piątek, 31 października 2014

Dyniowa po mojemu

Nastała jesień, a wraz z nią nastał czas przyrządzania dyni na 1000 różnych sposobów. Każdy na lewo i prawo chwalił się jaka to pyszna zupa, dżem, krem, pasztet i co tam jeszcze można sobie wymyślić z dyni wychodzi, a ja jedna biedna sierota nie bardzo wiedziałam jak się za nią zabrać, bo w domu nigdy nie wysiewaliśmy dyni i tajników jej przerobu nie ogarnęłam za czasów nauki gotowania. Teściowa robiła dynię z mlekiem i z tzw. lanymi kluskami jednak oprócz mnie towarzystwo moje nawet nie patrzyło w jej kierunku. Doszłam do wniosku, że nawet nie mam co się uczyć jej gotować bo  i  po co....dla siebie samej to pójdę z miską na żebry do babci i wystarczy.
Korciło mnie jednak żeby zrobić z niej coś innego, coś bardziej na ostro. Coś co zjedli by moi niewdzięcznicy. Udało mi się przekonać A., Żuk twardo poszła w zaparte, że dynia to nie jej smak, nawet nie próbując. Trudno jej strata.
Jak wygląda zupa z dyni po mojemu? Jest to krem gotowany na rosole, z większością łatwodostępnych warzyw - marchew, pietruszka, seler, cebula opalana nad gazem no i dynia oczywiście. Bez żadnych udziwnień przyprawowych - przyznam się do grzechu dodaję kostkę rosołową z czystego lenistwa no i trochę z powodu, że Żuk tego nie je, bo jakby sięgała po tę zupę na pewno bym się taką przyprawą nie posiłkowała, poza tym trochę soli, pieprzu, słodkiej papryki. Gdy warzywa są rozgotowane wyjmuję porcję rosołową, blenduję zupę, prażę słonecznik na oleju i posypuję nim zupę w misce, wrzucam trochę mozzarelli którą kochamy miłością bezgraniczną równie mocno jak prażony słonecznik i zajadamy się z A. Pokochaliśmy tę zupę i przynajmniej raz w tygodniu ją gotujemy...trzeba wykorzystać fakt, że dynię jeszcze posiadamy...
Wam również polecam wypróbować PR!



środa, 29 października 2014

Przygody z książką: piszę i liczę


http://dzikajablon.wordpress.com/2014/09/09/przygody-z-ksiazka-nowy-projekt-blogowy/
 Witam Was serdecznie. Nadszedł kolejny tydzień projektu przygody z książką i kolejne moje propozycje. Tym razem jest coś do poczytania, do zrobienia i zabawy....
W duchu patriotyzmu dalej trzymam się polskości. Tym razem przyszła pora na alfabet. Dodatkowo chciałabym przedstawić także pozycję z cyferkami. 2 książki - jedna seria. Cyferkowo - Poznaję cyferki i Literkowo - poznaję literki to moja propozycja nauki podstaw dla Maluchów i trochę starszych dzieci (Gr. Wydawnicza Foksal - Wilga).
Opisać miałam je już dawno - jednak Żuk posiada tyle książek, że czasami trudno jest się zdecydować na to, które czytamy wieczorem, a co dopiero zadecydować którą opisać. Przebieram więc książki i wybieram te, do których zaglądamy najczęściej.
Cyferkowo i Literkowo to pozycje pisane lekką rymowanką, a każda z rymowanek opowiada kolejno o cyfrach i opisuje po kolei alfabet. Prosty język powoduje, że po kilku razach wpada w ucho i zapamiętuje się większość tekstu. Żartobliwy ton sprawia, że czytanie i przy okazji nauka jest przy okazji świetną zabawą. Kartonowa twarda oprawa nadaje się już dla najmłodszych. A obrazki pomimo całej palety barw i zminimalizowania zużycia materiału i umieszczeniu np. kilku liter na jednej stronie nie wywołują zamętu w głowie i nie przytłaczają nawałem i pstrokacizną.





W jednym z wakacyjnych postów pokazałam prosty sposób na zabawę literkami (do cyferek także można to podpiąć). Wtedy upały powodowały, że część dnia trzeba było spędzić w domu, a ja starałam się w te wolne dni przekazać jej jak najwięcej wiedzy w zabawie. Wiedziałam, że jak pójdzie do przedszkola, a ja do pracy nie będę mogła poświęcać jej tyle czasu i pracy ile bym chciała.Po krótce zabawa polegała na wydrukowaniu liter na papierze samoprzylepnym i obrazów zaczynających się na daną literę. Stworzyłyśmy plakat alfabetyczny z obrazami, które ułatwiały nam odgadywanie jaka jest to litera. Świetna zabawa i przy okazji dobry sposób na naukę. Nasz alfabetyczny misz masz można obejrzeć TU.

Ostatnią moją propozycją jest ciężka praca dla rodzica, która poskutkuje w przyszłości łatwiejszą nauką dla dziecka. Postanowiłam sama stworzyć ćwiczenie dla Żuka. Ćwiczenie, w którym będzie ćwiczyła pisownię. I choć na razie ma w nosie naśladowanie pisania tego co jej proponuję to wiem, że kiedyś wyciągnę tę moją prywatną książkę i będziemy się z nią świetnie bawić. Znalazł się tam cały alfabet, wraz ze szlaczkami, które świetnie ćwiczą małą rączkę dziecka. Pamiętam, że jak byłam mała mama pisała mi na kartce literki, a ja musiałam do końca kartki naśladować tym wzorem pisownię mamy. Świetnie się przy tym bawiłam i nie bardzo zdawałam sobie sprawy z tego, że mama robiła to z jawną premedytacją by ułatwić mi życie. Mam nadzieję że Żuk także doceni kiedyś moje wysiłki :) Polecam Wam drodzy rodzice tę formę - jest okazja by przypomnieć sobie prawidłową pisownię naszego pięknego polskiego alfabetu :)
pozdrawiam PR!



ps. zdjęcia mi się poustawiały jak chciały....ale chyba nie przeszkadza to w ich oglądaniu :)

poniedziałek, 27 października 2014

Znalezione, nie kradzione!

