środa, 31 grudnia 2014

O przebytym i nadchodzącym...

Nie umiem podsumowywać minionych chwil, umiem tylko określić czy były dobre czy złe.... Albo czarne albo białe.
Mijający rok nie należał do tych wspaniałych, choć wspaniałych chwil nie zabrakło oczywiście. Najwspanialsze i najważniejsze to te  spędzone z Żukiem i z A. , dołożyć mogę do nich moją nową blogową rodzinę, która stale się powiększa. I w tym momencie chciałabym się zatrzymać i z całego serca podziękować Roksanie, Sylwii, Oli, Natalii i Ani - bo to głównie dzięki Wam mogłam rozwinąć skrzydła, złapać oddech i poszerzyć swoje kręgi znajomych. Wspaniale, że ubarwiłyście mi choć trochę ten nie do końca wesoły rok!
Wiele złych wydarzeń, które spotkały naszą rodzinę nauczyło nas cieszyć się ze wszystkiego, z najmniejszego szczegółu. Co prawda spowodowały one u mnie "psychozę maniakalną", której na każdym kroku towarzyszy strach o najbliższych, ale powoli uczę się z nią żyć ;).
Po mijającym roku nie mogę patrzeć w kierunku szpitali, ich zapach wywołuje u mnie odruch wymiotny, a kościół kojarzy mi się tylko ze łzami.
Na szczęście ostatnią sobotę tego roku tak dla odmiany umilił nam widok zawarcia związku małżeńskiego przez naszych długoletnich znajomych - jak to A. powiedział podsumowując tę ceremonię "miejmy nadzieję, że jest to początek dobrych wydarzeń". 
Choć z przyczyn sobie niezależnych nie mogliśmy być na weselu cieszę się, że mogłam uczestniczyć w jednym z najważniejszych momentów w ich życiu. Agnieszko i Marcinie życzymy Wam wszystkiego co najlepsze na tej Waszej już wspólnej drodze, obyście pomimo wielu wybojów, które napotkacie zawsze mieli siłę podać sobie rękę, podnieść się i iść dalej. Pamiętajcie o tym co Wam powiedziałam – słuchajcie się, szanujcie i kochajcie!
Z postanowień na nadchodzący czas mogę tylko powiedzieć jedno – mam zamiar przetrwać kolejny rok.
Dziękuję za to że mnie odwiedzacie, czytacie i komentujecie. Daje to przysłowiowego kopa i motywuje do podążania w obranym kierunku. 
Życzę Wam samych dobrych chwil w tym nadchodzącym Nowym Roku. Zdrowia przede wszystkim i jeszcze miłości, reszta sama się znajdzie. Oby ten nadchodzący rok nie był gorszy od mijającego.
Pozdrawiam PR!


wtorek, 30 grudnia 2014

Recyklingowe zabawy.

Święta, Święta i po świętach. Dzieci zapewne zostały zasypane toną zabawek, na równi z moim, i teraz zamiast się bawić stoją i zastanawiają się, którą najpierw wybrać. W efekcie i tak wygra zabawa zaproponowana przez mamę lub tatę, a kolorowe cuda pójdą w odstawkę. Czymże jest w końcu zabawka wobec rozwoju i pobudzania wyobraźni i wspólnej zabawy z rodzicami?  Naszej Małej tak się podoba cykl recyklingowych zabaw z rodzicami, że poniedziałkowy poranek zaowocował przedszkolnym buntem, który na szczęście minął szybciej niż nadszedł....
Ci, którzy czytują mnie od dawna wiedzą, że recykling nie jest dla mnie tylko segregacją śmieci. Uważam go także za świetną zabawę, w którą można włączyć całą rodzinę. Dlatego też dziś chciałam Wam pokazać kolejną zabawkę wykonaną przeze mnie z przysłowiowego śmiecia - kartonu. Nie doszukujcie się pięknych detali czy starannego wykonania, bo ich tu nie ma. Za to jest przedmiot wywołujący radość na twarzy nie tylko mojego dziecka.
Cóż nam było potrzebne do wywołania radości?
Karton po owocach bodajże, trochę materiału, zszywacz, patyki do szaszłyków, styropianowe kuleczki i mazak, trochę wyobraźni i dobry humor oczywiście :)
Wyszedł mi z tego teatrzyk jak malowany, co prawda aktorzy jacyś tacy trochę koślawi, ale zawsze możemy wesprzeć się tymi fachowymi pacynkami z Ikei. Choć Żuk i tak była zachwycona.
Polecam wszystkim, szczególnie rodzicom! Pół godziny pracy i dzieci z głowy na resztę dnia!
Pozdrawiam PR!




poniedziałek, 29 grudnia 2014

Dzień w którym pokochałam szpinak

Myślę, że muszę zrobić sobie jakiś szablon na blogu zachwalający spotkania Olsztyńskich Blogerek organizowanych przez Sylwię i Olę. Będzie mi prościej je opisywać, bo choć każde o czym innym, z innymi gośćmi i innymi sponsorami wszystkie są na równi niezapomniane, ciekawe i przede wszystkim obfite towarzysko :) Dobrymi słowami opisującymi te spotkania myślę, że będzie znienawidzone przez mego męża ZAWSZE, lub ewentualnie JAK ZWYKLE.
Tym razem załapałam się na MUM Bloga vol.2. Znów miałam okazję poznać nowe blogerki z okolicy, ale przede wszystkim spotkać się z tymi, które już znam i uwielbiam! Czas spędzony w ich towarzystwie mija tak szybko, że nawet Żuk była w szoku, że już musimy iść.
Dziewczyny tradycyjnie przygotowały dla nas masę atrakcji i pozyskały wielu sponsorów przez co każda wyszła z lokalu obładowana jak wielbłądzica. A jedzenia było tyle, że oprócz nas wykarmiły by pewnie pół jarmarcznej starówki!
Spotkanie odbyło się w restauracji "U Artystów" na Olsztyńskiej starówce. Choć często bywamy w jej pobliżu, (mieści się tam nasza ulubiona cukiernia) nigdy nazwa nie zachęciła nas do wejścia. Dziś już wiem, że był to błąd bo uraczono mnie tam najlepszymi naleśnikami ze szpinakiem jakie w swoim życiu jadłam. Nie myślałam, że szpinak może być tak dobry.... Nie myślałam, że kiedykolwiek go pokocham!
Dzieci nasze zabawiane były przez Panią Animatorkę z Grupy Happy. Tu chciałabym dodać tylko, że miałam styczność z animatorkami z tej grupy już kilkukrotnie i powiem szczerze i tak od serca - jeśli ktoś potrzebuje animatorów dla dzieci na imprezę  to z ręką na sercu nie rozczaruje się wybierając akurat tych. Myślałam, że Żuk nie będzie chciała bawić się z dziećmi i tradycyjnie wyjdziemy przed czasem, okazało się jednak, że Pani, wsparta lekko czytającymi wolontariuszami, dała sobie świetnie radę. Natomiast czas, który dzieci musiały spędzić same, bez zapewnionych rozrywek świetnie wypełniły sobie pustymi kartonami. Wyobraźnia dzieci nie zna granic!
Jak każde spotkanie i to opatrzone było 2 wykładami. Jako pierwsi mogli wykazać się Panowie z Firmy Zepter.  Miałyśmy okazję zobaczyć w akcji ich sprzęt, a ponadto udowodniono nam, że gotowanie bez przypraw i na parze jest na równi smaczne z tym tradycyjnym, za to na pewno dużo zdrowsze. Z garnkami tymi spotkałam się już dawno gdyż posiada je moja teściowa i jedno co mogę o nich powiedzieć to, to że przypalić coś w nich graniczy z cudem - takie moje spostrzeżenie.
Drugim wykładem zajęła się nasza blogowa koleżanka Magda Sulwińska. Taka chodząca instrukcja obsługi aparatu każdego - chciałoby się rzec. Wykład z serii fotografowanie w pigułce. Wniosek jaki się po nim nasunął - po co mi lustrzanka skoro strzelam foty na automatycznym programie - pora to zmienić ;) Co do samej Magdy i jej zdjęć jeśli jesteście przekonani, że nie chcecie mieć dzieci na przykład polecam wejść i obejrzeć jej sesje z dziećmi w roli głównej - każdemu włącza się instynkt rodzicielski, kobiety od razu dostają mleka w piersiach...! Piękne!
Reasumując, nie mogę przestać pisać bloga, bo nie mogłabym wtedy uczestniczyć w spotkaniach Olsztyńskich Blogerek! Odpowiednia motywacja ;)
Pozdrawiam PR!




