków, które zażywamy, co w efekcie może drastycznie zmniejszyć lub zwiększyć ich skuteczność i wywołać nawrót choroby lub podziałać szkodliwie i wywołać skutki uboczne spowodowane np. przedawkowaniem, pomimo , że lekarstwa nie spożyliśmy w nadmiernej ilości.  Przed połączeniem zioła z kuracją lekami chemicznymi należy dokładnie przestudiować literaturę  lub zaczerpnąć informacji specjalisty czy specyfik ten nie wchodzi w reakcję z lekarstwem.  Przykładem może być popularny rumianek, żeń-szeń, szałwia, dziurawiec i miłorząb japoński,  które  mogą zaburzać działanie leków przeciwzakrzepowych. Rozmaryn i tymianek przy długim stosowaniu mogą wywołać bóle głowy, złe samopoczucie i podrażnienie nerek. Ponadto szczególną ostrożność muszą zachować kobiety ciężarne i karmiące piersią gdyż  glistnik i krwawnik mogą powodować kurczliwość mięśni macicy, a chmiel, rozmaryn, arcydzięgiel, żeń-szeń i tymianek mają negatywny wpływ na płód. Z ziół, które należy ostrożnie stosować będąc w stanie błogosławionym wymienia się także szałwię, werbenę, rutę i bylicę.

4. Pochodzenie suszu używanego do naparów. Wszystkim wydaje się, że to co skradzione naturze jest najlepsze, jednak miejsca, w których zadomowiły się zioła niejednokrotnie nie są najlepszym stanowiskiem pod uprawy do spożycia. Jeżeli macie zamiar stosować zioła z miejsc o skażonej glebie, czy z łąk znajdujących się w pobliżu dróg i autostrad to lepiej zrobicie wybierając mieszanki ze sklepów zielarskich z certyfikatem bezpieczeństwa. Dla przykładu rośliny rosnące przy drogach mogą w swym składzie zawierać szkodliwe dla naszego organizmu metale ciężkie, dzięki którym przygotowany z nich napar nie tylko nie zadziała na nas kojąco i na zdrowie, ale także może podziałać wręcz szkodliwie dla naszego zdrowia.

Wszystkie przytoczone przeze mnie przykłady obejmują przede wszystkim długotrwałe kuracje ziołami. Choć w przypadku kobiet ciężarnych polecam zachować szczególną ostrożność nawet przy sporadyczny spożywaniu ziół.
O dobroczynności tych roślin mogłabym prawić wiele, jednak fakt uwielbienia przez moją córkę herbaty z pokrzywy skłonił mnie do napisania tego posta. Żuk zapędziła się do tego stopnia ( a my razem z nią), że wstała kiedyś z napuchniętymi i czerwonymi oczyma, a zanim doszłam do tego co było prawdopodobną przyczyną tego faktu upłynęło wiele wody w rzekach, zużyłam wiele torebek z herbatą na okłady i zdążyłam 2 razy skonsultować to z lekarzem.
Zioła zdecydowanie na TAK - tylko, że z głową! 
Pozdrawiam PR!