Ponoć jak ktoś ma miękkie serce to musi mieć twardą du.. więc chyba muszę zacząć jakąś serię ćwiczeń na pośladki....Myślę że to moje miękkie serce mnie kiedyś zgubi....
Siedziało toto takie brudne i skulone pod przedszkolem, strzeliłam drzwiami w dodatku prawie przepoławiając na pół jak chciało się ogrzać zakradając się do środka. Wylazło z wielkim krzykiem, tak wielkim, że nie podejrzewałam, że takie małe może tak głośno krzyczeć. Żuk spojrzała na mnie z wielkim znakiem zapytania w oczach jak skuliłam się pełna wyrzutów sumienia po tym incydencie. Wyszłam za bramkę....podjechał A., a ja nie wytrzymałam. Zawołałam go i powiedziałam, że siedzi toto tu od rana, a wszyscy popychają, w dodatku ja o mało nie zabiłam drzwiami....i nie mam sumienia zostawić, zima idzie a toto małe brudne i się trzęsie... Zrobiłam chyba równie biedną minę co toto, a Żuk jak na zawołanie zaczęła mi wtórować.. A. spojrzał na toto i na nas i stwierdził, że chyba też musi zacząć ćwiczyć pośladki... Zawinęliśmy toto w zapasowe spodnie Żuka i zabraliśmy do domu. Żuk nadała temu godne imię pupil, jak się okazało później nie do końca trafne gdyż pupil jest przedstawicielem płci żeńskiej....ale myślimy zgodnie że jej to nie przeszkadza. Sprawia wrażenie jakby Pana Boga za nogę złapała.... I tak oto dorobiliśmy się 4 kota w domu!
Pozdrawiam PR!

niedziela, 26 października 2014

Mojemu Bratu!

Dziś wyjątkowo pojawi się wpis. Niedzielny wpis. Wpis dla mojego najukochańszego braciszka. Mojego małego braciszka....który kończy dziś 25 lat (ekhem...małego jak nic).
Pamiętam jakby to było wczoraj jak biegał z zawiązaną na 4 supełki chusteczką do nosa na głowie, jak stałam z ojcem pod szpitalem, a mama była w oknie na (chyba) 3 piętrze i pokazała mi coś, co tata nazwał moim bratem.
 Cudowne dziecko w czepku urodzone....nigdy nie musiał się tyle uczyć co ja, on po prostu wiedział. Zadziorny, czasami opryskliwy i narwany (to akurat cechy wspólne naszej 2ki) a w głębi duszy delikatny, czuły i kochający. W dodatku gotuje lepiej ode mnie... :/ Przedwczoraj, w moje urodziny obraził się na mnie że napisałam że jest łysy....hm napisałam to po to żeby sobie poprawić humor, aczkolwiek nie zmienia to faktu że ma mniej włosów niż 5 lat temu.... Kiedyś, za czasów bujnej czupryny, jego rozwiązłość mowy, łatwość nawiązywania kontaktów i paplania o byle
czym byleby podtrzymać rozmowę sprawiała że wszystkie dziewczyny patrzyły na niego jakimś takim dziwnym, mętnym wzrokiem.... Na szczęście pojawiła się moja bratowa, wyłysiał z lekka i to podcięło mu skrzydła i się ustatkował. Już niedługo będzie z nami w Polsce, na stałe! I to jedna z tych nadchodzących zmian w naszym życiu, której nie mogę się doczekać! Fajnego mam brata!
Wszystkiego najlepszego braciszku! Niech Ci się wiedzie, spełniaj swoje marzenia i plany, chwytaj życie całymi garściami i nie zapominaj co jest w nim najważniejsze! Twoja kochająca siostra!
 Ilona

piątek, 24 października 2014

18 na karku i 11 lat doświadczenia życiowego

Miałam zrobić podsumowanie kolejnego minionego roku, mojego prywatnego roku. Jednak ostatki sił jakie mi pozostały sprawiają, że myślę tylko o tym aby trafić do łóżka i przytulić się do A.....no może jeszcze o tym żeby Żuk przespała dzisiejszą noc i nie kazała nam opowiadać wierszyków o 3 nad ranem. Przepracowanie i zmęczenie razem (wiem, że to jedno  i to samo ale tak dumnie razem wyglądają), moja ostatnia dwudziestka i jedna czynność wykonywana w kółko przez tydzień, która spowodowała że zaczęłam robić machinalnie i za dużo myśleć powodują, że w mojej głowie zalęgło się wiele nie do końca zdrowych myśli, powiedziałabym nawet przepełnionych goryczą... Jedyne co mogę rzec podsumowując ten rok to to, że przetrwałam kolejny nieprzespany rok, a na pocieszenie dodaję sobie, że za dwa dni mój brat też będzie straszy o rok więc nie jestem sama :) i on ma mniej włosów niż ja to nawet jestem trochę lepsza od niego...Starsza o 4 lata i więcej włosów ma!
 Ten rok przyniósł mi wiele radości, trochę smutków i zmartwień, choć jakby je tak zbilansować to i tak byłby na + więc mogę rzec że był udany.
Nasze małe wielkie dzieło - Nasze Szczęście - Żuk - rozwinęła się niewyobrażalnie, rozkwita jak piękny kwiat i umila nam życie swoją osobą. To, że nam nie śpi coraz mniej mi przeszkadza, a coraz bardziej zaczynam traktować te pobudki jako rutynę. To w sumie dobrze bo przestały mnie denerwować.
 Wytrwałam rok pisząc - choć nie obyło się bez przeprowadzki z blooga na blogspot...ale to tylko taki mały zabieg kosmetyczny :) Dzięki blogowaniu poznałam osobiście i wirtualnie wiele ciekawych i bardzo wartościowych osób - co jest chyba największym osiągnięciem blogera (przynajmniej dla mnie).
 Udaje nam się (mi i A.) nadal trwać w naszej prywatnej wizji udanego i szczęśliwego małżeństwa. Jest to stabilna podstawa przy tworzeniu rodziny!
Mamy wiele planów i marzeń. Czekamy z niecierpliwością na wiele wydarzeń, które mają wkrótce nastać. Staramy się cieszyć każdym dniem i szanować siebie i innych, staramy się wychowywać nasze dziecko zgodnie z naszymi zasadami i poglądami i cieszymy się patrząc, że nasze wychowanie idzie w tym kierunku który obraliśmy.
Dlaczego pisząc podsumowanie swojego roku piszę o nas? Bo już prawie od 7 lat jesteśmy jednością - prawdziwą rodziną. Nic nie dzieje się w moim życiu bez nich, a w ich życiu beze mnie i gdybym napisała ten post w jednej osobie byłby zwykłym kłamstwem.
Choć wizja mojej ostatniej 20 nie napawa mnie optymizmem zaczęłam sobie ostatnio powtarzać (za radą mojego innego brata, ciotecznego, też młodszego i też bardziej łysego niż ja - chyba nie jest ze mną aż tak źle ;)) że mam 18 na karku i 11 lat doświadczenia. I tym miłym akcentem pozdrawiam Was serdecznie!
O rok starsza PR!