środa, 24 grudnia 2014

Spełnienia marzeń!




Z okazji Świąt Bożego Narodzenia
życzę Wam nadziei, 
własnego skrawka nieba,
zadumy nad płomieniem świecy,
filiżanki dobrej, pachnącej kawy,
piękna poezji, muzyki,
pogodnych świąt zimowych,
odpoczynku, 
zwolnienia oddechu,
nabrania dystansu do tego, co wokół,
chwil roziskrzonych kolędą, śmiechem i wspomnieniami.
Wesołych świąt!
życzy Pani i Pan Rolnik oraz Żuk

wtorek, 23 grudnia 2014

Z poradnika ogrodnika: thuja, żywotnik

Choć pochodzę ze wsi nigdy nie przypuszczałam, że będę właścicielem gospodarstwa rolnego. Mając przed oczami moich dziadków myślałam, że jest to bardzo ciężka i niewdzięczna praca. Teraz już wiem, że nie jest lekko  ale morderczym wysiłkiem bym tego nie nazwala, a co do wdzięczności to chyba tak jak w każdej pracy, czasami się opłaca, a czasami pracuje się tylko na koszty produkcji. 
Choć nie przeszkadza mi ręczne pielenie czy cięcie kapusty, powiem nawet więcej zaczęłam to na prawdę lubić to do prowadzenia ogrodów wszelakich nie nadaję się kompletnie. Myślę, że jak zabraknie kiedyś w domu mojej teściowej to nasz ogród ograniczy się do przystrzyżonego trawnika......w końcu lubię minimalizm.... prawie tak bardzo jak zapach chloru ;)
Zaskakujący wręcz jest fakt, że bez większego wysiłku potrafiłam w 2 dni opielić 1,5 hektara kapusty, a do rabaty kwiatowej czy warzywnika mnie wołem zaciągnąć się nie da.... Jak muszę to idę, ale jak nie muszę to się nie wyrywam ;)
Moja niechęć do pielenia małych areałów bynajmniej nie wynika ze skąpej wiedzy, bo tą staram się stale uzupełniać. 
Moim postanowieniem przy zakładaniu bloga było to, że będę się z Wami tą wiedzą dzielić. Nie wyszło mi to tak dobrze jak dzielenie się perypetiami z życia naszej rodziny, ale mam zamiar to nadrobić.
Pierwszą rzeczą, którą chciałabym poruszyć jest kondycja roślin typu thuja i żywotnik. W związku z posiadaniem ogromnego podwórka i szaleńczym pędem mojej teściowej do zasadzenia całego terenu wszystkim co się da, posiadamy wiele roślin tego typu, niektóre to nawet dorodne okazy. Okazuje się, że pomimo ich trwałości wiosną często wiele z nich wypada z naszego ogrodu. Główną przyczyną jest fakt zasychania i brązowienia ich liści. Przyczyny?
1. Brak wody.
W dniach odwilży i w czasie bezmroźnej i bezśnieżnej zimy powinno się te rośliny PODLEWAĆ! Oczywiście tylko w dni kiedy nie ma mrozu i mrozu tego nie zapowiadają także na noc (np. tak jak w tym roku) nawet już w grudniu! Styczniowe słoneczko choć dla nas jeszcze skąpe w ciepło w przypadku roślin może spowodować większą transpirację wody z części zielonych, a co za tym idzie większe zapotrzebowanie na wodę. Głęboko zamarznięta ziemia, niskie opady śniegu i deszczu jesienią, gorące lato, powodują, że poziom gruntowy wody znacznie się obniża przez co jej dostępność dla korzeni także się zmniejsza. Dodając do tego zwiększone parowanie podczas słonecznych dni powoduje wysychanie i zamieranie części zielonych.
2. Choroby grzybowe.
Wyróżnia się dwie główne choroby grzybowe żywotników po zimie - zamieranie pędów drzew iglastych oraz fytoftoroza. Jak w przypadku pierwszej da się jeszcze roślinę uratować opryskiem grzybobójczym i wycięciem porażonych pędów, tak w przypadku fytoftorozy drzewko należy wykopać z bryłą korzeniową i zutylizować w całości po czym opryskać sąsiadujące z nim rośliny gdyż choroba ta łatwo się przenosi. Przy fytoftorozie zaleca się także opryskać glebę środkiem odkażającym.
Objawy zamierania pędów:
  • najpierw żółknięcie później brązowienie końcówek pędów;
Objawy fytoftorozy:
  • zahamowanie wzrostu
  • zmiana zabarwienia pędów - wyglądają jakby były przypalone;
  • łuski zaczynają się przebarwiać kolejno najpierw na kolor żółtawy, później jasnobrązowy i popielaty;
  • końcowa faza choroby to więdnięcie roślin i brązowienie pędów;
  • barwa drewna pod korą  u podstawy pnia jest różowo - czerwona.
Na start wiosną warto jest zainwestować w nawóz wieloskładnikowy - taki, który oprócz azotu będzie zawierał także fosfor, potas, magnez i żelazo. Nawozy sypie się bezpośrednio pod roślinę, można je rozpuścić i wylać w formie płynnej lub polać wodą pod drzewem w celu wstępnego rozpuszczenia i zmniejszenia ryzyka wyparowania (szczególnie azotu, najbardziej podatnego na tą czynność). Żeby zmniejszyć ryzyko wyparowania można także wymieszać rozsypany nawóz z glebą pod roślinami np. grabiami.
Co do nazw środków zalecanych do pryskania - żeby nie robić nikomu darmowej reklamy ;) - z chęcią udzielę informacji w wiadomości prywatnej.
Należy także pamiętać żeby przed opadami śniegu zabezpieczyć wszelakiego typu krzewy. Nie lubią one ciężkiego mokrego śniegu i lodu i łatwo ulegają uszkodzeniom mechanicznym. Bardzo dobrze sprawdza się  do tej czynności siatka do bel słomianych (zdj.poniżej) lub agrowłóknina. Przy wyborze opcji nr. 2 należy pamiętać by kupować białą gdyż w słoneczne dni czarna będzie się mocno nagrzewać i zwiększać transpirację wody z rośliny. Śnieg należy strącać na świeżo, strącanie zamarzniętego powoduje mechaniczne uszkadzanie rośliny.
Mam nadzieję, że mój tekst okaże się przydatny i pożyteczny.
Pozdrawiam PR!
PS. Czy jest ktoś kto razem ze mną minionego lata prowadził doświadczenie opisane przeze mnie na pomidorach? Jeśli tak to proszę o kontakt mailowy: panirolnik.blogspot.com@wp.pl