piątek, 9 stycznia 2015

Chwile ulotne

Zapewne każdy z Was o tym słyszał, a ponad połowa już to ma i jak powiem, że dopiero niedawno odkryłam to cudo to zostanę wyśmiana za zacofanie... No cóż przełknę tę porażkę z godnością, zbytnio się nią nie przejmując gdyż nie zaważy ona na moim dalszym życiu. A gdy okaże się, że jest jeszcze jakikolwiek procent ludzi na tym świecie, którzy o takim pomyśle nie słyszeli i dzięki mnie usłyszą BA! spodoba im się i zaczną z niego korzystać zrobi mi się choć trochę miłej na duszy.
Pomysł przyszedł z bloga Oli, a znaleźć możecie go TU. Pomysł nosi nazwę...? Właściwie nie wiem czy nosi, ale zapewne jak każdy dobry pomysł ją ma, jednak ja nazwałam go po prostu słoikiem wspomnień. Ola przez 12 m-cy wrzucała do ów słoika karteczki z dobrymi momentami jakie wydarzyły się w życiu jej i jej rodziny, a małe resume nastąpiło na koniec roku. W związku z tym, że pomysł ze słoikiem wspomnień uważam za świetny postanowiłam go wykorzystać. Nie byłabym w końcu sobą gdybym go nie wcieliła w życie. 
Żeby nie być małpą do końca postanowiłam, że zamiast słoika zrobię Album Dobrych Wspomnień. Właśnie jestem na etapie wypisywania w nim najważniejszych chwil w życiu naszej rodziny jakie do tej pory nastąpiły. Gdy to nadrobię (napewno wszystkich tam nie umieszczę bo część po prostu już umknęła) będę na bieżąco wpisywać każdy ważny, dobry, miły i przyjemny epizod z naszego życia. Czasami uwieńczę wpis jakimś zdjęciem, biletem, wejściówką, czy suchym kwiatkiem, żeby było weselej. Mam taki ambitny plan i choć postanowień noworocznych praktycznie nie robiłam to będzie to to jedno z niewielu, które się w mojej głowie zalęgły. Żebyśmy mogli kiedyś usiąść przeczytać, powspominać i mieć pamiątkę. Żeby nic nam nie umknęło, nie uleciało z pamięci.
A propo dobrych chwil w życiu Monika nominowała mnie do pewnej/kolejnej zabawy blogowej. Z tego co zrozumiałam mam napisać najważniejszą/sze chwile w moim życiu - Dobre Myśli. Coś co w głowie utkwiło w pamięci na stałe i będzie tam siedzieć bo jest stale pielęgnowane i podsycane uśmiechem na twarzy. Coś co zakiełkowało i rośnie w siłę, dzięki czemu zawsze można się podnieść i iść dalej.
1. Pierwszą z takich myśli jest mój mąż, fakt, że go spotkałam, że pomimo wielu zawirowań w życiu spotkałam go po raz kolejny i że co by nie było dajemy radę i trwamy w tym stanie nieważkości już tyle lat.
2. Nie byłabym matką gdybym w drugim punkcie nie napisała o moim dziecku. Pamiętam jakby to było dziś jak zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym, gdy usłyszałam pierwszy raz bicie jej serduszka, gdy się urodziła, gdy pierwszy raz usiadła, postawiła pierwsze kroki, wypowiedziała pierwsze słowo (tata), pierwszego zęba (każde kolejne również). W końcu od ponad 3 lat jest całym naszym życiem!
3. Uśmiech na twarzy wywołuje u mnie również wspomnienie studiów, każde kolejne kolokwium, każda sesja, obrony, ludzie którzy w jakiś sposób zaistnieli w moim życiu (niektórzy dalej w nim goszczą).

Jest jeszcze wiele rzeczy i sytuacji, które sprawiają mi radość. Na myśl o nich buzia sama układa się w uśmiech. Ale te zostawię już tylko dla siebie, będę je sobie pielęgnować i napawać się faktem ich istnienia.
Co do nominacji, chciałabym żeby każdy kto będzie miał ochotę po przeczytaniu tego tekstu wziął udział w tej zabawie, bo to dobra zabawa jest, ta z tych pozytywnych. Sabina, Gosia, Asia, Karolina, Sylwia, Ola, Ania (i to nie jedna), Roksana, Natalia, Sara, Dorota, Agnieszka, Klaudyna, Kasia, Kamila, Marika, Monika ..... i wszyscy, którzy tu wchodzicie i czytujecie, a których nie wymieniłam (za co bardzo przepraszam) - może Wy podzielicie się z nami Waszymi Dobrymi Myślami?

Pozdrawiam PR!


środa, 7 stycznia 2015

Grzechy rodzicielstwa.

Ostatnio na FB krążył demotywator jak mama siedziała na małym rowerku synka z wielkim uśmiechem na twarzy, a synek stał z tyłu i patrzył ze zdziwieniem na dobrą zabawę rodzicielki. Obrazek ten uwieńczony był hasłem pt."Rodzice - przeżywają dzieciństwo dwa razy".
Pozczątkowo jak to  zobaczyłam śmiałam się do łez, ale po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że stwierdzenie to jest w 100% trafne. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że to pierwsze przeżywamy z godnością, a to drugie za to można przedstawić w postaci podstawowych grzechów rodzicielswa.
Jakie to grzechy? Dlaczego grzechy?