środa, 22 października 2014

O utracie szacunku

Siedzimy ze znajomymi, opowiadają o swojej koleżance, którą dobrze znam, że wyszła za mąż, że męża rodzice mają gospodarstwo, w którym muszą wraz z mężem pomagać i teraz doi krowy. I kwitują ten tekst gromkim śmiechem. Inni komentują znany ostatnio program "rolnik szuka żony" mówiąc o panach występujących w nim jakby byli podgatunkiem człowieka... i to najgorszym z podgatunków... To tylko 2 przykłady z całego morza, które mogłabym przytoczyć.... My siedzieliśmy i słuchaliśmy z szeroko otwartymi oczyma i ustami dochodząc do wniosku, że czasami chyba niektórzy zapominają się i dlatego tak jawnie śmieją się przy nas z rolników. Mówili, mówili, śmiali się, po czym dotarł impuls do mózgu, na twarzy pojawił się wyraźny grymas, chwila niewygodnej ciszy i szybka zmiana tematu.
Wyśmiewanie się z ludzi jest to najlepszy sposób na stracenie u nas całego szacunku jaki się posiadało....
Nie czuję się lepsza od innych pomimo, że częstokroć zarabiam więcej niż oni. Nie czuję się gorsza, bo nie uważam, że moja praca jest hańbiąca. I choć uważam, że jest wiele prac i zawodów, których bym się nie podjęła ze względu na to, że dla mnie są uwłaczające, lub płaca za nie jest uwłaczająca to staram się tego nie komentować i nie śmiać się (a już na pewno nie publicznie), bo wiem że być może zrobię komuś przykrość.
Powiedzcie mi czy na prawdę nikt nie zastanawia się nad tym skąd się bierze ta cholerna polędwiczka w sklepie, dzięki komu na sklepowych stoiskach można znaleźć ziemniaki, jabłka czy jajka? No przecież to nie bierze się to z fabryki....Czy skoro praca rolnika dla niektórych jest zabawna i poniżająca to jedzenie produktów przez nas wyprodukowanych nie jest hańbą? No przecież wyprodukowały to brudne łapy rolnika, grzebiącego w ziemi.... :(
Myślę, że wiele osób powinno siąść i zastanowić się nad swoim życiem i systemem wartości. Nauczyć się szanować ludzi i ich ciężką pracę (i nie mówię tu tylko o rolnikach, bo wiele zawodów jest komentowanych z głupim uśmieszkiem na twarzy). Ale przede wszystkim powinni zastanowić się jaki przykład dają swoim dzieciom i czego uczą ich takim postępowaniem. Żeby później nie było zdziwienia jak przyjdzie dziecko ze szkoły i powie, że nie chcą się z nim bawić, kumplować, czy rozmawiać, bo uważają go za człowieka z "niższej klasy społecznej", za biedaka. Dzieci chłoną jak gąbki każde nasze gesty i wypowiedziane przez nas myśli. To jakimi są ludźmi odzwierciedla nas samych. W końcu nasze dzieci to my w pigułce, tylko bardziej szczerzy i nie nauczeni jeszcze do końca co przy kim wypada powiedzieć, a co lepiej zachować dla siebie. Szanujmy się i uczmy szacunku nasze dzieci!
Pozdrawiam PR!
ps. musicie mi wybaczyć tę moją gorycz ale robiąc od kilku dni w kółko to samo mam bardzo dużo czasu na myślenie....chyba aż za dużo!

piątek, 17 października 2014

Owoc Bogów

Co pomyślicie jak powiem AVOCADO? A co mi na ten temat powiecie?
Zapewne wszyscy powiedzą, a tak tak, wiem jadłem, jadamy i w ogóle stosujemy do wielu dań. Po czym okaże się, że byłam jedyną osobą na świecie, która w wieku  (jeszcze!) niespełna 29 lat nie jadła tego tropikalnego cudu. No cóż przełknę tę porażkę i za bardzo się tym nie przejmę. Wczoraj jednak postanowiłam to zmienić  i ów cud wypróbować. Naczytałam się w necie i nasłuchałam od znajomych jakie to świetne pasty na kanapki wychodzą z tego, przepisów jest co nie miara i aż roi się od ich kombinacji. Oczywiście stawiam na oryginalność i samodzielność i pastę zrobiłam sama, z tego co uważałam, że warto by było dodać. 
Zanim jednak przerobiłam mój owoc na pastę otworzyłam go i końcówką noża postanowiłam wypróbować. Jakież było moje zdziwienie i niezadowolenie gdy okazało się, że ten wychwalany owoc, to "masło Bogów" nie ma praktycznie żadnego smaku....Po mojej minie Dzidziocha i Małżonek mój prywatny, osobisty postanowili nawet nie próbować, BA! nawet nie patrzeć w jego kierunku i udali się do swych pokoi dzielnie udając, że mają coś do załatwienia.... Nie to nie - pomyślałam - sama zjem i jak postanowiłam tak też uczyniłam.... Przerobiłam go na zieloną masę, na którą dała się przekonać tylko teściowa, teściu przykładem mych niewdzięczników udał, że umył już zęby i odwrócił się na łóżku udając, że śpi... Także skonsumowałyśmy z babcią vel. teściową naszą tropikalną potrawę utwierdzając się w przekonaniu, że jesteśmy światowe kobiety.... I na pewno jeszcze nie raz sobie taką pastę przyrządzimy!