https://www.google.pl/search?q=siatka+polipropylenowa&client=firefox-a&hs=goL&rls=org.mozilla:pl:official&channel=sb&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ei=GxqZVIyOB6j8ygODt4CYCw&ved=0CAgQ_AUoAQ&biw=1787&bih=881&dpr=0.9#rls=org.mozilla:pl:official&channel=sb&tbm=isch&q=siatka+bia%C5%82a&facrc=_&imgdii=_&imgrc=_0paNHC8_dspGM%253A%3Bjb3RtxlQHt5ahM%3Bhttp%253A%252F%252Ftotalpack.pl%252Fzdjecia%252Fsiatka01_duzy.JPG%3Bhttp%253A%252F%252Fwww.kpasg.net%252Fshowthread.php%253Ft%253D13919%3B512%3B420

poniedziałek, 22 grudnia 2014

O rodzeństwie, kurzu i nieumytych oknach.

Mówiłam Wam, że moja córka ma siostrę bliźniaczkę? Nie?
Co prawda ów bliźniaczka ma inną mamę i innego tatę, urodziła się ze 3 godziny wcześniej niż Żuk, ale jakoś tak wyszło, że pierwsze chwile swego życia spędziły razem i tak to nadal trwa. Raz częściej raz rzadziej, w zależności od intensywności ogilenia nosa i przyduszającego kaszlu, spotykają się i traktują się jak prawdziwe rodzeństwo. Czasami, gdy nie widzą się miesiąc same się dopominają, że już czas bo za sobą tęsknią. Taka to właśnie siostrzana miłość łączy mojego Żuka z jej przyjaciółką z porodówki.
Czemu o tym mówię? Bo miało być o tacie Żuka nr. 2, a właściwie o tym co kiedyś powiedział. Otórz tata Żuka nr.2 jest bardzo rozsądnym człowiekiem. Do wszystkiego podchodzi na trzeźwo tak jak mój A. Może to domena mężczyzn, a może cecha charakterystyczna tej dwójki....do końca nie wiem, ale wnikać w to nie mam zamiaru. Mój A. ciągle powtarzał mi, że nieumyte okna to nie koniec świata, ale oczywiście ja - perfekcyjna Pani domu, udowadniająca wszystkim, że z dzieckiem da się wszystko - argumenty puszczam te bokiem i nie do końca słucham. W zeszłym roku tata Żuka nr.2 w okresie przedświątecznym powiedział, dwa stwierdzenia, które utkwiły mi w głowie na dobre i zaczęłam trochę luźniej podchodzić do pewnych spraw:
O KURZ SIĘ JESZCZE NIKT NIE POTKNĄŁ, A PRZEZ NIEUMYTE OKNA NIKT NIE UMARŁ....
Najlepiej się myśli nocą, kiedy wszyscy śpią, a Ty z przyczyn Tobie niezależnych nie możesz. Przeanalizowawszy te słowa pewnej bezsennej nocy stanęła mi przed oczami moja mama, która tak jak ja zawsze, wszystko musi mieć idealnie dopracowane. Perfekcjonistka własnym kosztem. Co roku chęć przygotowania idealnych świąt pochłania ją do tego stopnia, że w momencie gdy zasiadamy do wieczerzy Wigilijnej Ona zaczyna podpierać nos talerzem jest tak padnięta. 
Analizując całe to założenie świąt, z rozbrzmiewającymi w tle słowami wujka R. doszłam do wniosku, że nic się przecież nie stanie jak nie będzie 12 potraw, jak okna będą nieumyte, a pościel nie zmieniona.....w końcu najważniejsze, że będziemy razem spędzać czas i cieszyć się swoją obecnością....zawsze można jeszcze zamrozić pizzę i ją po prostu upiec, choć i gofrem nie pogardzę....Szkoda tylko, że nie mogę tego przetłumaczyć mamie.
Pozdrawiam PR!

piątek, 19 grudnia 2014

O (nie do końca) złych rodzicach....

