piątek, 5 września 2014

Rodzic wychowuje, szkoła kształtuje...

Moje dziecko wyrosło z pieluch szybciej niż się tego spodziewałam. W sumie to chyba żadna matka nie jest na to gotowa. Przeprawę i separację miałam już w zeszłym roku gdy jej stópki przekroczyły próg żłobka. Wtedy wiedziałam, że robię dobrze wysyłając ją do tej akurat placówki, prywatnej, z wysokim standardem.Wiedziałam jednak także o tym, że za rok nie będzie ona już uczęszczać do przedszkola prywatnego. Żłobka w pobliżu nie mamy więc musieliśmy zdecydować się na prywatny i to w Olsztynie - niby nie daleko, ale jednak w porannym szczycie te 25-30 min trzeba było w samochodzie spędzić. Przedszkole za to mamy pod nosem - 1,5 km od domu i nierozsądnie było by jej tam nie posłać. Przeważyła przede wszystkim odległość, koszty no i fakt, że do szkoły także publicznej mamy zamiar ją wysłać (do tego samego Zespołu Szkolno - Przedszkolnego) i dobrze było by ją zintegrować ze środowiskiem, które będzie ją otaczać przez najbliższe lata.
Poszła więc, mój maleńki Żuczek został porzucony przeze mnie 1szego września za murami obcej placówki, bez jakiejkolwiek adaptacji....Trochę przesadziłam - nie traktowałam tego jak przymus ani porzucenie, cieszyłam się, że będzie blisko domu i że jest to przedszkole publiczne. Nie było adaptacji, ale jeszcze przed wyjazdem do Warszawy zabrałam ją do przedszkola zapytać co mamy przynieść i pokazać jej to nowe miejsce. Poznała przy tym swoje nowe panie, zobaczyła sterty zabawek, które akurat były myte, czyszczone, segregowane i naprawiane przed rozpoczęciem nowego roku i mam wrażenie, że atmosfera jej podpasowała.
Nie będę Was oszukiwać, że w poniedziałek było bosko, a w powietrzu fruwały fajerwerki. Po doświadczeniach z ubiegłego roku i 4 zabawnych miesiącach w domu pełnych interesujących przygód z rodzicami i wielu wycieczek wcale nie chciało jej się wracać do obowiązków. Wytłumaczyliśmy jej jednak że musimy pracować żeby zarobić pieniążki na chlebek itp. i z podkówką na buzi (w tą złą stronę oczywiście)  poszła do sali. Drugiego dnia stęknęła już tylko w samochodzie, że jej się nie chce, a trzeciego już z uśmiechem na ustach zakomunikowała rano dziadkowi, że zobaczą się później bo ona teraz idzie do swojego przedszkola. I oby ten jej zapał trwał nadal...
Niestety wczoraj rano przywitał nas katar, a ja jako dobra matka i obywatelka nie posyłam dziecka z katarem do przedszkola bo szanuję inne dzieci i ich rodziców...Mówiłam Wam już o zaletach mojej pracy? Jedna z nich to to że mogę sobie pozwolić na 2 dni w domu z dzieckiem wtedy gdy dziecko potrzebuje :) (tu macie czas na zazdrość-żarcik oczywiście ).
Przedwczoraj miałam okazję uczestniczyć po raz pierwszy w prawdziwym zebraniu rodziców. Po wszystkich organizacyjnych aspektach przyszedł czas na decyzję co do zestawu ćwiczeń dla naszych dzieci. Panie pokazały nam swoją propozycję, która ich zdaniem bardzo rozwija wszelakie aspekty i dziedziny warte rozwoju. Choć miały tylko na stanie propozycję dla 4-latków poinformowały nas że wersja dla 3-latków także istnieje. Kwestią było czy rodzice trzylatków chcą aby ich dzieci na czymś takim pracowały. Zapomniałam dodać nasza grupa to 3-4 latki. 
I tu zaczęły się schody... zobaczyłam wąski punkt widzenia ludzi i wszystko to o czym słyszałam a w co wierzyć mi się nigdy nie chciało. Z każdej strony bombardowały mnie teksty w stylu "mój ... na pewno nie będzie chciał na tym pracować"; "po co trzylatkom  coś takiego jak one i tak nie potrafią"; "po co mam kupować kolejne naklejanki i wycinanki jak mam  takich rzeczy dużo w domu i moje dzieci się tym nie interesują"; "mój...nie umie rysować tylko bazgroli, kupię mu po to żeby zamazał"; "tego jest tyle że i tak nie przerobią tego przez rok szkolny".....
Gdy zwróciłam uwagę że niewykorzystane rzeczy można zabrać do domu i popracować samemu z dziećmi  prawie pozabijali mnie wzrokiem mówiąc że oni z dziećmi nie pracują, a w domu mają kolorowanki i nie potrzebne im kolejne.
Razem z A. pracujemy z Żukiem, oczywiście nie w formie przymusu tylko zabawy - wszystkie zabawy typu wyklejanka, wydzieranka, plastelina i ćwiczenia z naklejkami Młoda traktuje jak dobrą zabawę. Nie mieści mi się w głowie że ludzie nie potrafią wygospodarować godziny lub dwóch w tygodniu na tego typu pracę z dzieckiem. Nie mówię że ma to być codziennie po kilka godzin.Ale 2 godziny tygodniowo. W końcu jak dziecko ma się czymś interesować skoro ono nie wie co to i nikt nie raczy mu pokazać? Jak ma zacząć ładnie rysować skoro rodzice nie ćwiczą z nim bazgrolenia? przecież od tego zaczyna się ćwiczenie ręki.... A poza tym ja się pytam kto ma dziecko nauczyć trzymać kredkę w ręku, sztućce czy nakładać majtki na pupę? No bo chyba nie przedszkole.... To że nasze dziecko czegoś nie potrafi nie jest winą przedszkola i szkoły tylko naszą; to że nie ma zainteresowań także.... Ludzie obudźmy się; szkoła nie wychowa za nas naszych dzieci!
Pozdrawiam PR!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Cieszę się drogi czytelniku, że chcesz pozostawić po sobie ślad. Proszę jednak o przemyślane dobieranie słów, gdyż odkąd mam dziecko oduczam się przeklinać :)