 Także dorzucam jeszcze swoją propozycję do tego morza przepisów - może ktoś skorzysta:

1 dojrzałe avocado
1 ugotowane na twardo jajko
2 plasterki drobno posiekanego żółtego sera
1 łyżka soku z cytryny
2 łyżki oliwy z oliwek, oleju - najlepiej oleju czosnkowego (tego mi wczoraj zabrakło)
2 łyżeczki majonezu
prażone pestki słonecznika
sól i pieprz do smaku

Avocado obieramy i miażdżymy widelcem, dodajemy drobno posiekany żółty ser i również drobno pokrojone jajko, pestki słonecznika, oliwę i majonez, doprawiamy solą i pieprzem do smaku i mieszamy na pastę. Najlepiej smakuje z pieczywem chrupkim typu wasa.... (szczególnie wieczorem jak się ma zamiar zjeść całą pastę na raz....nie tuczy tak jak biały chleb ;))


A dlaczego warto sięgać po avocado - BO razy 10:
Bo po 1  -MÓZG - zawiera kwasy omega -3 z naturalną witaminą E co jest naturalną barierą dla rozwoju choroby Alzheimer’a.
Bo po 2 - SERCE - zawiera fitoskładnik beta-sitosterol zwalczający cholesterol
Bo po 3 - CIĄŻA - zawiera kwas foliowy, o dobroczynności którego nie muszę prawić gdyż każda kobieta wie co mam na myśli...
Bo po 4 - UKŁAD TRAWIENNY - składniki odżywcze zawarte w tym owocu zmniejszają stany zapalne żołądka... (hm... "wrzodowcy" w okresie jesienno - zimowym może warto o tym pomyśleć?)
Bo po 5 - OCZY - owoc ten zawiera luteinę oczom naszym potrzebną
Bo po 6 - CIŚNIENIE - ponoć wpływa korzystnie na obniżanie ciśnienia krwi
Bo po 7 - CUKIER - wysoka zawartość błonnika we krwi podobno zapobiega skokom poziomu cukru we krwi
Bo po 8 - DZIAŁANIE PRZECIWZAPALNE - zawiera związki o charakterze przeciwzapalnym
Bo po 9 - DZIAŁANIE PRZECIWSTARZENIOWE :D
Bo po 10 - PROFILAKTYKA RAKA - zawarte w nim substancje podobno wspomagają organizm w ochronie przed rakiem prostaty i piersi
Do mnie tych 10 faktów przemawia! Na pewno będę kombinować jak przekonać do zjedzenia avocado Żuka. Podejrzewam, że przemycę w jakiejś potrawie w taki sposób żeby nawet nie wiedzieli co jedzą....przyznam się szczerze, że często tak robię ;)
Pozdrawiam PR!

środa, 15 października 2014

Przygody z Książką: podróż po Europie

http://dzikajablon.wordpress.com/2014/09/09/przygody-z-ksiazka-nowy-projekt-blogowy/

Nic tak nie motywuje jak zapisanie się do projektu i obietnica spełnienia zobowiązania, więc jak już się powiedziało A to trzeba wyliczać alfabet do końca :) Dziś kolejny wpis z serii Przygody z Książką.


Książkę  "Europa pingwina Popo" autorstwa J.Bajtlik (Wyd. Dookoła Świata) pokazywałam Wam już kiedyś przy okazji Pierwszego Giżyckiego Spotkania Blogerów, kiedy to trafiła mi się w losowaniu fantów. Pierwsze wrażenie gdy ją zobaczyłam nie było zbyt pozytywne, jednak już w domu po przeanalizowaniu treści okazało się, że jest to jedna z tych wartościowych książek, która posłuży nam dłużej niż rok czy dwa, odpowiednia dla czytelnika w każdym wieku.
Treść proponowanej przeze mnie książki to losowo wybrane hasła mające wspólny mianownik, którym jest Europa. To podróż po Europie za pomocą oszczędnych w słowach, krótkich opisach ściśle kojarzących się z kontynentem na którym mieszkamy. Choć pozycja ta została doceniona głównie za obrazy mi osobiści nie przypadły one do gustu. Nie lubię alternatywnych obrazów o niejasnej treści i przekazie, a tego typu obrazki są dla mnie alternatywne i co za tym idzie niejasne. Jednak pomysł książki o kwintesencji europejskości bardzo mi się podoba i uważam, że każde dziecko powinno mieć w swojej biblioteczce taką patriotyczną pigułkę wiedzy o miejscu, które zamieszkuje.
Tym razem zaczęłyśmy więc z Żukiem naszą podróż po Europie śladami corridy, Beatlesów, Newtona i Lajkonika. Uzupełnieniem i przy okazji świetną zabawą okazała się pozycja zakupiona kiedyś przy okazji w Biedronce "Mój Pierwszy Atlas Świata z Naklejkami" z mapą (Gr. Wyd. Foksal). Czytając różne hasła w książce z pingwinem odnajdywałyśmy miejsca na mapie, o których była mowa w poszczególnej definicji. W związku z tym, że jest to "..pierwszy atlas..." mapa jest wykonana prosto i przejrzyście, tak żeby zaciekawić małego czytelnika. Po przeanalizowaniu treści książek, kwintesencją zabawy były naklejanki, które moje dziecko uwielbia. Pod każdym kontynentem są miejsca na naklejenie flag wszystkich państw danego kontynentu. Mama wyszukiwała flagę i pokazywała dziecku gdzie ją nakleić, po czym wskazywała dziecku po raz kolejny państwo, którego dana flaga jest znakiem rozpoznawczym. 
Zabawy było co nie miara. Żuk słucha z zainteresowaniem nawet jak jej czytam poradnik środków ochrony roślin czy gazetę więc nie miała problemów ze skupieniem się na lekturze. Choć najlepszym punktem tej podróży po Europie (jak to dla 3 latka) były naklejanki oczywiście. Myślę, że i książka i Atlas z naklejkami to świetne uzupełnienie i dobry sposób na naukę przez zabawę, bez przymusu i narzucania, że się coś musi. Choć zapewne moja trzylatka niewiele z tego zapamięta i jeszcze wiele razy będziemy musiały zaglądać do tego typu lektur, przekonałam się, że warto robić to na zasadzie zabawy, bo tylko w taki sposób można skupić tak małe dziecko na konkretnym zadaniu.
Polecam PR!










poniedziałek, 13 października 2014

A ostatni zgasi światło!

Zastanawiacie się czasem nad ingerencją człowieka w naturę? I po co nam to wszystko? 
Nasz konsumpcjonizm, niejednokrotnie nadmierny i niepotrzebny powoduje, że napędzamy machinę zniszczenia. Sami niszczymy siebie i świat, który zostanie w spadku po nas naszym dzieciom, wnukom i prawnukom.... A wystarczy czasami tak niewiele by poczuć się ekologiem. Nie mówię tu wcale o praniu w orzechach, podpaskach wielorazowych, czy powrocie do prehistorii. Kilka prostych rzeczy, do których nie trzeba na prawdę dostosowywać swojego życia może uczynić, że będziemy mniej konsumować, a więcej odzyskiwać. Jesteście ekologami? Ja trochę tak:

1. Segregacja śmieci - moja gmina nie zmotywowała mnie wystarczająco dobrze bym zdecydowała się na ten krok, jednak nie oznacza to, że wrzucam wszystko co popadnie do śmietnika i nie myślę o tym co się z tym później dzieje.