Pamiętam taką sytuację z dzieciństwa gdy mój kolega nabroił coś w domu po czym bez pytania przyszedł do nas na podwórko żeby się z nami bawić. Jego mama była na niego tak wściekła, że idąc w kierunku gdzie się bawiliśmy złamała rózgę z krzaka rosnącego przy drodze żeby dać mu lanie. Wszystkie dzieci (było nas grubo ponad 15) zobaczywszy tę rózgę rozpierzchły się, a właściwie się rozpłynęły i z ukrycia widziały jak kolega dostaje manto. Każde z nas wiedziało do czego służy rózga i co to właściwie jest.
Prosząc ostatnio moją córkę by posprzątała spotkałam się z sytuacją, że w odpowiedzi na mą prośbę usłyszałam potok sylab przypominających guganie (w rzeczywistości jak była niemowlakiem guganie ją nie interesowało) zakończone słowami misio gogo...Tak oto moje dziecię zostało dokształcone w instytucji zwanej przedszkolem, bynajmniej nie przez panie.... Będąc w szoku jedyne co przyszło mi na myśl w odpowiedzi na ten dziwny wywód to, to że dostanie pod choinkę rózgę od Mikołaja jak będzie niegrzeczna. Słowa me opatrzyła konsternacją i wielkim znakiem zapytania - a co to jest rózga? Mówię jej, że to taki kijek, a ona do mnie - i co ja mam niby z tym kijkiem robić....? Patrzę i zastanawiam się więc czy ona sobie żartuje czy faktycznie nie wie - mówię, że niegrzeczne dzieci dostają klapsa rózgą w pupkę. W odpowiedzi usłyszałam tekst - nie można bić dzieci, bo będą płakały. Zakończyłam tę dyskusję słowami tak masz rację i gromkim śmiechem w poduszkę w drugim pokoju tak żeby nie słyszała.
Co sądzę o klapsach - mniej więcej tyle co moje dziecko.
Jednak powiem Wam szczerze, że ja w swoim życiu - całym, niespełna 30letnim - dostałam kilka razy lanie. Jakby to tak zliczyć w sumie zmieściłoby się na palcach jednej ręki. Nie czuję przez to żalu do rodziców, nie czuję się przez to piętnowana, czy gorsza. Nie uważam, że to, że dostałam 5 klapsów w życiu uczyniło ze mnie gorszego człowieka. Klapsy te doskonale pamiętam nie ze względu na to, że je dostałam tylko na wydarzenia je poprzedzające. Nigdy nie były dawane bez powodu. Za to szybko nauczyło mnie to odróżniać dobre od złego.
Nie próbuję tu tłumaczyć ludzi, którzy regularnie biją dzieci, nie próbuję tu tłumaczyć nikogo. Jesteśmy tylko ludźmi i popełniamy masę błędów w życiu. Nikt nie wychowa swojego dziecka idealnie, tak żeby chodziło jak w zegarku. Są czasami sytuacje, że nasze błędy wychowawcze doprowadzają do tego. że nie potrafimy okiełznać buńczucznej natury naszego dziecka. Ja zazwyczaj wtedy wychodzę i płaczę, a tłumaczeniem zajmuje się mój mąż. Jednak widząc panią, która daje lekkiego klapsa w sklepie rozwrzeszczanemu dziecku, robiącemu scenę, bo nie może dostać 50ątego autka w tym tygodniu nie chwytajmy od razu za telefon i nie informujmy policji i opieki społecznej. Być może jest to ten jeden z 5ciu razy w całym życiu, a zabranie dziecka z domowego ogniska, w którym jest kochane i uwielbiane ponad życie na pewno nie sprowadzi go na dobrą drogę. Nie oszukujmy się - w naszym kraju kuleje system pod każdym względem, a domy dziecka, pogotowia opiekuńcze nie są dobrym miejscem dla dzieci.
Zazwyczaj nie trudno dostrzec, czy dziecko jest w domu bite regularnie - trzeba tylko otworzyć oczy i przyjrzeć się dokładnie, nie oceniając książki od razu po okładce.
Dlaczego mnie to nurtuje? Sama zostałam posądzona jakiś czas temu o niedopełnienie rodzicielskich obowiązków. Żeby tego było mało przez dwóch wyrostków wiekiem zbliżonych bardziej do mojej córki niż do mnie. Zapewne zaleje mnie fala krytyki, ale pisząc to mam cały czas przed oczami sytuację sprzed 2 m-cy, w której zostałam postawiona.
Jechaliśmy na pogrzeb i musieliśmy zabrać ze sobą Żuka. Pora wyjazdu ściśle pokrywała się z porą drzemki, a że samochód najlepszym miejscem do spania, Żuk przydusiła komara po 5 min. drogi. Zatrzymaliśmy się przy kwiaciarni po wieniec - A. poszedł wybierać, a ja stanęłam przed samochodem i kiwałam mu, który ma wziąć - taka z nas zgrana drużyna, że wszystko razem musimy wybierać. W tym czasie 2 młodych chłopców wracało do domu ze szkoły. Przechodząc obok naszego auta jeden powiedział do drugiego - Ty patrz dzieciak sam w aucie śpi, dawaj dzwonimy na policję. Pozbierawszy szczękę z ziemi odpowiedziałam im, że nie muszą nigdzie dzwonić bo mama dzieciaka stoi obok auta, a chłopcy zawiedzeni brakiem akcji poszli dalej. Nie było gorąco, dziecko miało otwarte okna w aucie, kluczyków w środku nie było, a ja stałam przed samochodem.....
Na prawdę idąc przykładem jednej  słynnej telewizji ze wszystkiego w tym kraju trzeba zrobić aferę?
Zastanówmy się czy nasza interwencja nie uczni więcej krzywdy dziecku niż zaistniała sytuacja w jakiej się właśnie znalazło..... Uwielbiamy się wtrącać w życie innych, lecz stawiajmy się czasami w ich sytuacji, bo i nas może kiedyś dotknąć niechciana krytyka.....
Pozdrawiam PR!
PS. NIE POPIERAM KAR CIELESNYCH I BICIA DZIECI!
NIE POPIERAM PRZYMYKANIA OCZU NA KRZYWDĘ INNYCH - SZCZEGÓLNIE DZIECI!
PROSZĘ TYLKO O PRZEMYŚLANE INTERWENCJE, GDYŻ CZASAMI MOŻNA KOMUŚ BARDZIEJ ZASZKODZIĆ NIŻ POMÓC!

środa, 17 grudnia 2014

Przygody z Książką:Coś dla dużego oraz małego.


 Nic tak nie motywuje do pracy jak zobowiązania. Dzięki projektowi Przygody z Książką Dzikiej Jabłoni wreszcie znalazłam czas na to żeby pokazać Wam kilka z wielu pozycji Żukowej biblioteczki. Starałam się wybierać te na prawdę godne polecenia, które Żuk uwielbia i często po nie sięga. Mam nadzieję, że Ci, którzy pokierowali się moim zdaniem przy wyborze pozycji dla swoich pociech będą z nich równie zadowoleni jak my i nie będą żałować wydanych pieniędzy.
Ostatni wpis tej edycji Przygody z Książką chciałabym poświęcić nietypowej serii. Wyłamię się tym razem i oprócz książki dla dzieci pokażę także serię dla dorosłych.
 Patrząc na to, że nadciąga zima, a wieczory dłuuuużą się niemiłosiernie, chciałabym Wam przedstawić moją propozycję książek, dzięki którym zima minie niepostrzeżenie. W końcu nam coś od życia się też należy, a zapewne wiele z Was w momencie kiedy powinno iść spać, robi to co ja - zasiada z książką i obiecuje sobie co stronę, że jeszcze tylko ten akapit i już się kładę.
Sama zakupiłam książki dzięki recenzji umieszczonej na blogu Roksany i choć nie były one tanie nie żałuję. Seria Wojna Dwu Róż Philipy Gregory to historia średniowiecznej Anglii pięknie przepleciona fikcją literacką. Jest to czterotomowa opowieść o silnych kobietach u szczytu władzy. Napisana w taki sposób, że nawet opisy bitwy czyta się jednym tchem.Choć nigdy za historią nie przepadałam, książki te pochłonęły mnie całkowicie.  Autorka ma tak lekkie pióro, że nie można oderwać wzroku od tekstu, a książka zmyka szybciej niż byśmy tego chcieli. Miłość, walka o władzę, intrygi, wierzenia, zwyczaje, czary, a wszystko to w czasach kobiet w pięknych sukniach i mężczyzn walczących mieczem na koniu. Tak na prawdę ta sama historia widziana z perspektywy 4 kobiet. Niesamowita i niezapomniana lektura.

Na koniec tej edycji chciałam zakończyć tak jak zaczęłam polskością - której się nie wstydzę. Książka - niekoniecznie w tej wersji - która powinna zasilić szeregi biblioteczne każdego Polaka. Zbiór najpiękniejszych wierszy dla dzieci, polskich poetów oczywiście. I choć można się przyczepić do tego co robi tam na przykład Pani Twardowska, która dla dzieci jest dość ciężkim tematem, ba! posunę się nawet do stwierdzenia, że dla wielu dorosłych jest ciężkim tematem, a co dopiero dla dzieci.... Jest to pozycja którą w większości moje dziecko zna na pamięć. Ja zaczynam wiersz, a Ona go kończy. Każde polskie dziecko powinno znać te podstawowe wiersze naszych wielkich pisarzy! Zdania nie zmienię ! Dziękuję za uwagę!
Pozdrawiam serdecznie PR.


poniedziałek, 15 grudnia 2014

O plotkarzach, wrednych babach i sensie mojego blogowania.