1. Podjadanie dziecku słodyczy.
 Nie wierzę w to, że choć raz nie zdarzyło się Wam rąbnąć młodzieży batonika czekoladki, żelków - ŻELKÓW!!! - taaaak ostatnio mi się to zdarzyło (Antyterrorystka tylko nie kłam, bo Tobie też i do tego przyznałaś się publicznie!). Tłumaczysz sobie później w myślach, że to dla jego dobra, w końcu słodycze są nie zdrowe i ta próchnica. Lepiej matce niech w cycki idzie niż dzieciakowi zatwardzenie fundować. Tłumaczysz przy tym, że kraść nie wolno, bo to wielka krzywda dla okradzionego, grzech i w ogóle tak robią tylko niegodni szacunku ludzie - później z mniejszymi lub większymi wyrzutami sumienia, spowodowanymi tym, że okradałaś/łeś własne dziecko, lub tym, że złamałaś/łeś postanowienie przejścia na dietę udajesz, że nic nie wiesz na temat zaginionych łakoci i przechodzisz do porządku dziennego (nie to żebyś tłumaczył/a całkiem niedawno również, że kłamać także nie wolno).

2. Podjadanie w ukryciu przed dzieckiem oczywiście słodyczy - prosisz, tłumaczysz, pokazujesz obrazki z próchnicą, opowiadasz o nadwadze i skutkach zdrowotnych jej towarzyszących po czym zamykasz się w toalecie z tabliczką czekolady, albo czekasz aż dziecię odpłynie w objęciach Morfeusza i Ty również odpływasz przeżywając swoisty gastralny orgazm. Patrz punkt pierwszy - tłumaczyłaś/łeś, że kłamać nie można....

3. Kupowanie zabawek dla siebie - no przecież zawsze chciałaś/łeś mieć domek dla lalek, samochód zdalnie sterowany, klocki lego czy jakieś tam jeszcze inne i masę zabawek, które może nie do końca zachwycają Twoje dziecię, ale Ciebie już tak. No przecież nie jest też Twoją winą, że Twoich rodziców nie było na nie stać.... Jedyne czego jesteś winien/winna to fakt, że Ciebie stać i możesz sobie na to pozwolić - ale tak to każdy chciałby być winien. Kupujesz więc po czym pod pretekstem zabawy z dzieckiem siedzisz i godzinami się zabawiasz i wcale nie przeszkadza Ci to, że dziecko znudzone, albo nawet niezaciekawione zaproponowaną przez Ciebie zabawką już dawno pojęło magiczny proces włączania TV i siedzi właśnie i ogląda 15tą z rzędu bajkę przeznaczoną dla dzieci od lat 12 mając zaledwie lat 3.

4. Włączanie bajek - wiesz, że nie powinno oglądać za dużo, no wiesz przecież, że TV ma zły wpływ... Po czym z obolałą głową po nie do końca przespanej nocy i słuchaniu indiańskiej zabawy z okrzykami w tle włączasz wyklęte przez wszystkich bajki i delektujesz się tymi 15 minutami ciszy.... Czemu 15? A widział ktoś 3 latkę, która potrafi wysiedzieć dłużej w jednym miejscu? Moja do takiej grupy się nie zalicza, a i bajki jakoś tak większej euforii i zachwytu nie wywołują... No dobra wywołują, ale tylko w momencie jak nie pozwalamy, jak już pozwalamy to Ona nie chce.... Ech przekora losu!

5. Frytki - niezdrowe fastfoody! ble Kochanie paskudztwo takie będziesz jeść....! Po czym po 3 godzinach marudzenia w podróży zjeżdżasz do pierwszej lepszej jaskini zła wszelakiego, po to by uśmierzyć swój ból głowy 5 minutami ciszy.... No, bo przecież jak ma zapchaną buzię to nie krzyczy! W dodatku nie to, że właśnie przejawiasz objaw rodzicielskiej niekonsekwencji to znowu Twoje postanowienie noworoczne zrzucenia kilku kilo i przejścia na dietę właśnie trafia szlag! Przecież Tobie też się coś od życia należy - no jedne małe frytki to już na pewno w cycki pójdą!

Tekst jest w całości z przymrużeniem oka i proszę go nie brać do siebie, ani nie traktować w 100% poważnie.Choć jak tak przeanalizuję moje 3 lata rodzicielstwa to ziarnko prawdy w nim jest. W końcu na jakiejś podstawie musiałam to wymyślić ;) a czymże są jakieś tam z palca wyssane gryzmoły w porównaniu z potęgą własnych doświadczeń!
Pozdrawiam PR!


poniedziałek, 5 stycznia 2015

Matczyne obsesje i wychowawczy chaos.

