wtorek, 19 sierpnia 2014

Z wizytą u Kopiernika....


Nie udało nam się w tym roku wyjechać na dłużej więc z podróży małych i dużych pozostało nam cieszyć się tymi małymi. W wolny od pracy dzień zazwyczaj udajemy się do Trójmiasta które uwielbiamy. Tym razem miało być tak samo, jednak na rozwidleniu dróg w Ostródzie A. stwierdził że Żuk nie widziała jeszcze Torunia. Tak więc trafiliśmy bo długiej batalii w korkach do naszego polskiego Miasta Aniołów.
Co się okazało Toruń ( w sumie jak większość polskich mist) nie zachwyca oznaczeniami i drogowskazami - a te tabliczki kierunkowe które są mają mikroskopijne rozmiary, dzięki czemu zwiedzając miasto głównie samochodem nie trudno się zgubić... W sumie zawsze wychodzimy z założenia że my się nie gubimy, my zwiedzamy i tym razem też tak było.
Usilnie szukaliśmy Centrum Nauki Kopernik które okazało się że nie jest CNK a Młynem Wiedzy przez co nie mogliśmy tam trafić, a gdy już dotarliśmy okazało się że o 16 zamykają...pech! (ps. nie, nie sprawdziliśmy w internecie wcześniej gdzie się mieści CNK, a Poza tym Kopernika od zawsze z Toruniem się kojarzył....) Jedyne co zdołaliśmy zobaczyć to wielkie  wahadło (tylko i wyłącznie dzięki uprzejmości Pana ochroniarza), którym Żuk była zafascynowana. Wpatrywała się w nie z otwartą buzią i musieliśmy ją stamtąd wynosić z krzykiem - bo ona przecież chciała jeszcze!
 Starówka jak w każdym większym polskim mieście wygląda jak jarmark - przepych i paleta barw do tego głośne dźwięki ulicznych grajków i zapach jedzenia. Nie ważne - było fajnie :)
Obiecaliśmy Dziecku pokazać księżniczkę na zamku - jak tylko dotarła do Torunia darła się gdzie jest ta księżniczka? Na nasze szczęście jakaś młoda para akurat miała plener, a że Żuk ostatnio suknię ślubną widziała jak miała pół roku więc nie pamiętała że to tylko suknia ślubna i dała się przekonać że to księżniczka. Nie ładnie z naszej strony wiem - ale cóż sytuacja tego wymagała!
Najlepszym punktem wycieczki okazał się ogród zoobotaniczny. W sumie co tu się dziwić nasze dziecię kocha zwierzęta i jak zaczyna marudzić to najlepszą  zabawą jest udawanie głosów zwierząt....Ogród niewielki ale warty uwagi!
Myślę że adibos powinien nam płacić za reklamę! dotarliśmy!
podreptaliśmy sobie, kilometrów narobiliśmy co nie miara!











 wahadło zobaczyliśmy :)
 domek dla pszczół w ogrodzie zoobotanicznym
ptaszki były....nie tylko żywe...

 te zwierzątka mnie rozkładają....miną!

 a na koniec przysiadłszy na kamieniu przy ścieżce selfie matka sobie strzeliła, gdyż tradycyjnie zapomniała zapozować, a na 3cie okrążenie ogrodu nie miała już siły!

Najfajniejszym punktem zwiedzania jest możliwość nakarmienia kóz. Przy wejściu kupuje się specjalny woreczek z karmą za 2 zł i można tą karmą popaść kozy. Zwierzaki są tak wytresowane że wystawiają same języki żeby nie ugryźć. Żuk piszczałą ze szczęścia - chyba pół miasta słyszało że ona karmi kozy...A razem z nią piszczała para młodych włochów....pomimo że się nie rozumieli w mowie to i tak się dogadali.... :)
Pozdrawiam PR!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Cieszę się drogi czytelniku, że chcesz pozostawić po sobie ślad. Proszę jednak o przemyślane dobieranie słów, gdyż odkąd mam dziecko oduczam się przeklinać :)