Ponoć najlepsze myśli rodzą się pod prysznicem, może i coś w tym jest - odświeżony umysł daje znać o sobie i swoim istnieniu wielkim przebłyskiem geniuszu. 
Ja oczywiście nie odstaję od tej teorii i zażywając wczoraj kąpieli doszłam do wniosku, że możliwe iż mężczyźni są największymi plotkarami na świecie jednak my baby (że się tak wyrażę) jesteśmy po prostu wredne. Rodzimy się z genem wredactwa i egzystujemy z nim przez całe nasze życie. U niektórych ujawnia się on później lecz z reguły to później istnieje tylko w teorii, albo w ogóle nie istnieje. Ponadto żeby było nam jeszcze mało tego, że ów gen posiadamy pielęgnujemy go namiętnie i utwierdzamy w silnym przekonaniu potrzebności istnienia ciągłymi małymi intrygami.
 Jeśli, któraś jest bez winy niech pierwsza rzuci we mnie kamień. To jest właśnie ten moment!
Wydaje mi się, że ten który nas stworzył coś przekombinował.
Stanowczo za dużo myślimy. Analizowanie każdej niekoniecznie istotnej czy potrzebnej do życia sytuacji wciąga nas do tego stopnia, że jesteśmy w stanie wykryć intrygę w składzie menu na nadchodzący tydzień w przedszkolu naszej pociechy.
Każde rady i te dobre i te nie do końca trafione traktujemy jako atak na naszą kobiecość, niezależność, sposób wychowania.
Zawiłość i krętość wypowiedzi w potoku słów płynących z naszych ust nie do końca pokrywa się z prostotą i jasnością przekazu. W efekcie tego nie rozumie nas nawet własny mąż i rodzone dziecko.
A najlepsze w tym wszystkim jest to, że chęć niepowielania błędów naszych rodziców coraz bardziej upodabnia nas do rodzicielki i łapiemy się w pewnym momencie na tym, że mąż Nasz 5ciogodzinny monolog o rzeczach sprzecznie potrzebnych kwituje słowami "mówisz jak Twoja mama".
W dodatku nasza duma i ciągła potrzeba udowadniania własnej racji nie pozwala zastanowić się nad tym, że właściwie to może i tej racji nie mamy. Gen wredactwa włącza potrójne obroty i w przypływie wielkiego szału zaczynamy analizować i rozkładać na czynniki pierwsze słowa męża, który tylko chciał jakoś uciąć ten niepotrzebny i do niczego nie prowadzący wywód.
Dochodząc do sedna sprawy zaczęłam zastanawiać się po co właściwie jest mi ten blog i całe to blogowanie. Tak! Racja! Poznałam dzięki temu wiele wspaniałych osób, no ale skoro już je poznałam to czy blog jest jeszcze do czegoś potrzebny?
Myślę, że głównym powodem, dla którego piszę bloga jest myśl, że mój małżonek i moje dziecko mają dzięki temu przysłowiowe pięć minut spokoju. W końcu założyłam go z potrzeby dania upustu mojej wielkiej pasji wymądrzania się i udowadniania własnej racji (co oczywiście jest silnie związane z moim genem wredactwa), a skoro przeleję swoje nie do końca logiczne myśli tutaj, nie muszę już wygłaszać niesłuchanych monologów na forum naszego małego stada.
pozdrawiam PR!
ps. wiem, że w tekście jest za dużo nas, naszego, naszych i nam jednak nie zawsze da się napisać tak żeby poprawność pisowni wyrażała to co się ma na myśli.


piątek, 12 grudnia 2014

Szansa na życie.

Ponoć każda akcja wywołuje reakcję i słowa te potwierdzi chyba każdy. Zazwyczaj tragedia dziejąca się gdzieś obok nas, w najbliższym otoczeniu lub taka mocno nagłośniona przez media powoduje, że stajemy na moment w miejscu i chwilę się zastanawiamy nad tym jak to jest z nami i u nas. Pół biedy (że się tak wyrażę) jak tragedia wywoła tę reakcję, gorzej jak nikt się nie zatrzyma.
Tak samo było i u nas, choroba mojej babci spadła na nas jak grom z jasnego nieba, a od diagnozy do jej śmierci minęło niecałe pół roku. Już w momencie wykrycia u niej raka zaczęłam się zastanawiać nad swoim zdrowiem. W międzyczasie okazało się, że nie jest to pierwszy przypadek w naszej rodzinie i wtedy już wiedziałam, że muszę się przebadać.
Mam dziecko i chciałabym cieszyć się nim jak najdłużej. Chciałabym poznać swoje wnuki i prawnuki (jak moja babcia).  Robiąc na początku tygodnia badania profilaktyczne (oczywiście płatne - bo doprosić się na te bezpłatne graniczy z cudem) natknęłam się w laboratorium na ulotkę - profilaktyka badań na raka. Po krótkiej dyskusji z Panią za biurkiem dowiedziałam się, że nasze Olsztyńskie Laboratorium Analityczne przy Szpitalu Miejskim zafundowało ludziom nie lada gwiazdkowy prezent. Do 24 grudnia bieżącego roku można wykupić sobie voucher na badania markerowe na raka za 99 zł. Do wyboru jest pakiet dla kobiet lub dla mężczyzn.
Więcej informacji na ten temat znajdziecie na stronie laboratorium- TU. Zakupiony pakiet można wykorzystać do marca 2015 roku. Na badanie trzeba stawić się na czczo. Nie wiem jak jest w innych miastach - być może mają równie korzystne promocje, ale wszystkich olsztyniaków i tych, którzy do Olsztyna mają niedaleko zachęcam żeby zafundowali sobie zdrowie nie tylko na święta. W końcu wczesne wykrycie przedłuża szanse na życie.
My z mężem już kupiliśmy sobie prezent na święta. Może w tym roku i Wy naszym przykładem sprawicie sobie oryginalny prezent w postaci zaproszenia na badania?
Dodam tylko, że badania obejmują takie miejsca jak:
Kobiety
Piersi
Jajniki
Macica
Płuca
Wątroba
Trzustka
Jelito grube
Przewód pokarmowy
Kości i ich metabolizm
Mikroelementy
Morfologia

Pozdrawiam PR!
PS. NIE! ten post nie jest w żaden sposób sponsorowany, uważam że jest to świetna akcja, dlatego chciałam się nią podzielić z Wami!
Mężczyźni
Gruczoł krokowy
Płuca
Jelito grube
Przewód pokarmowy
Wątroba
Trzustka
Test miażdżycowy
Badania wątrobowe
Morfologia