Obsesyjne dążenie do idealnego wychowania naszych dzieci i coraz to nowe poradniki, w których świeżutcy absolwenci wszelakich studiów o dzieciach prawiących  próbują przekonać rodziców o tym, że ich metoda wychowania jest metodą najlepszą, skutkują wychowawczym chaosem i mętlikiem w głowie.
Przecież każdy z nas chce jak najlepiej dla swojego dziecka. Czytamy więc, dokształcamy się, studiujemy grube tomy magicznych ksiąg, zarywając sen jeszcze bardziej niż musimy. Wdrażamy później metody nie do końca ze sobą powiązane sprawiając, że momentami sami siebie nie rozumiemy. Czy na prawdę jest potrzebne to nam i naszym dzieciom?
Przestałam czytywać poradniki. Z jednego podstawowego powodu - zaczęły mnie wpędzać w stany depresyjne.
Czytałam, a wieczorami gdy dziecko moje szło spać wyrzucałam sobie, że jestem złą matką gdyż to czy tamto zrobiłam inaczej niż zalecali to autorzy przestudiowanych książek.
A przecież tyle się mówi o tym, że matka wie, że matyczna intuicja to najlepsza podpowiedź. Przecież wszystkiego trzeba się nauczyć - dziecka również. I choć jest to może trochę łopatologiczne stwierdzenie nie zmienia to faktu, że jest w 100% trafne. Jednym zajmuje to więcej czasu innym mniej, niektórzy wiedzą od razu, ale żaden z poradników nie zastąpi nam praktycznej nauki dziecka.
Moja nauka dziecka nie poszła mi tak łatwo jak pisanie tego tekstu, jednak od kiedy odstawiłam poradniki mówiące mi co i jak mam robić zrobiło się po prostu łatwiej, mniej stresowo, prościej.
Oczywiście wyszła ze mnie przekorna natura człowieka i przestałam zaglądać nawet do ksiąg prawiących o rozszerzaniu diety u maluchów. Jakoś tak nie mogłam przełamać tej bariery. Dietę Żukowi rozszerzałam na przysłowiowego czuja, metodą prób i błędów począwszy od 4 miesiąca jej życia. Mam zdrową, dorodną córę, która nie cierpi na żadną alergię pokarmową, zajada się warzywami i owocami i nie pogardzi batonikiem - czyli chyba nie do końca poszło mi to źle?
Największym moim sukcesem (właściwie naszym) było to, że słodyczy spróbowała dopiero mając 1,5 roku - dla niektórych to dopiero (np. dla mnie), a niektórzy powiedzą już? w takim wieku? - ale znając powszechnie panujące realia rodzinne uważam to za mega sukces!
Jedynym wsparciem przy rozszerzaniu diety Małej była ulotka, którą dostałam od pediatry. Takie magiczne kółeczko które zawisło w centralnym miejscu naszego domu na kilka miesięcy i z którego czerpaliśmy wiedzę razem z A. Pewnie znajdą się Ci, którzy powiedzą, że to głupota i nie można tak po prostu bazować tylko na jakiejś ulotce - ale mając zdrową żywność z własnej produkcji i główne podstawy żywienia i rozwoju wypisane w kilku punktach przebrnęliśmy dzielnie przez te 12 pierwszych miesięcy. Da się...!
Poniżej chciałabym Wam przedstawić schemat z naszego magicznego kółeczka, może komuś się przyda, rozjaśni drogę którą zazwyczaj świeżoupieczeni rodzice brną na oślep i pomoże, pewne rzeczy zrozumieć tak jak nam.
Pozdrawiam PR!
ps. przepraszam za jakość zdjęć, obiecuję, że jak tylko ogarnę się w obsłudze nowego komputera wrzucę to w tabelę i zaktualizuję wpis.













piątek, 2 stycznia 2015

Strachy porodowe.