*odpady organiczne - jeśli ktoś mieszka w domu, warto zrobić sobie mały kompostownik, na który wyrzuca się tego typu śmieci. To właśnie odpady organiczne najbardziej zanieczyszczają składowiska komunalne, gdyż ich proces rozkładu powoduje wydobywanie się wielu szkodliwych gazów do atmosfery, oraz nadprodukcję bakterii. Kompostownik za to od czasu do czasu przysypuje się małą warstwą ziemi żeby nie śmierdziało, a po jakimś czasie ma się świetny nawóz do ogródka.

*makulatura, baterie, nakrętki - podobają mi się wszelakie akcje w szkołach i przedszkolach typu nazbierajcie jak najwięcej i wygrajcie pieniążki na sprzęty do waszej placówki. My zbieramy dzielnie - już teraz razem z Żukiem, wcześniej jak jeszcze nie chodziła do przedszkola też do niego oddawaliśmy.

2. Drugie życie ubrań, zabawek, książek:

*ubrania - istnieje wiele portali, na których można sprzedać, oddać i wymienić rzeczy za duże, za małe, nie potrzebne. Jest też wiele instytucji, które takie rzeczy przyjmą - a może ktoś dzięki temu przetrwa zimę? Najczęściej wystawiałam rzeczy na allegro, ostatnio znalazłam świeżutki (jeszcze ciepły :)) portal Mama Sprzeda, na którym są rzeczy tylko dla dzieci i z dziećmi związane....(fajna sprawa żeby nie zawalać sobie piwnicy, strychu, szaf i miejsca pod stołem :)

*zabawki - te także segregujemy i wraz z wiekiem sprzedajemy te, którymi się Żuk nie bawi, a dokupujemy odpowiednie do jej wieku... i to najczęściej używane! bo tańsze, a tak samo dobre jak nowe i jak zepsuje to nie szkoda wyrzucić :)

*książki - Ci, którzy zaglądają na mojego FB wiedzą, że utworzyłam ostatnio grupę Kiermasz Książki Przeczytanej . Nie zrobiłam tego po to by gwiazdorzyć, po prostu mam wiele książek nie potrzebnych, przeczytanych, które zawalają nam całe biuro, a po co to trzymać jak można wymienić się na coś czego się jeszcze nie czytało? Nie przywiązuję się do rzeczy więc nie będę miała problemu z tym żeby książki wymienić. Pierwsze książki na wymianę poszły już w świat :)

3. Oszczędne zachowania - wyłączanie czujek w telewizorach, nieużywanych rzeczy z prądu, gaszenie światła w pomieszczeniach, w których się nie przebywa akurat, przydomowe światło na czujnik ruchu.... to tylko kropla w morzu rzeczy, które minimalizują zużycie środowiska, a przy tym oszczędność Waszych pieniędzy.

4. Prewencji mówimy nie - większość ludzi zarzuca rolnikom, że stosują środki ochrony roślin na zapas, jednak to nie rolnicy są głównym zagrożeniem, a zwykłe gospodarstwa domowe - czy zastanawialiście się nad tym, że dodatkowa dawka proszku do prania, płynu do płukania, płynu do naczyń, do podłóg...itp do dodatkowe zanieczyszczenie? Wlewanie więcej niż zaleca producent pod pretekstem może lepiej się dopierze, może dłużej będzie czyste to zaśmiecanie środowiska!

5. Świadomy wybór - i tu temat, który wałkuję, wałkowałam i wałkować będę im mniej przetworzona żywność tym zdrowsze powietrze, kupowanie od producenta powoduje zmniejszenie ingerencji w środowisko, bo w końcu pośrednik musi przewieźć ten towar od rolnika co wiąże się ze spalaniem paliwa, producent towar musi zapakować, bo przecież nie godzi się sprzedawać bez np. worka raszlowego zrobionego z produktów ropopochodnych, wytwarzanego w chińskiej fabryczce, wydzielającej milion spalin na minutę podczas procesu produkcji.... A wystarczyłoby nabyć wielorazowego użytku drewnianą skrzyneczkę, jechać do producenta - zapakować skrzyneczkę i cieszyć się świeżością zakupionego produktu :)

To jakimi jesteśmy ludźmi i jak postępujemy nie ma wpływu tylko na nasze życie. Oprócz tego, że zostawiamy świat swoim potomkom dajemy im również przykład jak żyć. Dajmy im więc dobry przykład - szanujmy siebie i szanujmy naturę! I nie zapominajmy, że natura nie jest naszą własnością, to my jesteśmy jej częścią!
Pozdrawiam PR!
ps. jakby ktoś nie wiedział jak wygląda facelia to jest to ta roślinka na drugim zdjęciu. Siejemy ją dla pszczół ze względu na długi okres kwitnienia :)