środa, 10 grudnia 2014

Przygody z książką: książka, kredka, papier

Zważywszy na wiele pomysłów w głowie i chroniczny  brak zapału do pracy często wspomagam się tak zwanymi gotowcami. Lubię twórczo spędzać czas z dzieckiem choć przyznaję się bez bicia, że twórczości tej u nas jest coraz mniej. Jakoś tak nie jestem w nastroju od jakiegoś czasu....cierpi na tym moje dziecko, bo ma ogromny potencjał i jeszcze większe chęci, ale matka jest tak wypompowana, że jedyne na co ma ochotę i siłę to gotowe zabawy.
 Oprócz puzzli i zabawy kuchnią (jej prywatną) staram się mimo wszystko pracować z nią trochę plastycznie  coby ćwiczyła rączki i nie bazgroliła później jak kura pazurem czyt. jak jej tatuś.  Do takich zabaw mamy specjalne książeczki, które oprócz ćwiczenia ręki dziecka pobudzają jego wyobraźnię. Za ich pomocą przenosimy się w świat naszych ulubionych bajek - Reksia - oraz do dzikiej dżungli, lasu, czy na safari.
http://dzikajablon.wordpress.com/2014/09/09/przygody-z-ksiazka-nowy-projekt-blogowy/
Moją dzisiejszą propozycją w ramach przygody z książką są książki z szablonami.
Pierwszą z nich jest książka pt. Dżungla - wydana przez  wyd. Olesiejuk. Była to wersja z naklejkami jednak zważywszy na fakt, że jest to książka z odzysku za przysłowiową złotówkę można wybaczyć jej ich brak. Najważniejsze, że posiada sztywne strony , z których każda zaopatrzona jest w wyciętą podobiznę jakiegoś zwierzęcia i czytelny obrazek tegoż zwierzęcia obok. Podejrzewam, że nie jedno dziecko już wychowała na swych stronach i jeszcze pewnie niejedno (łącznie z moim) wychowa. Bezproblemowa w obsłudze dla 3latka.
W swoich zbiorach posiadamy jeszcze jedną Książeczkę z szablonami - Reksio - wyd. Papilon.  Wersja w postaci skoroszytu na kółkach. Zawiera 4 bogate szablony wykonane z miękkiego plastiku, ponadto książeczka wzbogacona jest jeszcze w czyste kartki, które ułatwiają rysowanie. Każda z kartek przyozdobiona jest delikatnym niedużym obrazkiem postaci z bajki, który jest dodatkową atrakcją.
Obie książki są dobrą propozycją do ćwiczenia rączek dziecka. Moja trzylatka z obiema sobie radzi - jak na 3latkę przystało, w naszym mniemaniu nie można powiedzieć o bezproblemowości obsługi, ale patrząc z perspektywy takiego malucha myślę, że idzie jej z tym bardzo sprawnie. Pozycje pobudzają wyobraźnię, zadanie postawione dziecku - dorysować krajobraz do słonia, którego akurat odrysowała - zmusza ją do myślenia i do kolejnego ćwiczenia ręki.
Książeczki te są pozycjami które kupiłabym bez wahania drugi raz. Zabawa godna polecenia.
Pozdrawiam PR.








 

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Preferencje kulinarne trzylatka.

Odkąd zaczęłam rozszerzać dietę memu dziecięciu jej głównym credo życiowym stało się chyba stwierdzenie, że jedzenie to przyjemność, a nowe smaki poznaje z chęcią i bez problemu. Teraz jako pełnoprawny 3latek wie doskonale na co ma ochotę, co lubi, a czego tykać nie będzie i dosadnie przedstawia nam swoje zdanie na temat swoich preferencji kulinarnych. Mała przemądrzała - chciałoby się rzec. 
Odkąd pierwszy raz spróbowała naleśników, później gofrów i mini omlecików wiedziała już, że będą to jej ulubione dania. Teraz za każdym razem jak pytam na co ma ochotę odpowiada mi słodkie placuszki. Gdy je zrobię - bez względu na formę wiem, że moje dziecko głodne chodzić nie będzie. 
Za każdym razem jak znajduję jakąś modyfikację słodkich placków od razu ją wypróbowuję żeby urozmaicić Żukowi menu, a ona każdą z tych form wita wielkim uśmiechem i okrzykiem "mmmm mniam".
Tak było i tym razem gdy wykopałam w jakimś kalendarzu babcinym (takim z wyrywanymi kartkami) przepis na słodkie placki. Są rewelacyjne i idealne do miodu lub dżemu. Podam Wam przepis żebyście i Wy mogli zachwycać się tym cudnym smakiem, a Wasze dzieci mogły uważać, że jesteście najlepszymi kucharzami/kucharkami na świecie - tak jak obecnie jest u nas w domu! W końcu to wyróżnienie dla każdego rodzica usłyszeć, że nikt tak dobrze nie gotuje jak on :)
Życzę smacznego i pozdrawiam PR!

 Składniki:
1 szklanka mąki
3/4 szklanki mleka
1 jajko
szczypta soli
1,5 łyżki cukru
30 g. roztopionego tłuszczu (masło lub margaryna)
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Wszystkie składniki miksujemy na idealnie gładką masę i smażymy nalewając na patelnie po 1 łyżce -  małe placuszki. WAŻNE - smażymy na suchej patelni (bez tłuszczu) - mi na tefalu się to udaje nie wiem jak na innych. Ja nakładam 4 porcje na dużą patelnię i za chwilkę (ok. 30 s.) przekładam placki na drugą stronę, później okręcam jeszcze raz po parę sekund trzymając na obu stronach i gotowe. (ps. smakują lepiej niż wyglądają ;))


piątek, 5 grudnia 2014

Pod choinkę drogie dziecko dostaniesz - zatwardzenie!

Mówią o mnie wariatka jak proszę żeby kupować mojemu dziecku owoce zamiast słodyczy. O moim mężu wariat jak mówi, że lepiej nie kupować nic niż dawać tonę słodyczy. Czy to na prawdę ujma na honorze dać dzieciakowi pomarańczę albo banana?
Ostatnie urodziny naszego dziecka udowodniły nam, że nikt nas nie słucha, wujki i ciocie poprzynosili mnóstwo słodyczy, do których Żuk dopadła się na zasadzie ile widzę tyle zjem.... Nie jest tak, że jej nie dajemy, ale wydzielamy - w końcu próchnica, otyłość i problemy gastryczne z powietrza się nie biorą. Wujek, ciocia, siostra chcą być dobrzy - ja wiem, że to przyjemność jak dziecko chwyta się za prezent z wielkim uśmiechem na twarzy....tyle, że moje dziecko owoce uwielbia na równi ze słodyczami więc po co fundować jej dwudniowe zaparcie?
Nie chcę nikogo oczerniać, ani  krytykować. Cieszę się, że są na tym świecie ludzie, którzy chcą i lubią świętować z moim dzieckiem jej szczególne i wyjątkowe dni.  Chciałabym jednak  żebyście zastanowili się robiąc dziecku świąteczny prezent czy chcielibyście aby w Wasze dziecko też było pakowane tyle cukru? 
Wiecie dlaczego za każdym razem gdy poczujemy pierwszą mandarynkę albo obieramy pomarańczę staje nam przed oczami piękna choinka i święta? Bo kiedyś było to rarytasem i zazwyczaj dostawało się ów rarytas w świątecznych paczkach. Dlaczego więc nie dajemy naszym dzieciom szansy wspomnienia dzieciństwa w przyszłości gdy poczują te cudne owoce? Czuję mandarynkę i na 30 sekund staję się znów małą dziewczynką..... Chciałabym żeby Żuk też to kiedyś poczuła - bo to na prawdę piękne wspomnienie jest.
Pozdrawiam PR!