W 5 m-cu ciąży wylądowałam przez przypadek w szpitalu w Morągu. Były to czasy gdy jeszcze istniał tam oddział ginekologiczno - położniczy. Badał mnie wtedy lekarz, chyba arabskiego pochodzenia. Wiele dobrych rzeczy o nim słyszałam, ponoć potrafił idealnie, co do dnia przewidzieć datę porodu. Po przejrzeniu mojej karty i zrobieniu USG stwierdził, że da sobie rękę uciąć, że będę rodzić 29 listopada. Moja pani doktor prowadząca wyliczyła datę najpierw na 14, później na 12 grudnia.
Pamiętam jakby to było wczoraj, że 29 listopada byliśmy w Olsztynie - usiedzieć na miejscu nie mogliśmy, poza tym zachciało mi się kurczaka z KFC - dziwne, bo całą ciążę zachcianek nie miałam. Wieczorem wróciliśmy do domu i stwierdziłam, że jak mam jechać rodzić mężowi na imieniny to jeszcze pomogę teściowej złożyć puzzle, które teść kupił jej dla zabicia czasu podczas bezsennych nocy. Ułożyliśmy, co do ostatniego kawałka.
Wykąpałam się i poszłam spać, śmiejąc się że 29 mija. O 2 nad ranem obudziło mnie parcie na pęcherz - nic nowego, jak co noc i to o stałych porach. Załatwiłam potrzebę i poszłam dalej spać, o 3 znowu to samo. A, że przybrałam już posturę małego czołgu stęknęłam sobie zwlekając się z łóżka. A. dla żartu wydusił z siebie w półśnie słowa "co rodzisz?" i oczywiście poszedł dalej spać, a ja poczułam, że robi mi się niesamowicie ciepło.... Stałam i śmiałam się jak nigdy dotąd mówiąc, że właśnie wody mi odeszły. Mój małżonek otworzył oczy, a po 30 sekundach wyrwał z łóżka jak poparzony ze słowami i co dalej? Sama nie bardzo wiedziałam, ale pamiętając słowa kochanej Pani Wiesi - położnej ze szkoły rodzenia kazałam mu podać mi ubrania i iść sobie zrobić kanapki do szpitala żeby głodny nie był....
TAK DOBRZE CZYTACIE - kazałam mu zrobić sobie kanapki....
Wszystko miałam spakowane już dawno więc nie było większych problemów z szykowaniem czy pakowaniem. śmiejąc się jak opętana pożegnałam zaspanych teściów i wsiadłam do samochodu. Oczywiście nie omieszkałam rzucić do mojego małżonka tekstu żeby się nie spieszył za bardzo bo ślisko jest....
Weszłam na izbę przyjęć z wielkim uśmiechem na twarzy, a Pani która mnie przyjmowała widząc moje rozbawienie zapytała co mnie do nich sprowadza. Szczerząc się rzuciłam - no chyba rodzę, bo wody mi odeszły. Koło 5 leżałam już na sali, którą wybraliśmy sobie z A. podczas zwiedzania porodówki na szkole rodzenia. Położna powiedziała mi na samym początku, że pójdzie nam sprawniej jak będę słuchać tego co do mnie mówi. Słuchałam więc. Nie kłamała, poszło sprawnie! 
Myślę, że dużą zasługą było to, że chodziliśmy na szkołę rodzenia. Byliśmy merytorycznie przygotowani w 100%. Praktyczna lekcja właśnie nadciągała.
O 9.40 przywitaliśmy na świecie naszą wspaniałą małą córeczkę. Imię miała wybrane już od prawie pół roku więc przywitaliśmy się po imieniu. A. stwierdził, że jest najpiękniejsza na całym świecie i ma nos po moim dziadku!
I tak oto minęły nam pierwsze chwile naszej już w tedy 3osobowej rodziny.
Przypomniałam sobie leżąc już w normalnej sali jak koleżanka opowiadała mi o porodzie i o tym jaki jest straszny. Porównywała go do takiego bólu przez, który chodzi się po ścianach i gryzie parapet.... Bałam się, jak każda kobieta. Czekałam na gryzienie parapetu....a gdy położna zapytała mnie czy chcę znieczulenie, odpowiedziałam jej pytaniem na pytanie czy będzie jeszcze bardziej boleć? Powiedziała mi że w skali do 10 boli już na 8 do 9 i niewiele. Nie wzięłam znieczulenia, nie chodziłam po  ścianach, nie gryzłam parapetu.... Strach ma wielkie oczy, a ubarwiony opowieściami życzliwych wzrasta do rangi końca świata. Czasami sobie myślę, że nie warto słuchać, bać się trzeba bo jest to nieznane i bolesne doświadczenie, jednak nie należy słuchać i ubarwiać tego strachu. Żeby nie zapominać o słuchaniu położnej...bo to na prawdę połowa sukcesu.
Pozdrawiam PR!