piątek, 10 października 2014

Spowiedź byłego palacza

Nie wiem ile razy strzępiłam sobie jęzor na temat palenia papierosów. Sama kiedyś paliłam, ale to już przeszłość. Czy neguję? Nie, po prostu nie lubię jak pali się w moim towarzystwie, nie cierpię jak pali się w towarzystwie dzieci, a szczególnie mojego dziecka, ale jeśli robi to osoba dorosła, za własne ciężko zarobione pieniądze, uważam, że to jej sprawa i nic mi do tego...No bo tak na prawdę oceniając kogoś tylko przez pryzmat tego czy pali czy też nie posunęłabym się do wejścia z butami w czyjeś życie. Dlatego staram się tego nie robić. Jedynym wyjątkiem jest widok ciężarnej kobiety dzierżącej w dłoni (i ustach) papierosa....Wtedy zazwyczaj nie pozostawiam ów widoku bez komentarza, bo to życie nie jest już tylko tej osoby, która pali, ale także małej istotki, która nie ma innego wyjścia jak tylko palić razem z mamą...Ale nie o tym dziś chciałam....
 Paląc papierosy zawsze zastanawiałam się nad tym co czynię wyrzucając niedopałka. Zazwyczaj nie robiłam tego gdzie popadnie, trochę z kultury, a trochę z tego, że wtedy właśnie zaczęły wchodzić różne ustanowienia prawa o paleniu w miejscach publicznych, które to miały na celu przegonić palaczy w wyznaczone miejsca by oczyścić powietrze dla tych niepalących. W sumie teraz z perspektywy czasu i osoby od ponad 8 lat nie palącej stwierdzam że to prawo to dobre prawo, bo jak czuję dym papierosowy to zbiera mnie na wymioty....(choć nie ukrywam że czasami śni mi się jeszcze jak sobie popalam gdzieś w ukryciu...). 
Każdemu z nas zdarza się obserwować ludzi, czasami jak ktoś przykuje moją uwagę nie potrafię od niego oderwać wzroku do momentu aż się nie rozstaniemy np. w autobusie czy pociągu, w urzędzie, kolejce w sklepie... I tak wychodząc sporadycznie do ludzi i patrząc na ich nawyki śmiem stwierdzić, że kultura wśród palaczy to zanikająca cecha charakteru. Oczywiście nie będę tego uogólniać, bo wśród znajomych mam wielu palaczy, którym nigdy nie przeszło przez myśl zapalić u mnie w domu, a wychodząc na dwór prosili o słoiczek lub zagasiwszy papierosa wynosili go do śmietnika. Jednak obserwując obcych ludzi z boku, na ulicy, na plaży śmiem posunąć się do stwierdzenia, że gatunki kulturalne zaczynają chyba wymierać. Nagminne wyrzucanie niedopałków tam gdzie stoi palacz, łącznie z trawnikiem przy placu zabaw i piaskiem na plaży jest dla mnie karygodne i nie do zniesienia. Gdy zobaczyłam moje dziecko bawiące się tzw. kiepem, które wykopała sobie z piasku nad morzem aż zburaczałam ze złości! 
Marzy mi się żeby ludzie się wreszcie opamiętali i zaczęli szanować na wzajem! Czy na prawdę nie można zabrać ze sobą takich śmieci? Czy na prawdę nie można wytrzymać kilku godzin bez palenia? Czy na prawdę tak trudno jest rzucić ten nałóg będący skarbonką bez dna?

O faktach odnośnie szkodliwości  nikotyny na organizm człowieka prawić nie będę, bo mówią o tym wszyscy, jednak czy macie świadomość że 1 niedopałek, kiep, czy jak to tam się jeszcze nazywa rozkłada się około 2 lat, a gdy trafi na przykład do wody zatruwa swą obecnością przynajmniej metr sześcienny? Tyczy się to także kanalizacji, myśląc że niedopałek spuszczony w toalecie trafia do oczyszczalni i tam zostaje unieszkodliwiony jesteśmy w wielkim błędzie. Procesy mające na celu oczyścić wodę nie usuwają z niej wszystkich zanieczyszczeń. Podczyszczona woda jest zrzucana zazwyczaj do rzek, żeby tam po wymieszaniu z wodą płynącą mogła się jeszcze doczyścić i z powrotem trafić do obiegu. Niewyeliminowanie przez oczyszczalnię substancji szkodliwych ( z papierosów, leków itp.) powoduje że substancje te trafiają znów do naszych domów i organizmów...
Co roku w trzeci czwartek listopada bodajże jest Dzień Rzucania Palenia, może warto jest się zastanowić, zrobić rachunek sumienia, zysków i strat i pomyśleć o polepszeniu jakości swojego życia?
Ja to zrobiłam ponad 8 lat temu i nie żałuję!
Pozdrawiam PR!

ps. będąc kiedyś w górach na szlaku spotkaliśmy anglika z przewodniczką, palił papierosa i wyrzucił go do strumienia....nikt nie zwrócił uwagi na to oprócz naszej dwójki....podeszłam i powiedziałam, że jest w parku narodowym i poszanowanie naturze się należy....przynajmniej w takich miejscach. Tłumaczka przetłumaczyła, a pan ku memu zdziwieniu nie wydarł się na mnie tylko wyciągnął woreczek z kieszeni i kiepa z wody, po czym schował go z powrotem w kieszeń....czasami warto zwrócić uwagę....choć zazwyczaj kończy się to źle...te złe wspomnienia też mam, ale szkoda o nich mówić!

środa, 8 października 2014

O Buraku ze Śląska, który Śląska nie widział :)

Jestem mistrzem w serwowaniu szybkich obiadów. Często zdarza się, że nie mam po prostu czasu na to by stanąć w kuchni i pół dnia klepać wymyślne dania. Zazdroszczę tym, którzy mają czas i talent do tego typu rzeczy. Chciałabym być ceniona przez moich potencjalnych bratanków za smak potraw, tak jak moja mama kojarzy mi się z najlepszym sernikiem i pomidorówką, ciocia ze smacznymi i wymyślnymi ciastami, babcia z chlebem i drożdżówką, a mama A. z pierogami. Ja niestety w kuchni wszechstronnych talentów nie przejawiam i gotować potrafię tak żeby było szybko i żeby nas nie zabić tymi daniami, smacznie też jest (czasami) jednak wyszukanych smaków o tematyce orientalnej u mnie brak. Czasami mam wrażenie, że lepszym kucharzem ode mnie jest mój brat, który nie boi się eksperymentować i łączy ze sobą takie składniki jakich ja bym nawet koło siebie nie postawiła na szafce w kuchni. Nie wiem czy to kwestia bycia mężczyzną czy to cecha charakterystyczna mojego rodzonego. Wiem za to, że jeszcze mu się nie zdarzyło zrobić coś niejadalnego, aczkolwiek czasami jak zaszaleje  z przyprawami to... znacie takie powiedzenie "prawdziwy kebab piecze dwa razy"?... to u niego też tak jest :)

Dawno nie było u nas żadnego przepisu więc chciałabym Wam podsunąć coś na przyrządzenie bardzo oszczędnego w pracy dania. Mój tata nazywał to zapiekanką śląską, jednak podejrzewam, że ze Śląskiem nie miała ona za wiele wspólnego. Niemniej jednak jest smaczna.
Składniki:
ziemniaki (obrane)
buraki (obrane)
cebula (obrana i pokrojona w kostkę)
kiełbasa - musi być smaczna
ser - żółty lub mozarella
przyprawa do ziemniaków
odrobina oleju

Ilości produktów zależne są od naczynia żaroodpornego jakie posiadacie i wielkości Waszej rodziny. 