środa, 3 grudnia 2014

Zbojkotujmy święta!

Postanowiliśmy, że w tym roku bojkotujemy święta.
No w sumie nie całe święta i nie do końca bojkotujemy, po prostu chcielibyśmy zmienić ideę kupowania coraz to droższych prezentów. Przez ten świąteczny szał i napędzanie konsumpcjonizmu zaciera się wąska granica między magią tego czasu, a zwykłą komercją. Jak zwykle z resztą obarczać będę winą za ten stan media, kolejny powód do tego by pozbyć się telewizora....
W domu rodzinnym nigdy nam się nie przelewało. Pamiętam jakby to było dziś jak bardzo cieszyłam się z prezentów gwiazdkowych, jak czekaliśmy z bratem na Mikołaja...W związku z wiecznym brakiem pieniędzy nie dostawaliśmy tyle co inne dzieci, jednak każdy prezent był dla nas wyjątkowy, wyczekany i doceniony. Dostawaliśmy zazwyczaj to o czym marzyliśmy co nie wykraczało poza granice rozsądku.
Zaczęliśmy swoje życie, zarabiając na samemu na swój byt, a prezenty zaczęły sumarycznie rosnąć z roku na rok. W końcu chcieliśmy dla siebie jak najlepiej, wyrażaliśmy swoją miłość do siebie obdarowując się czymś wyjątkowym - tak nam się przynajmniej wydawało. Siedząc i pakując prezenty przed ubiegłoroczną Wigilią doszłam do wniosku, że zaczynamy się powoli zapędzać. Prezenty przestały być prezentami szczególnymi, a stały się prezentami drogimi. A. rzucił pomysł żeby ograniczyć się do drobniejszych sum, narzucić sobie nawzajem kwotę, której nie będziemy przekraczać. Po wielomiesięcznym trawieniu pomysłu doszliśmy do wniosku, że wypróbujemy w tym roku tę metodę. W końcu kwota do 50 zł zmusi nas do kreatywności i większego przyłożenia się do doboru, znalezienia i kupna czegoś wyjątkowego.
Zależy nam na tym żeby święta nie przypominały jarmarku, przepychem swym przysłaniającego tradycję. Patrząc na to, że będzie nas w sumie 7 albo i 8 osób na wigilii to i tak suma wszystkich prezentów mała nie będzie. Jedyne kogo w naszym (moim i A.) przypadku nie dotyczy ten przykaz to nasze dziecię. Choć i tak postanowiliśmy sobie, że prezent dla niej nie przekroczy 100 zł. (udało się, kupiliśmy to co chciała za 80 zł - niech  żyją wyprzedaże i ubiegłoroczne kolekcje).
Prezenty zazwyczaj kupujemy dużo wcześniej gdyż nie lubimy przepychu i tłoku, nie umiem się skupić w tłumie.... Powiem szczerze, że suma do 50 zł wcale nie jest głupim pomysłem, gdyż udało mi się wyhaczyć nie gorsze niż w ubiegłych latach upominki, a pieniędzy wydaliśmy dużo mniej.
A jak jest u Was? Macie jakieś zasady lub tradycje, których się trzymacie?
Pozdrawiam PR!

wtorek, 2 grudnia 2014

Slajdy mojego dzieciństwa.

Myślę babcia, mówię:
-drożdżówka
-ciepłe mleko od krowy
-kruche ciastka
-swojski makaron w rosole
-świeże masło
-pierogi z grzybami
-pyzy z mięsem
-bułeczki drożdżowe
-chleb na zakwasie
- makowiec

ponadto:
-"Aniele Boże..."
-co wypada, a co nie
-historia rodziny w pigułce
 - wakacje
- urodziny i imieniny
-zjazdy rodzinne



Ktoś kiedyś mi powiedział że każda śmierć jest przedwczesna - słowa te nabrały sensu w zeszłym tygodniu kiedy odeszła moja ukochana babcia.
Jak myślę o dzieciństwie to stają mi lekko przytarte w pamięci ślady babci, zaraz obok rodziców i brata. Ostatnie gacie zdjęłaby z siebie żeby pomóc innym, sama nigdy nie prosiła - jak to mówiła dawała radę. Była taką spokojną przystanią do której uciekało się w czasach sztormu. Jako, że jestem najstarszą z jej wnucząt mam chyba najwięcej wspomnień z nią związanych. A teraz po prostu jej nie ma. Zniknęła w czarnej dziurze wykopanej w ziemi, pozostał tylko smutek i żal.
Nie potrafię się z tym pogodzić.
Dobijając do 30  człowiek inaczej patrzy na ludzi starszych od siebie. Starym wydaje się 90 latka, a nie 70 latka, która mogłaby mieć jeszcze dobre 20 lat życia przed sobą. Ponoć medycyna poszła do przodu, z raka ludzi wyciągają, szkoda tylko, że nie uratowali mojej babci, a od diagnozy do śmierci  minęło zaledwie kilka miesięcy. Może czasami lepiej jest po prostu nie wiedzieć?
Do tej pory mam przed oczami obraz babci karmionej jabłkiem z kompotu - ostatni raz widziałam ją wtedy...żywą.
A teraz drogi czytelniku weź telefon i zadzwoń do swojej i powiedz jej że jest najwspanialsza na świecie,  bo jutro już możesz nie mieć takiej szansy.
PR.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Mazurskie Spotkanie Blogerów

Skoro marzec jest dla nas najlepszym miesiącem na wyjazdy nad morze to dlaczegoby nie zrobić sobie weekendowego urlopu na Mazurach w listopadzie? No przecież nic nie stoi na przeszkodzie, a że my (jak się okazuje właściwie nie tylko my ale o tym później)  lubimy oryginalność  naszych podróży więc nie było nawet dyskusji gdy ogłoszono nabór na Mazurskie Spotkanie Blogerów. Gdy ukazaliśmy się na liście był szok i radość - w końcu poznam te szałowe mamuśki z dużych blogów! No i w dodatku spotkam się z naszymi Olsztyńskimi Blogerkami - plus za plusem. 

Miejsce, w którym miało odbyć się spotkanie przez długi czas owiane było tajemnicą. Co się okazało później Organizatorki zadecydowały, że najlepszy będzie Bajkowy Zakątek. Ośrodek zwany inaczej osadą warmińską ulokowany jest w miejscowości - Guzowy Piec, o której istnieniu do niedawna nie miałam nawet pojęcia - i ja się nazywam lokalną patriotką...? Po dojechaniu na miejsce przywitałam Panią Recepcjonistkę słowami - nie myślałam, że ktoś mieszka na gorszym zadupiu niż ja.... (czasami chyba jednak powinnam gryźć się w język). 