Naczynie smaruje się olejem (delikatnie). Na dno kroimy w plastry buraki i posypujemy je przyprawą do ziemniaków, na to w plastry ziemniaki i również przyprawa, kolejną warstwą jest pokrojona i przysmażona wcześniej kiełbasa z cebulką już bez przyprawy i tak kolejno. Ważne jest żeby na wierzchu były buraki, gdyż jest najmniejsze prawdopodobieństwo ich przypalenia. Takie mało wymyślne danie piekę pod przykryciem przez około godzinę w 200 st. C po czym odkrywam, kładę ser na wierzch i piekę jeszcze 20 do 30 min. Wygląda niezbyt apetycznie na talerzu jednak ja osobiście uważam, że jest bardzo smaczne. No i jest to jedna z form przemycenia buraków do menu, które są bogate w składniki odżywcze (kw. foliowy, wit. C i B1; pierwiastki mineralne takie jak: żelazo, wapń, magnez, potas, mangan, sód, fluor, cynk, bor i inne), a tak często niedoceniane!
żelazo, wapń, magnez, potas, mangan, sód, miedź, chlor, fluor, cynk, bor, lit, molibden, kobalt oraz rzadko spotykane w warzywach rubid i cez

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/buraki-wartosc-odzywcza-i-wlasciwosci-lecznicze_33942.html
żelazo, wapń, magnez, potas, mangan, sód, miedź, chlor, fluor, cynk, bor, lit, molibden, kobalt oraz rzadko spotykane w warzywach rubid i ce

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/buraki-wartosc-odzywcza-i-wlasciwosci-lecznicze_33942.html
żelazo, wapń, magnez, potas, mangan, sód, miedź, chlor, fluor, cynk, bor, lit, molibden, kobalt oraz rzadko spotykane w warzywach rubid i ce

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/buraki-wartosc-odzywcza-i-wlasciwosci-lecznicze_33942.html a tak często niedoceniane.
Polecam i pozdrawiam PR!

poniedziałek, 6 października 2014

Krzykiem w niewiedzę!

 Jedziemy samochodem i A. zaczyna coś burczeć pod nosem. Zatrzymuje się, wyjmuje telefon.... Jak zwykle telefon! Przeszkadza nam we wszystkim, ale co poradzić taki zawód, klient nasz Pan.... 
Zaczyna się tłumaczyć z dawek nawozowych i ilości nawozu organicznego w ziemniakach.... Myślę sobie, że chyba zdurnieli już do reszty kontrole telefoniczne robić....ale spoko, tłumaczyć się musimy odpowiednim jednostkom więc niech tłumaczy. Po 10 min rozmowy Żuk zaczyna się już nudzić, daję jej książkę zajmuje się na kolejne 10 min. Po 20 minutowej spowiedzi mój mąż kończy tekstem " siedzę za kierownicą i nie mam jak zapisać proszę o telefon wieczorem, wtedy poda mi Pani swój adres". Patrzę na niego ze zdziwieniem i wielkim znakiem zapytania w oczach, a on mi mówi że to była klientka, chce kupić ziemniaki.... Pierwsza myśl jaka mi przeszła przez głowę..."pewnie ze 3 tony skoro się tak wypytuje", nie zdążyłam jednak zapytać ile, bo mąż mnie ubiegł i mówi do mnie "12 worków"...12 worków po 15 kilo - 180 kilogramów. Dla jednych to zapas na całą zimę dla nas kropla w morzu. Nic, jak już mówiłam klient nasz Pan.
Wieczorem A. idzie przygotować zamówienie. Dzwoni telefon, oczywiście odbieram ja....z drugiej strony słychać, że starsza Pani. Chciałaby kupić ziemniaczki. Mówi, że rozmawiała z mężem i zaczyna swoją śpiewkę. Ile było dane nawozu sztucznego, a ile organicznego. Zaczynam się wypruwać z wiedzy i ja, a ona drąży temat w kółko powtarzając ile, ile, ile....Nie będę ukrywać, że się nie zdenerwowała, udało mi się jednak powstrzymać krzyk i przez zęby wycedziłam, że jestem magistrem inżynierem ochrony środowiska, natomiast mój małżonek jest inżynierem rolnictwa i wiemy jak produkować, żeby nie potruć ludzi i siebie, w końcu także jemy to co wyprodukujemy. Ponadto (chyba trochę donośniej) dodałam, że mamy małe dziecko i zależy nam przede wszystkim na tym żeby rozwijało się prawidłowo....Chciałam dodać coś jeszcze jednak po drugiej stronie zrobiło się strasznie cicho. Słuchałam tylko czy Pani trzaśnie słuchawką i powie na do widzenia żebym się tymi swoimi ziemniakami wypchała skoro jestem taka nie miła..... Pani po 30 sekundach grobowej ciszy odezwała się głosem łagodnym jak futerko małego króliczka mówiąc "o jaka Pani uprzejma, to ja poproszę tych ziemniaczków co dla dziecka" i podała mi swój adres....
Siedzę i myślę o tej sytuacji....Chyba będę zaczynać każdą rozmowę od słów dzień dobry dodzwoniłeś się do mgr inż. I.... W......... i inż. A......... W......... w czym mogę pomóc?
Pozdrawiam PR!

piątek, 3 października 2014

Recenzja: Perfekcyjne produkty Perfekcyjnej Pani Domu!

Nie często macie okazję czytywać na moim blogu recenzje. Główną przyczyną jest to, że nie po to założyłam bloga żeby opisywać produkty. Jednak czasami gdy zobowiążę się do opisania czegoś, jak na przykład na spotkaniach blogerów, opisuję, ale moje opinie cechuje wtedy przede wszystkim szczerość. Są też produkty, które opisuję ze względu na to, że warto po nie sięgnąć - szczególnie książki.
Dziś chciałabym Wam przedstawić coś z zupełnie innej beczki - produkty do  domu.  Zważywszy na fakt mojego genu pedanta i miłości do sprzątania bez takowych w domu by się po prostu nie obeszło. A dołożywszy do tego jeszcze fakt posiadania dziecka dzięki, któremu mój fanatyzm i dokładność sprzątania kuleje staram się wybierać produkty niewymagające zbyt długiego i namiętnego stosowania.
Z firmą Lou pre związana jest moja mama - trochę przeze mnie - ale nie o tym miałam. Gdy zobaczyłam ich katalogi jedyne co przyszło mi na myśl "kolejni próbujący zawojować rynek". Tylko i wyłącznie fakt posiadania w sprzedaży tanich próbek o niewielkiej ilości produktu przemówił na ich korzyść i od tego moja przygoda z tą firmą się zaczęła.
Wypróbowałam kilka produktów z ich oferty i wybrałam 2 z nich, które moim zdaniem zasługują na szczególną uwagę i jakiś złoty laur konsumenta. O produktach do sprzątania wiele napisać się nie da więc krótko, zwięźle i na temat.
1. Płyn do paneli laminowanych - oprócz ładnego zapachu cechuje go także wydajność. Rezultatów nie widać po pierwszym użyciu jednak po kilku stosowaniach ma się wrażenie, że stare panele podłogowe (które posiadam niestety) dostały nowe życie i widoczny jest na nich efekt odświeżenia. Na nowych panelach ( w związku z tym, że mam dom który jest w wiecznym remoncie więc takie posiadam również) oprócz czystości i ładnego zapachu zauważyłam zminimalizowanie skutków chodzenia boso - niewidoczne ślady bosych i wilgotnych stóp. Produkt ten wypróbowałam w ilości 1 całej butelki i kupować go będę nadal. Cena około 32,10 zł za 1 litr, który wystarczył mi na 2 m-ce - jak dla mnie nie wygórowana.
2. Płyn do naczyń Tutti Frutti - o płynie do naczyń mogę napisać tyle, że oprócz obłędnego zapachu, cechuje go dobre pienienie się i łatwość wypłukiwania. Naczynia odzyskały blask nowości i mam wrażenie że wyglądają równie dobrze jak po zmywarce. Cena tego produktu to około 15,30 zł za 750 ml - trochę drogo jednak patrząc na jego wydajność zmienia to spojrzenie na cenę. Ja zużywam już 5 butelkę także mówi to samo przez siebie. 