W rzeczywistości jednak Bajkowy Zakątek jest na prawdę bajkowym miejscem, ulokowanym w środku lasu, z ogromnym potencjałem przestrzennym, zagospodarowany w sam raz dla rodzin z dziećmi. Jest to miejsce wyjątkowe, magiczne, o charakterystycznym dla naszych Warmińsko - Mazurskich terenów uroku.
Efektu i smaku dodaje mu obsługa z wysoką kulturą osobistą, niesamowita czystość i niezapomniany smak serwowanych potraw. 
Niestety wcześniejsze przeziębienie Żuka spowodowało, że nie dotarliśmy do wodnej krainy gdzie można było popływać i powylegiwać się w jacuzzi ale Bajkowy stanął na wysokości zadania i dodatkowo dołożył dzieciom atrakcje - racząc je grą terenową i symbolicznym skarbem dla każdego dziecka za jej ukończenie oraz dmuchanym zamkiem, który wywołał szał wśród maluchów. Świetnie uzupełniło to program przygotowany przez grupę Happy. 

Co do samego spotkania plan był dobry - jednak życie pisze swoje scenariusze i troszkę go zmodyfikowało. Nie była to jednak na tyle drastyczna modyfikacja żeby przekreślać całe spotkanie. Swoją drogą uważam, że to że coś się nie odbyło i wypadło z planów było bardzo dobrym pretekstem do tego żeby spędzić czas z rodziną, przyjaciółmi i poznawać nowe twarze w rzeczywistości, a nie tylko wirtualnie. Jak to mówią nie ma tego złego....
Piątek stał się po prostu dniem dla rodziny i dniem odpoczynku. Jedyne czego mi w nim zabrakło to zebrania wszystkich wieczorem w jednej sali i przymusowego przedstawienia się....yyy znaczy się integracji. Choć w sumie  integracja indywidualna szła bardzo sprawnie.

Sobotni poranek obfitował w sporty ekstremalne - park linowy i quady. Nie dotarłam na nie bo quadów z natury i założenia nie lubię, a co do parku linowego... mam zawroty głowy gdy wchodzę na drabinę w sadzie, a na drzewo miałabym wejść....grrr na samą myśl mdleję. Jednak Ci którzy spróbowali chwalili sobie bardzo taką formę rozrywki. Pan Rolnik też chciał spróbować - ale okazało się, że za dużo mu się urosło (wzdłuż i wszerz) i mogłoby to być tragiczne w skutkach.
Po południu tatusiowie przejęli wartę nad dziećmi i indywidualnie lub z grupą Happy uatrakcyjniali im pobyt - choć patrząc na Żuka i jej kompanów zabaw Piotra syna Ani i Julkę córkę Sylwii , na ich świetną zabawę na murku i w szafie nie wiem czy trzeba było im więcej do szczęścia. Mamuśki - blogerki w tym czasie miały okazję wysłuchać wykładów Dziewcząt z Herbalife, Ani - ze Zblogowanych i Wioli - Mama Bloguje. Jak Ania i Wiola wykazały się przygotowaniem i profesjonalizmem tak dziewczęta (nie mogę powiedzieć o nich Panie bo do Pań to im jeszcze duuużo brakuje, a strój i makijaż nie ukryją prawdy) z Herbalife nie do końca. Choć same kosmetyki były dość interesujące i nawet mnie nie uczuliły! to forma ich prezentacji mnie nie przekonała.


Wieczorna obiado-kolacja stała się najlepszym kinder party na świecie, dodatkowo zaowocowała jeszcze zrzutką kasy na Olsztyński Dom Dziecka - uzbierało się w sumie ponad 1300 zł co uważam za godny  gest z naszej strony.
Niedziela przebiegła aż za sprawnie, nie wiadomo kiedy się skończyła. Tatusiowie z dziećmi szaleli na dmuchanym zamku, z chustą animacyjną, tunelem i piniatą. Mamusie za to wysłuchały wykładu Kasi z Ile d'Amour i upiększały się wraz z Kasią z Black Smokey i z Panią z Mary Kay.


Podsumowując - zorganizowanie wyjazdu weekendowego dla 25 rodzin jest nie lada wyzwaniem i trzeba mieć jaja żeby się tego podjąć. Choć zdarzały się małe niedociągnięcia nie przyćmiły one całego weekendu, myślę że stały się za to dobrą nauką dla wszystkich. Wielki ukłon i szacun dla Roksany, Ani i Natalii że podjęły się tego zadania i podziękowania za możliwość uczestnictwa w tym przedsięwzięciu! 

Samym uczestniczkom zaś dziękuję za tę niezapomnianą atmosferę spotkania - wiele się nauczyłam w te 3 dni dzięki Wam!



Serdeczne podziękowania dla wszystkich sponsorów, a przede wszystkim:
Bajkowy Zakątek : http://www.bajkowyzakatek.pl/
Galeria Warmińska - http://www.galeria-warminska.pl/pl









więcej zdjęć z wydarzenia znajdziecie na moim profilu na FB - TU

środa, 26 listopada 2014

Przygody z książką: Zmyślona historia

Nastał kolejny tydzień jawnej miłości do książek. Tym razem chciałam Wam zaprezentować krótko zwięźle i na temat jak poradziliśmy sobie w domu z problemem naklejkowym - choć trochę o tym już kiedyś było. 


http://dzikajablon.wordpress.com/2014/09/09/przygody-z-ksiazka-nowy-projekt-blogowy/

W związku z tym, że Żuk jak każde dziecko szaleje na punkcie tego klejącego gadżetu pisałam już wcześniej, że zdarzało nam się odnajdywać je wszędzie. Dostawaliśmy je od niej w nagrodę za to, że byliśmy grzeczni, dzięki czemu z ubraniami lądowały w pralce, stół, szafki, książki, podłoga, nie oszczędziła nawet lodówki - i to wewnątrz. Osobiście naklejek na meblach nie znoszę, a jedyną formą Żukowej stylizacji mieszkania, która mnie nie dobija jest kolekcjonowanie magnesów i upiększanie nimi lodówki - z zewnątrz oczywiście.

Zorganizowałam Żukowi zwykły zeszyt. Choć powiedziałam jej, że jest on magiczny i to właśnie w nim powinny lądować wszelakie naklejki. Na pierwszy strzał poszło ściąganie naklejek ze sprzętów domowych i przeniesienie ich tam. Po zalepieniu jednego przyszła pora na kolejny. W międzyczasie zauważyłam, że Żuk mój zaczyna opowiadać mi historię (trochę bez ładu i składu) używając w niej wszystkiego co znajduje się na naklejkach na danej stronie. Powstał pomysł naklejkowej książeczki. 

Siedząc tydzień w domu, podczas przeziębienia, miałyśmy dużo czasu na zabawę. Tym razem była to zabawa wyobraźnią Żuka. Najpierw ona pokazała, że lubi wymyślać bajki, później ja dorzucałam swoje propozycje historyjki do obrazków i tak po dwóch dniach mama poszła w odstawkę, a moja córa usadowiwszy swoje misie w kółeczku bawiła się z nimi w przedszkole, gdzie ona była Panią przedszkolanką i czytała swym dzieciom wymyślone obrazkowe bajki.

Naklejkowa książeczka stała się świetną formą zabawy rozwijającą nie tylko sprawność manualną ale i wyobraźnię dziecka - i nie trzeba było na nią dużego nakładu finansowego co jest kolejnym plusem. Naklejki można zawsze zastąpić wycinankami z gazet naklejonymi za pomocą taśmy lub kleju - myślę, że to dobra alternatywa.
Pozdrawiam PR!