Jeśli byłby ktoś zainteresowany współpracą, pracą czy kupnem produktów proszę o kontakt mailowy lub w wiadomości prywatnej na FB z chęcią polecę osoby, które się Wami profesjonalnie zajmą!
Jak na razie mam bardzo dobre odczucia i wrażenia związane z firmą Lou pre i z czystym sumieniem mogę ją Wam polecić.

Pozdrawiam PR!

środa, 1 października 2014

Przygody z książką: "Patataj, patataj, pojedziemy w cudny kraj...a jak zowie się ten kraj?"

Zważywszy na nasze ostatnie osiągi w siatkówce wszyscy ostatnio są patriotami. Szkoda, że tylko w takich momentach gdy osiągamy sukcesy. Szkoda, albo dobrze, że chociaż w takich....Choć słysząc w koło ciągłe narzekania na nasz kraj, system i władze odnoszę wrażenie, że patriotyzm to tylko puste słowo i jedynym momentem, w którym bezkarnie można go używać jest moment opisywania lektury o tematyce wojny w szkole średniej.
A propo książek i tematów z książkami związanych ja patriotką jestem i bynajmniej nie przez książki o tematyce wojennej, ale głównie przez to, że choć wiele mi się tu nie podoba to kocham swój kraj i jestem dumna z tego, że właśnie tu się urodziłam. A co do patriotyzmu książkowego naszą główną, podstawową i ukochaną lekturą jest "Co słonko widziało wędrując po niebie" Marii Konopnickiej, o której chciałabym Wam opowiedzieć w ramach nowego projektu blogowego "Przygody z książką" organizowanego przez Justynę prowadzącą bloga Dzika Jabłoń. Tematyka książek jest bardzo bliska naszemu sercu więc nie zawahałam się nawet kiedy Gosia zaproponowała mi dołączenie do miłośników książek i pochwalenie się moją miłością do nich przy pomocy ów projektu. Zapraszam do lektury posta i mam nadzieję, że zachęcę nim także do lektury książki.



Nie ukrywam, że "Co słonko widziało...." to lektura mojego dzieciństwa i głównie przez to mam do niej wielki szacunek i sentyment. Nie będę także ukrywać przed Wami faktu, że o niej zupełnie zapomniałam gdyż wersja moja i mojego brata dawno już uległa biodegradacji i podejrzewam, że zasiliła szereg jakiegoś brukowca oddana na makulaturę. Przypomniała mi o niej mama przywożąc któregoś razu taką właśnie książkę Żukowi. 
Zacznijmy jednak od początku - głównie od tego, że uwielbiamy czytywać (my - ja i A.) Córce naszej wiersze i bajki wierszem pisane. Ona natomiast na takich bardziej się skupia niż na długich bajkach. Choć teraz już coraz częściej zaglądamy także do ksiąg z baśniami, to dla maluchów polecać będę zawsze rymowanki i wierszyki. Polscy poeci dzieciom to obowiązkowa pozycja zajmująca miejsce w Żukowej biblioteczce. Obok niej na równi stoi właśnie Maria Konopnicka ze swoim wędrującym słonkiem.
Książka ta jest zbiorem najpiękniejszych wierszy Konopnickiej podzielonych na 4 pory roku. Każda pora opowiada wierszem o charakterystycznych dla niej zjawiskach natury i dawnych obyczajach ludzkich. Czytając każdy wiersz daje się odczuć wielkie poszanowanie do natury i miłość do ojczyzny. Momentami aż kręci mi się łza w oku gdy czytam na głos Żukowi przed snem - choć nie wiem czy powodem jest duch patriotyzmu czy wspomnienie dzieciństwa. Choć czasem trzeba zatrzymać się i zastanowić nad znaczeniem pewnych słów ze staropolszczyzny, ten świat przedstawiany w kilku wersach wiersza mieni się paletą barw natury i przenosi czytelnika bezpośrednio do tego cudownego świata, a oczami wyobraźni widzi się ten "...cudny kraj, gdzie Wisła modra płynie  i szumią zboża na równinie...".
Żuk oczywiście ma kilka ulubionych wierszy w całej książce, które sięgając po nią musimy przeczytać, inne natomiast lubi mniej i czasami prosi mnie żebyśmy poszły o wiersz dalej. Zna nawet 2 lub 3 na pamięć, kilka z nich kojarzy na tyle , że ja zaczynam czytać wers, a ona go kończy. Wiele z tego zapewne nie rozumie, ale jestem pewna, że kiedyś za "dzieścia" lat kiedy sięgnie po tę lekturę i zacznie czytać ją swoim dzieciom tak jak ja, błyśnie jej w głowie myśl  "jej ja to znam" i wiele z nich będzie tak jak ja mówić z pamięci.
Szczerze polecam lekturę dla Maluszków i Starszaków! U nas wersja z wydawnictwa SARA, w miękkiej oprawie klejona - szybko niszczeje. Za to bardzo ceniona przeze mnie za prostotę i jasność przekazu obrazów. 
Polecam PR!



Przyznam się szczerze że książkę tą chciałam opisać już dawno jednak brakowało mi mobilizacji i kopa w przysłowiowe 4 litery. Ale dzięki Gosi i projektowi blogowemu Przygody z Książką  noga mobilizacji została rozbujana i ów kopa otrzymałam. Dzięki!
Pozdrawiam i polecam PR!